Menu serwera

Gówno w wentylatorze

Nie dzieje się dobrze. Wcale się dobrze nie dzieje. Nic a nic. Ni chuja.

Fakty:

  • Polska to spory kraik z czterdziestoma milionami obywateli bez mała.
  • w tymże kraju całkiem sporo ludzi to młodzież. Jeszcze nie wymieramy tak jak np. Niemcy aczkolwiek niedługo to już nastanie. Póki co jednak nadal jest więcej chcących się dostać na studia niż na studiach miejsc dla owych chcących.
  • Polska myśl techniczna jeśli chodzi o kompy jest nawet całkiem na poziomie, jakieś tam osiągnięcia w robieniu software mamy… A więc system dydaktyczny jeszcze sobie chyba radzi, ewentualnie mamy w pytę zdolnych ludzi w tym kraju.
  • kraj nasz komputeryzuje się w tempie iście zawrotnym, zważając na nasze potężne zaległości w rozwoju cywilizacyjnym względem krajów Europy Zachodniej i ogólny brak kasy na cokolwiek poza żarciem

No to ja mam jedno, kurwa, pytanie:

Jak to jest, że w tym czterdziestomilionowym kraju, z niezłą w sumie edukacją, z coraz powszechniejszym dostępem do komputera, z wrodzonym nam mesjanizmem i poczuciem misji dziejowej, jak to się dzieje, że jest nas tak mało?

No bo ilu jest scenerów na polskiej demoscenie? Liczył to ktoś? Jeżeli tylu, ilu wpisało się na scene.pl, to wynik mamy gorzej niż kiepski. Jest nas mało. I nie ma widoków na to, żeby chciało być więcej. Zaokrąglijmy jakoś tę marną liczbę ze scene.pl i powiedzmy, że gdzieś koło czterech stówek nas jest. Toż to nawet nie promil populacji tego kraiku!

Problem w tym, że żadnych dokładniejszych danych nie da rady uzyskać. Ale cyferki i liczby są tu mało istotne. Chciałbym tylko abyście zwrócili uwagę, że giniemy. Jesteśmy wymierającym powoli gatunkiem. Przestajemy istnieć.

Scena nie interesuje już młodych ludzi. Ci, którzy są obecni i aktywni, są autentycznymi wyjątkami. Czy jesteśmy aż tak wyizolowaną klasą? Jakąś kastą twórców komputerowych, która zakończyła nabór? Jeżeli tak, to uważam to za wysoce mylne podejście i wyjątkowo chujowy sposób myślenia. Twórców działających i tworzących na komputerze w naszym kraju nie brakuje. Wystarczy spojrzeć w dowolne pisemko poświęcone grafice komputerowej, przejrzeć kilka serwisów poświęconych muzyce niekomercyjnej… Widać jak na dłoni co nas ominęło. Ci ludzie mogli siedzieć na scenie i tworzyć ku ogólnej chwale polskiej demosceny. Mogli ale się tu nie znaleźli. Dlaczego?

W większości przypadków nawet nie wiedzą, że takie zjawisko istnieje. Nie słychać już o demoscenie. I wcale nie mam tu na myśli zniknięcie kącika scenowego z CDA. Bo kącik taki istnieć powinien ale nie w tym czasopiśmie. Nie w pismie skierowanym głównie do nastoletnich i pryszczatych giercmanów, których współpraca z maszyną ogranicza się do odpalenia setup.exe i wyrzucenia dysku z grą, jeżeli coś się samo nie uruchomi. Można w takim piśmie popularyzować demoscenę (to w końcu kilkadziesiąt tysięcy młodych chłopaczków i dziewojek, którzy może kiedyś sięgną po coś bardziej ambitnego niż najnowsze demo gry, może kiedyś odpalą jakieś demo ale zdecydowanie innego gatunku, i może im się to spodoba) ale trzeba by to robić na nieco innych zasadach. Dla nas najistotniejsi są już całkiem dorośli ludzie, którzy z takich czy innych powodów zajmują się typowo scenowymi zajęciami, nie wiedząc nawet, że scena istnieje. Są świetni graficy 3D i 2D, są doskonali muzycy, znajdą się też pewnie i koderzy. Tylko czemu nie potrafimy do nich dotrzeć? W większości przypadków są to ludzie z wyrobionym już warsztatem, z gromadą prac na swoim kącie, ewentualnie ciągle poszukujący swojego stylu. Albo po prostu bawiący się programami w niezobowiązujący sposób. Dlaczego nie ma ich wśród nas?

