Menu serwera

Best Games czyli moje ulubione gry na Atari ST

Kilka z moich ulubionych tytułów na Atari ST. Power without the price :). Do dziś pogrywam w te gierki…


Zaczniemy od tytułu tak klasycznego, że już bardziej chyba nie można :). Chodzi o niesamowitego pożeracza czasu, swego czasu króla salonów z grami, przy którym ekscytowali się i młodzi, i starzy. Proszę Państwa, oto Bubble Bobble!

Gierka nieskomplikowana jak konstrukcja przysłowiowego cepa. O co chodzi? Chodzi o łażenie smoczkiem, wypuszczanie baniek, łapanie w nie różnych potworków, rozwalanie tychże baniek i zbieranie giftów. Bijemy się o jak najwyższy wynik oczywiście. Żadnego tam ratowania świata czy innych głupot – high score ma być i tyle!

Gra jest mniodna do bólu! Można w to grać godzinami i bawić się świetnie bez uczucia jakiegoś specjalnego zmęczenia. Bezkompromisowe ładowanie potworków w banieczki ma jakiś nieodparty urok… Tym bardziej, że gra jest słodka – z rozwalonych potworków tworzą się bowiem jakieś bananki, jabłuszka, malinki i tym podobne pierdoły… Są oczywiście bossowie, jest heroizm skakania z rampy na rampę, są oczywiście momenty, w których tylko krzyczymy, że „tego nie da się zrobić!” tylko po to, by już kilka minut później sprawę załatwić i z wypiekami na twarzy rozgrywkę kontynuować. Kurczę, miód leje się tu litrami…

Wersja ST jest biedna kolorystycznie i muzycznie, choć akurat muzyczka należy do moich ulubionych. Ten zapętlony temacik potrafi wpływać motywująco, depresjonująco, triumfalnie i banalnie na gracza. Zależnie od tego, co się dzieje na ekranie, temacik zmienia się w naszym odczuciu z miłego i sympatycznego na ostatecznie wkurwiający :). Trzeba mieć talent, żeby napisać taką muzyczkę…

Kolejna gierka to nieśmiertelny (choć jakby nieco mniej znany niż poprzednik) Beach Volley. Uuuaaaa! Żadna tam symulacja siatkówki, po prostu czysta, niczym nie skrępowana wariacja na temat czterech kolesi na boisku i ich przedziwnych wyczynów w celu serwowania, odbierania, blokowania… To kolejna bezpretensjonalna gierka nastawiona li tylko na czystą rozrywkę. Udało się autorom jak diabli!

Fabuła? Jaka fabuła?!?!? Po co? Jeździmy niby po świecie i pizgamy meczyki… Scenerie się zmieniają wraz z podróżami a także poziom trudności. Wiadomo, im dalej w las, tym więcej kup… eee… chyba moje złe doświadczenia campingowe się odezwały. No ale wiecie o co chodzi. Chcesz szybko w coś pograć bez zobowiązań? Odpal tę gierkę! Tym bardziej, że pełna jest humoru, ma niezła grafikę, jest szybka (akcja i rekacja to kwestia ułamków sekund w dalszych poziomach), daje niezłego kopa jednym słowem…

No, teraz zatrzymamy się na dłużej, bo nadszedł czas na moją chyba najbardziej ulubioną gierkę. Na coś, przy czym spędziłem dłuuugie godziny i dni. Na coś, co swego czasu wypatrywałem po giełdach i nie mogłem za diabła znaleźć, a na co ostrzyłem sobie zęby recenzjami, obrazkami i opisami w prasie. Na coś, co zdobyłem dopiero za granicą, w odmętach jakiegoś małego sklepiku w Atenach… O co chodzi? Chodzi o króla ówczesnej rozrywki, grę o nazwie: Frontier!!!

