batman begins — i po seansie

i wybra­li­śmy się dzi­siaj z mości ende­rem na naj­now­szego bat­mana. do kina sze­dłem mocno uprze­dzony. byłem po recen­zji w wybor­czej, nasłu­cha­łem się od kum­pli i… wszystko zwia­sto­wało film nie­do­bry, nudny, wtórny a co naj­mniej idio­tyczny w kwe­stii fabuły.

jak się oka­zało — nasłu­cha­łem i naczy­ta­łem się głu­pot. film jest wyborny…

to zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szy z bat­ma­nów, jakie kie­dy­kol­wiek nakrę­cono. filmy z nie­to­pe­rzem w roli głów­nej jakoś nie zapa­dły mi w pamięć. po pro­stu ni cho­lery nie pamię­tam tych fil­mów, mimo sys­te­ma­tycz­nego ich odgrze­wa­nia przez tvn. przy­czyny zasad­ni­czo mogą być dwie:

  • żrę za dużo masła i pamięć już nie ta — w to nie wie­rzę. pamię­tam jak się nazywa moja córka oraz kilka naprawdę nie­złych fil­mów z przed lat. więc to raczej nie kwe­stia pamięci.
  • w tych fil­mach nie było nic do pamię­ta­nia — ta wer­sja pod­cho­dzi mi bar­dziej. po pro­stu były to głu­pie i nie­smaczne próby prze­nie­sie­nia komiksu na ekran. w każ­dym przy­padku prze­no­siny można było okre­ślić dwoma sło­wami: głu­pie i zbędne. apo­geum kre­ty­ni­zmu seria osią­gnęła wraz z poja­wie­niem się clo­oneya. sorry, tego nie dało się oglądać.

ten bat­man jest zasad­ni­czo inny od pozo­sta­łych. przede wszyst­kim sie­dzi mocno w komik­sie. a wła­ści­wie w komik­so­wych kli­ma­tach. bat­man JEST komik­sem mrocz­nym, gotham w komik­sie JEST syfskie, prze­żarte korup­cją i codzienną degren­go­ladą. w poprzed­nich czę­ściach zło uosa­biało kilku face­tów mniej lub bar­dziej dzi­wacz­nie i gro­te­skowo poprze­bie­ra­nych. tu prze­biera się tylko bat­man, reszta jest jak naj­bar­dziej ludzka i to wła­śnie bat­man odstaje na tym tle i wydaje się być zupeł­nie z innej bajki. facet w pele­ry­nie jest tu kimś zupeł­nie z innego świata. i budzi grozę — tak jak w komik­sie. przy tym bat­ma­nie, wcze­śniejsi to tref­ni­sie, przy­głupy bie­ga­jące w przy­cia­snych stro­jach. nie wiem, czy recen­zent gazety wybor­czej miał jaki­kol­wiek kon­takt z komik­sami o bat­ma­nie — nic z jego recen­zji na to nie wska­zuje. a szkoda! recen­zo­wać bat­mana nie mając nawet bla­dego poję­cia, jak wygląda jego komik­sowy pier­wo­wzór to po pro­stu bar­dzo nie­smaczny spo­sób na zaro­bie­nie pieniędzy.