Problemów z dotarciem do takich ludzi jest kilka:

  • brak oferty

Cóż może scena takiego zaoferować tym ludziom? Czym możemy skusić? Nie wymianą doświadczeń, bo ludzie ci na poważnie zajmują się swoim tworzeniem i mają swoje fora dyskusyjne, swoje pisma, swoje strony internetowe wypełnione poradami i nie tylko. Ale, o dziwo, to także może być niezła przynęta! Mimo posiadania tych wszystkich udogodnień, scena może otworzyć im oczy na zupełnie nowe techniki kreacji, na inne narzędzia, na alternatywne zastosowania… Są to dla twórców przecież sprawy bardzo istotne (sami powinniście wiedzieć, przecież za twórców się uważacie), żywotne dla ich warsztatu, dla ulepszania ich prac… W tym widzę siłę sceny! Alternatywa…

Cóż więc należy uczynić, by zainteresować ich sceną? Przede wszystkim wyjść z ofertą. Dać im powąchać co można innego uczynić z ich pracą. Jak jeszcze można ją spopularyzować. Należy pokazać grafikom 3D, że ich modele mogą być użyte nie tylko w tworzonych przez nich obrazach, nie tylko w grach, nie tylko w reklamie ale także w alternatywnej twórczości, nie związanej z komercyjnym zapotrzebowaniem, pozwalającej się wyszumieć i pójść na całość. Należy muzykom pokazać, że ich aktywność nie musi kończyć się na serwerach darmowych mp3, że może być użyta w produkcjach znacznie bardziej ambitnych, oferujących słuchaczowi bądź oglądającemu znacznie szerszy zakres doznań. Gdyby tak znaleźć jeszcze kilku utalentowanych koderów…

Jak przedstawić ofertę? W znany większości sposób: pisząc o scenie w różnych magazynach poświęconych grafice, muzyce i kodowaniu. Nie musi to być od razu kącik czy jakaś inna stała forma. Potrzeba nam dobrych artykułów opisujących zjawisko, potrafiących przekazać jego idee, jego potencjał. Inny sposób to typowy head hunting – szperanie po sieci czy pisemkach i wyłapywanie talentów. Później to już kwestia porozumienia się z delikwentem i przekucia tego na współpracę. Jeśli tylko koleś zobaczy w tym sens, to zapewne zechce zacząć rozmawiać. Grunt to nie siedzieć z założonymi rękami i czekać na to, że coś samo się wydarzy. Samo nic się nie dzieje. Trzeba tu wykazać nieco swojej inicjatywy.

  • brak płaszczyzny porozumienia

To może być jeden z większych problemów, trudny do przeskoczenia i na pewno wymagający wiele od nas. Zauważcie, że ciągle myślę o ludziach nieco starszych, w większości wypadków zarabiających, będących na swoim utrzymaniu, przez swoje hobby i twórczość próbujących jakoś zarobić na życie, nowe narzędzia do tworzenia, sprzęt i całą tę resztę, którą nastoletnim scenerom fundują rodzice. W takiej sytuacji krzykactwo i pieniactwo na punkcie „komercji” to po prostu wyjątkowy nietakt. Znakomita większość naszych walecznych scenerów, szczególnie tych młodszych, którym dobra wróżka mama zapodaje komputer na gwiazdkę, po prostu nie rozumie o co chodzi. A brak zrozumienia to kompletny brak porozumienia. I to nie tylko ze względu na „komercję”. Jakiś czas temu Akira bardzo zgrabnie wynotował jak wiele różni nastolatków i kilka lat raptem starszych kolesi. Przepaść, brak wspólnych tematów do rozmowy, zupełnie inne realia życia, inny sposób pojmowania otaczającego świata. Sam dobrze pamiętam jaki byłem mając lat osiemnaście a jaki jestem teraz. Dwie zupełnie inne osoby. Ta młodsza sporo głupsza. I nie ma się o co obrażać, sami dojdziecie do podobnych wniosków za kilka lat.

A więc brak płaszczyzny porozumienia traktuję jako problem bardzo istotny, przesądzający o ewentualnej współpracy…