Czy jest ktoś, kto nie grał we Frontiera? Nie wierze… Takie zwierze nie istnieje. Przynajmniej w tej galaktyce :). Można pokrótce powiedzieć: wyjebana w kosmos handlówka! Ale nie tylko. Gra, mimo bycia sequelem Elite, wyznaczała nowe horyzonty, nowe mierniki jakości. Wszechświat dostępny w grze jest potężny, fabuła jak się patrzy, ilość gadżetów całkiem spora, zleceń mnóstwo a walk od cholery i trochę. O co chodzi? Chodzi mniej więcej o to, by zebrać kupę szmalu, kupić wypasiony statek i sporo gadżetów do niego no i rozwiązać zagadkę, jaka w trakcie rozgrywki jest nam po trochu podawana. Problem leży w tym, że nie poznałem jeszcze nikogo, kto gierkę by skończył. Istnieje natomiast do dziś spora grupka entuzjastów tej gry, którzy dorobili się już niejednej legendy z grą związanej. Istnieją podania o tajemniczych statkach, silnikach, układach gwiezdnych i tym podobnych pierdołach. Podobno ktoś gdzieś kiedyś widział, miał, leciał za… Chwytacie klimat? Jest coś magicznego w tej grze. Coś, co przykuwa na długie godziny i nie pozwala odejść od monitora.

Gra serwuje nam pełne 3D w niezłej jakości. Generalnie grafika jest dopracowana, choć w tych pionierskich czasach prawdziwego 3D nie ustrzeżono się kilku błędów – a to przelecieć można przez kilka budynków na planecie, zanim engine załapie, że w coś pieprznęliśmy; a to wlatywanie do stacji orbitalnej może być czasem przepłacone rozwaleniem statku w drobny mak, cholera wie czemu… No ale mimo wszystko gra wygląda świetnie i tak.

Gra jest zaburaczona makabrycznie, choć większych problemów z działaniem nie zauważyłem przez te tygodnie i miesiące grania. Zresztą obrotni fani gry znaleźli kilka baboli, które znakomicie ułatwiają życie w dość trudnym mimo wszystko do przetrwania środowisku. Gra nie jest łatwa! Jest bardzo wymagająca, bardzo daleka od modnych dziś, odmóżdżających strzelanek czy konsolówek. Pochłania bezgranicznie i jestem świadkiem z krwi i kości, który to potwierdza. Uwierzcie jednak na słowo, albo lepiej sami się o tym przekonajcie – uniwersum Frintiera wchłania bezgranicznie… Kluczem do sukcesu tej gry jest chyba swoboda, jaką gra daje graczowi. Można być ciężko zarabiającym na paliwo pilotem statku handlowego, można zostać piratem, zarabiającym na przewozie kontrabandy i napadach na wspomnianych, ciężko zarabiających pilotów. Można być chłodnym zabójcą, realizującym zlecenia za pieniądze. Można oddać się rozkoszom wojskowych misji specjalnych… Aaaa, czas kończyć ten wywód! Muszę nieco pograć we Frontiera!

Okej, pograłem :)

Kolejną gierką o statusie dla mnie kultowym jest bezpretensjonalna strzelanka o dumnej nazwie Lethal Xcess… Nooo! O to właśnie chodzi w strzelankach z pionowym przesuwem ekranu! Mnóstwo broni, upgrade’ów, wrogów, bossów, adrenaliny i stopień trudności wyśrubowany na maksa, choć wielce umiejętnie. Nie zniechęcasz się, przesz dalej i dalej… Gra ma świetną grafikę, jeszcze lepszą muzykę, cudownie się w nią rżnie w dwóch (dwoje?). Była to chyba jedna z pierwszych gier, która obsługiwała dobrodziejstwa STE, a więc stereofoniczny dźwięk i wykorzystanie blittera. Sprite’ów lata po ekranie czasem całe zatrzęsienie, walimy do wroga z działek, których pociski latają po całej planszy… Chaos! Ale chaos przynoszący bardzo wiele radości.