film bar­dzo wyraź­nie podzie­lony jest na dwie czę­ści. pierw­sza to suge­stywne poka­za­nie w kon­wen­cji kina wschod­nich sztuk walki docho­dze­nia bruca wayna do bie­gło­ści w zada­wa­niu bólu i zapewne śmierci (tej nie poka­zuje się — w końcu na film mają też cho­dzić nasto­latki). zawią­zuje się tam fabułę i nie powiem, wygląda to dosyć baśniowo ale jeśli ktoś idzie na film o face­cie w pele­ry­nie i czeka na realizm to mi tego kogoś szkoda… szkoda mi jego pie­nię­dzy, mógł na ten przy­kład dać je mnie. tyle samo by było z nich pożytku. mimo całej tej baśniowo-kung-fuowej otoczki, jest to jak naj­bar­dziej strawne. rze­czone przez recen­zenta wybor­czej „inte­lek­tu­alne banały” nie są bowiem do niego, recen­zenta, skie­ro­wane. jako recen­zent ma zapewne (oby!) odpo­wied­nie wykształ­ce­nie i oby­cie w filo­zo­ficz­nych wywo­dach wypo­wia­da­nych przez boha­te­rów, by czuć, że są to kwe­stie banal­nie wypo­wie­dziane. owszem, można było pier­dol­nąć tu trak­tat filo­zo­ficzny tyle że… do kogo wtedy film był by adre­so­wany??? reży­ser i pro­du­cenci nie robili filmu dla recen­zen­tów, tylko dla sze­ro­kiej i zapewne nie­zbyt wyma­ga­ją­cej widowni. i zro­bili rzecz zna­ko­mitą: prze­my­cili kilka „głęb­szych” tru­izmów w for­mie jak naj­bar­dziej straw­nej. coś, co recen­zen­towi wybor­czej nigdy się nie uda — a szkoda. jeśli cho­dzi o namolną indok­try­na­cję pseu­do­fi­lo­zo­fią wschodu, nie ma chyba gor­szej postaci niż yoda z gwiezd­nych wojen. słu­cha­jąc luca­sow­skiego yody z zemsty sithów aż zgrzy­ta­łem zębami. za kogo lucas mnie uważa, ser­wu­jąc mi takie pier­do­le­nie? za głupka? ani przez moment nie mia­łem takiego uczu­cia oglą­da­jąc bat­mana. tak, widzę skróty myślowe ale zostały one podane w taki spo­sób, że nie obraża to mojej inteligencji.

zresztą, o czym ja piszę? to prze­cież ekra­ni­za­cja komiksu! tu ma być wido­wi­skowo i pory­wa­jąco! i jest. o jak bar­dzo jest! ale zro­biono to meto­dami zupeł­nie odmien­nymi, niż w poprzed­nich bat­ma­nach. gotham city poprzed­nich bat­ma­nów było mia­stem na wskroś mrocz­nym, peł­nym jakichś gar­gul­ców, mroku… sło­wem kli­ma­tyczna sce­no­gra­fia. i dobrze, gotham gra w komik­sie i fil­mie rolę dru­go­pla­nową ale rów­nie istotną. to mroki mia­sta powo­łały ist­nie­nie bat­mana i musi być ono suge­styw­nie poka­zane. jed­nak prze­gię­cie w suge­styw­no­ści może tylko szko­dzić. gotham z tego bat­mana to mia­sto, jakich wiele widzimy w fil­mach ame­ry­kań­skich: zupeł­nie zwy­czajne dra­pa­cze chmur (wayne tower wygląda jak nieco bar­dziej przy­sa­dzi­sty empire state buil­ding), zupeł­nie zwy­czajne ciemne zaułki, jakich pełno w seria­lach o dobrych gli­nach lecą­cych cię­giem w naszej tele­wi­zji… to mia­sto jest wręcz zna­jome! a przez to o wiele bar­dziej suge­stywne, niż naj­mrocz­niej­sze gotham wycza­ro­wane wcze­śniej przez scenografów.