  • brak profesjonalizmu

Niestety, jest to widoczne. Prócz kilku dobrze nam znanych wyjątków (po prostu zajebiście dobrych scenerów) typowe scenowe prace w znakomitej swej większości po prostu nie zbliżają się nawet poziomem do tych kilkudziesięciu, które widziałem i słyszałem. Powodów takiej sytuacji jest pewnie wiele. Niemniej uważam, że gdyby dać naszym muzykom czy grafikom narzędzia, którymi dysponują ci kolesie (to plus zarabiania pieniędzy, ewentualnie pracowania w większych firmach drodzy malkontenci) zapewne zaskoczyła by nas jakość ich muzyki czy tworzonej grafiki. Ale tylko w kilku/kilkunastu przypadkach. Reszta dalej tworzyłaby typowe scenowe produkcje. Nic w tym złego! Po prostu z czasem dopiero wyrabia się swój styl, dochodzi do perfekcji w operowaniu narzędziem, w kompozycji czy to obrazka, czy kawałka muzyki. Ciągle trzeba się uczyć i stale dbać o progres. Niestety, w większości przypadków ci kolesie przerabiają tę zasadę już od lat i efekty znakomicie widać. Podkreślam słówko „znakomicie” – ich prace są efektem zazwyczaj długoletniego poznawania tematu, popartego szkołami czy inszymi warsztatami. To nie jest radosna twórczość, jaka charakteryzuje scenę. To po prostu poważne podejście do tematu i chęć związania swojej przyszłości (także pracy) z twórczością komputerową. A tu już można zacząć mówić o profesjonalizmie.

Przytoczone powyżej problemy to dopiero czubek góry lodowej, którą podskórnie czuję. Czy więc jest sens pakować się w takie przedsięwzięcia? Czy warto sobie całym tym tematem zawracać głowę? Myślę, że z kilku powodów warto.

Przede wszystkim scena stała się zbyt hermetyczna. Stała się kastą, jakimś wydumanym bytem, dziwną ideą, o dziwności której zadecydowali sami scenerzy. Całkowicie prawie zamknęliśmy się na świat zewnętrzny. Nie dostrzegamy istnienia prasy, mediów, innych ludzi – komputerowców. Na scenie naszej dominują jakieś przesądy i bóg raczy wiedzieć skąd brane brednie o potencjalnym zgubnym wpływie „nowych” na scenę. To oczywista bzdura, z którą chyba coraz więcej osób się zgadza. Brniemy w ślepy zaułek, z którego wyjścia ani widu, ani słychu. Przynajmniej jeśli stosować dotychczasowe sposoby radzenia sobie z owym problemem. Kiedyś bowiem skończą się talenta ludzi, którzy dziś są produktywni, twórczy, zachłanni poznawania sprzętu, oprogramowania i możliwości. Kiedyś ludzie ci zechcą przejść na scenową emeryturę – zaczną choćby zarabiać na życie i poświęcą się karierze w mniejszy lub większy sposób związanej z dotychczasową działalnością (czego im szczerze życzę). Taka jest naturalna kolej rzeczy i próby dyskredytowania takiego postępowania są dla mnie jawnym przejawem niedojrzałości, głupoty lub jeszcze i czego innego. A tak się będzie działo. W miarę upływu czasu będzie to zresztą coraz bardziej zauważalne.

I co wtedy? Czy skończy się polska demoscena? Czy przestaną powstawać jakiekolwiek produkcje? Odpowiedź może być tylko twierdząca niestety. No bo kto ma to robić? Kto ma być na tyle zainteresowany bezinteresowną w sumie działalnością? Jak to ma być niby zorganizowane? Bo przecież w jakiejś mierze zorganizowaniu podlegamy – łączymy się w grupy, sami siebie oceniamy, wybieramy spośród siebie tych najlepszych w danych dziedzinach. Niestety, zaczyna wyglądać na to, że cały ten system powoli zaczyna kuleć. O bezinteresownej działalności może być mowa do czasu, w którym ktoś jeszcze takową działalność prowadzi. Wraz z kolejnymi odejściami ze sceny kolejnych znanych i lubianych (tych mniej zresztą też), połączonymi z zerowym wprost przyrostem nowicjuszy, taki scenariusz jest najbardziej prawdopodobny… Potrzeba nam świeżej krwi! Potrzeba nam nowych ludzi!

Problem w tym, że nie potrafimy się tej krwi doszukać. W zamierzchłych czasach, w czasach supremacji giełd jako praktycznie jedynego źródła jakiegokolwiek softu, ludzie dowiadywali się poniekąd mimochodem o istnieniu sceny. Czy to w formie jakiejś bonusowej dyskietki z demem wciskanej przez sprzedawcę, czy to w formie krążących gdzieś w podziemiu zinków, czy też poprzez C&A i inne wydawnictwa. Łączył te sposoby jeden wspólny fakt: informacja krążyła. Była żywa i w miarę aktualna. Zauważcie jednak, że działo się to zazwyczaj przez media luźno tylko związane ze sceną albo prawie wcale. Niemniej informacja krążyła w formie bonusowych dyskietek lub kilku linijek tekstu w pismach. Pisemka te jednak (jak i dyskietki) były ogólnodostępne i nie ukrywane przed ludźmi. To był ich ogromny plus, a bezpretensjonalne traktowanie tematu jako opisywanie dziejącego się gdzieś tam zjawisko mogło tylko rozbudzać wyobraźnię i przyciągać jak magnes.