Kolejną magiczną zręcznościówką jest dla mnie gierka o jakże miłym tytule Magic Pockets. Bladego pojęcia nie mam, dlaczego gierka na stałe nie weszła do kanonu zręcznościówek. Niczego jej bowiem nie brakuje – grafika jest bardzo dobra, muzyczka też niczego sobie, miód wylewa się tu z ekranu co chwilę… Chyba jest to dobry przykład gry niedocenionej, być może słabo po prostu znanej. O co chodzi tak w skrócie? Otóż jesteś młodym madafaką z kulastą czapeczką przekręconą na bok, jak kazała moda kilka lat temu, masz solidnie rozwiązane buty i solidną gumę w buzi. Z całym tym arsenałem ruszasz na wyprawę ku chuj wie czemu (nie wiem, bo gry nie skończyłem niestety). Ale za to jak się ruszasz w wyznaczonym kierunku! Świetna kolorystyka, dopracowana grafika (ktoś odwalił naprawdę kawał solidnej roboty, w końcu gra pochodzi ze stajni Bitmap Brothers), mocno speedująca muzyka… A ty rzucasz jakieś bliżej nieokreślone wirki, w które łapiesz dziwne stworki, z których potrafi się czasem urodzić jakiś bonusik. Brzmi może głupio, ale jest fajne!

Równie fajne (a może fajniejsze) jest jeżdżenie motorkiem w No Second Prize. Ocho, oto mamy przykład naprawdę dopracowanej gierki! 3D pracuje tu pełną parą, choć może nie zachwyca jakością. Ale jednym zachwyca na pewno – szybkością! Łojezu jak te motorki zapieprzają! Doskonale oddano wrażenie prędkości. Widok „z kierownicy” udał się w tej grze wyśmienicie – ma się to nieustające wrażenie uczestniczenia w wypadkach dziejących się na drodze.

Grę obsługuje się myszą, co jest doskonałym rozwiązaniem w ścigałkach. Oto bowiem możliwe jest prawie analogowe sterowanie bolidem. Pokonywanie łagodnych łuków nie jest już wychylaniem joya w obydwie strony w ramach wyrównywania toru jazdy. Tu dzieje się to intuicyjnie. Bardzo dobra, dynamiczna ścigałka!

A skoro już o ścigałkach mowa, nie mogło zbraknąć nieśmiertelnego tytułu: Outrun! Doskonałe wyścigi zrobione w sposób prostacki wręcz. Niemniej jest w tej grze to COŚ, co skazało ją na bycie grą kultową. Być może jest to wina szybkiej bryki i długonogiej blondynki siedzącej koło ciebie, czyli kolesia sterującego tą superszybką maszyną. Diabli wiedzą! Gra nie ma żadnych aspiracji symulacyjnych. Po co? Liczy się czysta radość śmigania i szybkie przełożenie oko-ręka, zwane potocznie refleksem. Ściganie się po zatłoczonych trasach, omijanie innych samochodów, zważanie na pobocza i inne szykany, wymaga bowiem od nas iście małpiej zręczności. Rzecz obowiązkowa dla maniaków szybkiej ręki :)

O kolejnej grze napiszę krótko, bo do dziś tytuł ten jest aktualny i stanowi swego rodzaju odnośnik dzisiejszych gier. Chodzi o przesławny tytuł Pirates. Nie można nic odkrywczego napisać o grze, którą ciągle przywołuje się w recenzjach gier początku XXI wieku. „Coś jak Pirates połaczone z czymśtam”; „nowoczesne podejście do tematyki znanej z Pirates, jednak czy równie udane?” itd. Niesamowita swoboda, bardzo ciekawie poprowadzona fabuła, mnóstwo możliwości, handel, walki… Gra o epickim rozmachu, niezgorszej grafice i tym czymś, co przykuwa na długie tygodnie do ekranu. Rewelacyjna zabawa!

Szukacie dobrej zręcznościówki? Do dziś jeszcze znakomicie do tego celu nadaje się Rainbow Islands! Oto bajecznie kolorowa (co sugeruje już sam tytuł), szybka, miła i przyjemna gierka! Żadne tam komplikacje, po prostu czysta zręczność znana choćby z różnych Giana Sisters czy podobnych. Tyle że zrealizowana w sposób świetny! Wspomniana już bajecznie kolorowa grafika, niezgorsza muzyczka w tle, nacisk na małpią zręczność i to coś, co stanowi o dobrej rozgrywce. Siada się do tej gierki z marszu i już się tak zostaje. Cudowny wypełniacz długich, zimowych wieczorów…

