divinorum — lemon flavored kiss

Divinorum - Lemon Flavored Kiss

Divinorum — Lemon Flavored Kiss

na początku była kupa rado­chy. ha! divi­no­rum wydał nowy krą­żek! o taaaaak! póź­niej mina mi nieco zrze­dła. jak się bowiem oka­zało, to nie TEN koleś, o któ­rym teraz pew­nie nie­któ­rzy z was myślą. jak się oka­zało ten znany przez nas i być może lubiany divi­no­rum aka dr. awe­some aka bjorn lynne nie ma z tym albu­mem nic wspól­nego zdaje się. ot po pro­stu przy­pad­kowa zbież­ność ksy­wek. rzecz raczej zro­zu­miała przy iluś­tam miliar­dach ludzi łażą­cych już po świe­cie. any­way, mina mi się wydłu­żyła. łeeee… a ja myśla­łem, że se nowego krążka pana old­ti­mo­wego sce­nowca posłu­cham. i w ten pro­sty spo­sób mia­łem już poło­żyć lagę na albu­mie. dobremu bogu niech będą dzięki, że tego nie zro­bi­łem! popeł­nił­bym bowiem głu­potę. może nie jakąś okrtu­nie wielką i pora­ża­jącą ale zawsze, a głu­po­lem być nie lubię. prze­mo­głem więc wewnętrzne i zewnętrzne znie­chę­cie­nie, odpa­li­łem ama­roka, zapu­ści­łem albu­mik i…

wsią­kłem. tak na dobre. na solidne. tak cho­lera na dobrą godzinę mnie wcią­gnęło. divi­no­rum, o któ­rym tu piszę, to kom­plet­nie inny koleś. ze stroni wytwórni, któ­rej nakła­dem krą­żek się uka­zał - syner­ge­tic records — dowia­duję się mię­dzy innymi:

Divinorum is the Chillout – Sideproject of nobody less than Smuhg. One of the upco­ming sho­oting stars of the fabo­lus Mexican trance scene.

ok, kto to jest ten cho­lerny smuhg??? link dali więc kli­kam i wpa­dam na stronę kole­sia, która samym swoim wyglą­dem powinna odstra­szać i odstra­sza. zapewne sku­tecz­nie bo odwie­dzin coś mało :). „daaamn, czego ja słu­cham?” się mi w gło­wie wyświe­tliło ale w sumie nie­po­trzeb­nie. facet być może ma jakieś kono­ta­cje łupan­kowe ale ten albu­mik wykrę­cił w kom­plet­nie nie­zwią­za­nych z maniecz­kami kli­ma­tach. to chil­lout. choć może lepiej powie­dzieć — melo­dyczny i deli­katny transik. rzecz cud­nie uwo­dząca i nie­jako inspi­ru­jaca lek­kim bici­kiem, spo­koj­nymi ale mimo wszystko ryt­micz­nymi brzmie­niami, lek­kimi choć miej­scami potra­fią­cymi dać ognia sam­plami… świetna płyta do słu­cha­nia, do „lece­nia” w back­gro­un­dzie przy pracy, robiąca nie­na­chalne tło. jed­nym sło­wem to, co costa lubi najbardziej.

warto zwró­cić uwagę na tę płytę. jeśli szu­kasz cze­goś, co wbije cię w sym­pa­tyczne kli­maty, co ma za zada­nie nieco odświe­żyć cię po cięż­kim dniu zapie­prza­nia przy taśmie — to dobry wybór. płyta nadaje się ide­al­nie jako tełko do np. cięż­kiej sesji kodo­wa­nia czy też nie mniej cięż­kiej sesji prze­bi­ja­nia się przez jakąś lek­turę :). czy warto? moim skrom­nym zda­niem i owszem, warto. warto prze­słu­chać tego doko­na­nia pana smuhga gdyż połą­czy się miłe z poży­tecz­nym — posłu­cha się kawałka dobrej muzy i przy oka­zji ostro zrelaksuje.

dużym plu­sem krążka jest pewna taka róż­no­rod­ność. trzy­mamy wspólny kli­mat ale potra­fimy zagrać róż­nie: utówr numer 4 „DNA” oraz utwór numer 5 „Dragonfly” to niby z pozoru zupeł­nie inne kli­maty. aby na pewno? można prze­le­cieć cały ten album wzdłuż i wszerz a okaże się, że osta­tecz­nie mamy do czy­nie­nia ze spójną i prze­my­ślaną cało­ścią. zaprawdę, cie­kawa (nie genia­lana ale wła­śnie cie­kawa) rzecz i godna polecenia.

, ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

Jeszcze nikt nie skomentował. Możesz być pierwszy!

Dodaj komentarz