feedburner i kilka dziwnych myśli

posta­no­wi­łem się zapo­znać z feed­bur­ne­rem, o któ­rym wspo­mniał nie­oce­niony mr.byte na swo­ich stro­nach. powiem szcze­rze, że narzę­dzie nieco mnie przytłoczyło.

mówiąc szcze­rze i pro­sto z mostu — po co komu takie dzi­wac­twa? ja rozu­miem, że można wpa­dać w samo­uwiel­bie­nie i aż drżeć z cie­ka­wo­ści kto tak wła­ści­wie te wszyst­kie newsy czyta. no ale żeby aż do takiego stopnia? :)

bo tak wła­ści­wie co to jest ten feed­bur­ner? poczy­ta­łem nieco i jak głupi byłem, taki pozo­sta­łem. rozu­miem, że słu­żyć ma to sze­ro­kiemu śle­dze­niu kto, skąd, czym i kiedy pobie­rał nasze blog­gowe feedy. ok, faj­nie. tylko po co? tak sobie ska­czę po róż­nych usłu­gach (te sprze­daje mi nie­oce­niony mr.byte, który naj­wi­docz­niej nudzi się w robo­cie i szpera po tym necie okrut­nie :)), spraw­dzam co to daje i w ogóle… ot, zebrało mi się na spraw­dza­nie na mapce skąd ludzie włażą na moją stronę. jest coś takiego? oczy­wi­ście! blog­flux ofe­ruje taką usługę za free. super świetna sprawa! po tygo­dniu wła­że­nia znu­dziła mi się w cho­lerę. zde­cy­do­wa­nie bar­dzej wolę czy­tać komen­ta­rze róż­nych ludzi zamiesz­czane na tej stro­nie, niż spraw­dzać skąd i ile razy wła­zili i gdzie.

na pewno w jakichś roz­bu­do­wa­nych, spe­cja­li­stycz­nych blo­gach takie patenty na coś się przy­dają. pyta­nie tylko na co. oczy­wi­ście — na reklamy, bo na cóż by innego. no chyba że ktoś ma jakąś sta­ty­styczną manię i po pro­stu musi wie­dzieć ile prze­klik­nięć danego dnia w godzi­nach popo­łu­dnio­wych i z jakiego kraju (oraz regionu tego kraju) na jego stronę było. nie dość, że zda­nie dłu­gie, to jesz­cze brzmi nieco chorawo.

w ramach bar­dzo rzad­kiego wol­nego cza­sami udaję się na taką blog­ger­ską eska­padę. wnio­ski są raczej śred­nio wesołe. nie znam się na teo­re­tycz­nych pod­wa­li­nach blog­gerki (ist­nieją takowe?) ale to chyba nie za bar­dzo o to cho­dziło — im blog bar­dziej spe­cja­li­styczny, tym wię­cej na nim reklam. oczy­wi­ście to nie reguła ale aż nazbyt czę­sto spo­ty­kane. wła­ści­ciele takich blo­gów chcą na swoim blogu po pro­stu zaro­bić. okej, to wła­sna i pry­watna sprawa co się ze swoim blo­giem robi i nic mi do tego. ale jedno już widać dosyć wyraź­nie — ludzie sami sie­bie wci­skają powo­lutku we wszę­do­byl­skie reklamy. co druga strona: google­ads. osza­leć idzie. co następne? przy dużej popu­lar­no­ści — pew­nie fla­showe animki na pół okna prze­glą­darki albo i na całe. no cóż, ewo­lu­cja to dosyć pro­sta sprawa: jeśli coś się opłaca, to trzeba to stosować.

po co to kle­pię? bo ot rze­czony ser­wis poka­zał mi jak bar­dzo takie kwe­stie jak odwie­dziny, prze­klik­nię­cia itd. są ważne dla blog­ge­rów. całe wypa­sione narzę­dzia do gene­ro­wa­nia szcze­gó­ło­wych sta­ty­styk… fuck! nie­źle! oczy­wi­ście mam zamiar tego uży­wać, w końcu mnie cie­ka­wość też żre :) ale powyż­sze roz­my­śla­nia tak na boczku same mi się jakoś wczo­raj uknuły.

,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

2 Komentarzy do “feedburner i kilka dziwnych myśli”

  1. byte 22/11/2005 do 08:53 # Odpowiedz

    No tak, to jest przede wszyst­kim ficzer dla rekla­mo­daw­ców. Ja nie korzy­stam z FB, opi­sa­łem ten ser­wis, bo przy­po­mniało się jak to kie­dys u Ciebie zasta­na­wia­li­śmy się jak śle­dzić RSS.

    • CoSTa 22/11/2005 do 08:56 # Odpowiedz

      to fakt, były roz­wa­ża­nia. ja tam się nieco tym poba­wię bo aż mnie cie­ka­wość zżera po kiego mi te wszyst­kie infor­ma­cje, które zapewne w ład­nych tabel­kach dostanę :)

Dodaj komentarz