A skoro już przy zręcznościówkach jesteśmy… Nie ma chyba osoby, która zaczynała swą zabawę z komputerami 16-bitowymi i choć raz nie otarła się o ten szlachetny tytuł. Chodzi oczywiście o grę Turrican 2! O matko! Ileż tu się dzieje! Ileż tu strzelania, skakania, latania, fruwania, strzelania i rozwalania wszystkiego, co nie jest tobą! No po prostu świetna, bezpretensjonalna, mocno obciążająca paluchy strzelanka! Nie dajcie się zwariować – tę grę okrzyknięto swego czasu prawdziwym cudem i miała rzeszę wiernych wyznawców. W czym tkwi jej fenomen? W sumie trudno orzec. Grafika jest niezła, choć nie powala na kolana. Muzyczka jest naprawdę niezła ale można było usłyszeć lepsze. W czym więc tajemnica sukcesu tej gry? Chyba w połączeniu grafiki, muzyki i czegoś, na co dziś zwraca się jakby mniejszą uwagę przy produkcji gier -GRYWALNOŚCI! A są jej tony całe! Tego po prostu trzeba spróbować. W kąt pójdą nowoczesne, wypasione, trójwymiarowe ale w sumie nudnawe strzelanki. Nadejdzie czas Turricana 2 i długo potrwa.

Na koniec zmieńmy nieco klimat i przejdźmy do gierki zdecydowanie innej, choć też wymagającej szybkości. War In the Gulf (bo to o niej mowa), to zupełnie inna inszość. Ilekroć słyszę lub czytam w pisemkach gierkowych o tym, który to rts był pierwszy, tylekroć śmiać mi się chce i płakać zarazem. Po co to ustalać? Ważne, że taktyczne gry „dziejące się” w czasie rzeczywistym powstały jeszcze przed karierą peceta jako komputera domowego. War In the Gulf nie jest może jakimś szczególnie pierwszym dokonaniem tego typu, tym bardziej, że jest to sequel. Niemniej jest to dokonanie wyróżniające się pod względem treści merytorycznej i wykonania. O co chodzi w grze? Otóż jesteś dowódcą czterech plutonów czołgów, którymi to czołgami odpierasz ataki wojsk wrażych na terytorium Kuwejtu. To oczywiście ogromne uproszczenie ale jakoś tak to mniej więcej idzie. Plutonami dowodzi się bezpośrednio i w czasie rzeczywistym. To Ty, drogi graczu, rozplanowujesz akcję na mapie, to Ty strzelasz, to Ty wspomagasz walki jednego plutonu innym plutonem, to Ty dbasz o osłonę i cały ten wojskowy sztafaż. Spójrzcie na screenik przykładowy – nie daje on najmniejszego pojęcia o tym, ile się w trakcie gry dzieje. A dzieje się sporo! No cóż, o rozgrywce nie można zbyt dużo powiedzieć – tego trzeba po prostu spróbować. Szczególnie, gdy zaczyna się jatka, otrzymujesz kolejne meldunki o stratach w plutonach a jeszcze nawet nie wiesz, gdzie wróg się znajduje. Ta gra ma KLIMAT!

No dobra. To tylko kilka tytułów spośród tych moich ulubionych. Wybrałem dosyć przypadkowo, ale mniej więcej o to właśnie chodziło – przedstawić kilka gier, które według mojej skromnej osoby są naprawdę dobre.

Czy warto zaglądać do starych śmieci? Oj, zdecydowanie! Jest tego kilka powodów, z których najważniejszy jest dla mnie jeden: nostalgia! Jeśli już musicie spędzać przed komputerem bezproduktywnie czas młócąc w coś, róbcie to grając w starocie! Cała pikseloza jest niwelowana przez solidną mgiełkę „łzową” a klatę rozpiera jakieś takie miłe uczucie… Uczucie całkowicie nieobecne przy grze w obecne hity.

, , ,

3 odpowiedź do Best Games czyli moje ulubione gry na Atari ST

  1. bubble bubble Luty 28, 2007 o 15:31 #

    lubie tom gre

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Aranym, Sokół na uwięzi

Ha! Długo na to czekałem, ale się wreszcie doczekałem! Oto, proszę państwa, emulator Falcona - ARAnyM (Atari Running On Any...

Zamknij