bat­man nie ist­niałby bez swo­ich wro­gów. we wcze­śniej­szych fil­mach mie­li­śmy całą paradę prze­dziw­nych postaci, z któ­rych naj­lep­szą i tak wykre­ował jack nichol­son. część z panem schwa­rze­neg­ge­rem uwa­żam za nie­byłą wła­śnie z uwagi na kary­ka­tu­ralną wręcz postać fre­zera. tutaj o tego typu posta­ciach można co naj­wy­żej poma­rzyć. prze­ciw­ni­kami bat­mana są cał­kiem zwy­kli ludzie, tyle że straszne z nich skur­wy­syny. oczy­wi­ście główny boss nie może być tylko czło­wie­kiem, wszak takich kolesi bat­man zjada na śnia­da­nie. wróg bat­mana jest nie tylko wredny, nie tylko high skil­led ale także nie jest posta­cią jed­no­wy­mia­rową. w sumie stoi po tej samej stro­nie, tyle że jego metody są nie do zaak­cep­to­wa­nia. wróg bat­mana to koleś, który nie prze­biera w środ­kach i godzi się na śmierć kupy nie­win­nych ludzi w imię czysz­cze­nia rodzaju ludz­kiego z moral­nej degren­go­lady i zapa­ści wszel­kich war­to­ści. taki kaczyń­ski, któ­remu dać za dużo wła­dzy ;)… poje­dy­nek obu tych postaci jest fascy­nu­jący a liam neeson dosko­nale się spraw­dza w swo­jej roli. na swój spo­sób jest bar­dziej prze­ko­nu­jący od bat­mana. ma swoje cele i chce je kon­se­kwent­nie reali­zo­wać. przy­kłada się do swo­jego zada­nia i tak po praw­dzie to ździebko bar­dziej niż nietoperz.

ale bat­man prócz wro­gów ma też przy­ja­ciół. dosko­nale rolę lokaja alfreda, lokaja bruca, zagrał michael caine. to jeden z tych loka­jów, któ­rych lepiej się pamięta, niż ich panów. mor­gan fre­eman jako lucius fox — dostar­czy­ciel tech­no­lo­gicz­nie zaawan­so­wa­nych zaba­wek, też jest nie­zgor­szy. ci dwaj pano­wie zro­bili kupę dobrego dla filmu, nada­jąc świa­towi bat­mana ludzką twarz. w jed­nym zgo­dzę się z recen­zen­tem wybor­czej — nie wyko­rzy­stano poten­cjału garego old­mana gra­ją­cego poli­cjanta jacka gor­dona. old­man prze­wija się tylko od czasu do czasu po ekra­nie i nie robi naj­lep­szego wra­że­nia. a mając takiego aktora można było posza­leć! o katie hol­mes nie ma co wspo­mi­nać — nie wiem co ta gwiazdka tam robiła. grać toto nie potrafi ale zapewne jest popu­larne wśród mło­dzieży ame­ry­kań­skiej więc się kastin­gowi nie ma co spe­cjal­nie dzi­wić. kapi­talny w roli złego dok­tora jona­thana crane oka­zał się nie­jaki cil­lian mur­phy. skądś tę mordę koja­rzę, nie wiem tylko skąd. any­way — jako zimny dok­tor psy­chia­trii oka­zał się rewe­la­cyjny. jest zimny. wręcz lodowaty.

muzyka w fil­mie jest. jest dobra. james new­ton howard i hans zim­mer zro­bili kawał dobrej roboty. na tyle dobrej, że z enderm będziemy szpe­rali po sieci w poszu­ki­wa­niu OSTa. pan z wybor­czej oczy­wi­ście przy­cze­pił się i do muzyki, pew­nie mu i za to zapła­cili. nie wiem czego ocze­ki­wał, hito­wych kawał­ków popo­wych? filmy chyba pomylił…

pod­su­mo­wu­jąc: naresz­cie dobry film z nie­to­pe­rzem w roli głów­nej. jeśli już macie na co wydać swoje pie­nią­dze — na neto­perka warto. trzeba tylko pamię­tać, że nie jest to film o pro­gre­syw­nej sztuce mala­rzy anda­lu­zyj­skich czy innych tego typu zapewne głę­bo­kich spra­wach. to po pro­stu kawał solid­nego i wido­wi­sko­wego kina na pod­sta­wie komiksu. aku­rat na waka­cje jak zna­lazł. życzył­bym sobie wię­cej tak dobrych fil­mów o komik­so­wym rodo­wo­dzie. już bowiem wiemy z ende­rem, że fan­ta­stic four będzie porażką…

ofi­cjalna strona filmu
film w bazie imdb

, ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

Jeszcze nikt nie skomentował. Możesz być pierwszy!

Dodaj komentarz