Czasy oczywiście się zmieniły i to co było kiedyś przestało po prostu spełniać swoją funkcję. Trzeba więc znaleźć nowe sposoby dotarcia do potencjalnych scenerów. Trzeba także zmienić krąg potencjalnych odbiorców tejże informacji. Nie wiem, na ile słuszne jest adresowanie informacji do osób bardzo młodych. Kącik w CDA pewną swą funkcję spełnił ale jego możliwości były albo zbyt duże (co nie podobało się scenerom), albo się wyczerpały. Tej właśnie inicjatywie Smugglera scena zawdzięcza zaistnienie kilku początkujących ale naprawdę utalentowanych osób. Szkoda, że osób tych było w sumie tak niewiele. Teraz zdaje się, że potrzeba nam nieco innego jakościowo posunięcia, nieco inne priorytety powinny nam przyświecać.

Przede wszystkim potrzeba nam na gwałt osób, które wiedzą o co w twórczości komputerowej chodzi. Osób, które znają warsztat, mają opanowane techniki, czują się pewnie w pracy z komputerem i szczycą się posiadaniem choć odrobiny tej bożej iskierki – talentu. Nie dotrzemy do nich przez postawienie kilku stron poświęconych scenie, nie zachęcimy ich tworzeniem kolejnych kolekcji obrazów, muzyki czy czego tam jeszcze. Z jednej prostej przyczyny: ci ludzie po prostu nie wiedzą o istnieniu takiego zjawiska! Kubuś za cholerę nie przyjdzie do miodu, nie wiedząc gdzie on jest i że w ogóle istnieje! A więc zjawisko demosceny należy propagować, i to w różnych formach…

Pierwsze co przychodzi mi do głowy, to wydawnictwa branżowe, poświęcone grafice komputerowej, muzyce i programowaniu. Nie ma innej rady – trzeba po prostu przedstawić ludziom taki sposób tworzenia, komponowania czy kodowania. Być może znajdzie się wśród nich kilku (nastu? dziesięciu? set?), których taka idea tworzenia pociągnie. Was coś przecież też pchnęło do wstąpienia na scenę. Coś w niej odkryliście, coś was w niej natchnęło i kazało tu już pozostać na krócej lub dłużej. Myślę, że kilka dobrych, rzetelnych i konkretnych artykułów całkowicie wystarczy do przedstawienia samej idei (nie jest wszak ona zbyt skomplikowana). Jeszcze lepsze będzie zaprezentowanie kilku dobrych prac scenowych. Niechaj ludzie zobaczą jak i przy pomocy czego można tworzyć. Przedstawienie umiejętności scenerów jest dla mnie sprawą w tym wszystkim kluczową. Po prostu należy pokazać jakość.

Innym sposobem jest aktywna, ciągła i pełna informacja. Nie chcę mówić „reklama” ale mniej więcej o to mi się rozchodzi jeśli chodzi o skutki. Przy organizowaniu party można przecież pomyśleć o zorganizowaniu imprez dla ludzi z zewnątrz, w klubach nie uświadczysz muzyki scenowych twórców (a przecież powstają utwory w tak różnorodnych gatunkach), nie ma dem, grafy czy też muzy na płytkach pism innych niż komputerowe… Nasza twórczość pokazywana jest i ogranicza się do niezwykle wąskiego kręgu odbiorców. Dlaczego? Już słyszę te hasła o „komercjalizowaniu” się sceny… Ludzie! Przecież tworzycie dla idei!!! Do jasnej cholery, przecież takie są podstawy i fundamenty sceny! Jeśli nie chcecie za to kasy – nie bierzcie jej. Zaraz powstaje oczywiście kolejne pytanie: dlaczego w takim razie na mojej twórczości ma zarabiać jakiś kapitalista? No właśnie, to jest trudny orzech do zgryzienia. Niestety, na mój gust nastała era wyborów. I to tych poważnych. Pytanie o to, dlaczego ktoś ma na mojej twórczości zarabiać uważam za nie przystające do sytuacji. Bo za znacznie istotniejsze uważam pytanie, czy scena ma w ogóle istnieć. Bez otwarcia się na świat zewnętrzny, bez wyjścia do ludzi po prostu nie widzę takiej możliwości. A że może się to odbyć w sposób przez scenerów średnio lubiany i akceptowany… No cóż, znak czasów najwidoczniej!

Pisanie przy demie adnotacji o tym, że nie może być rozpowszechniane w taki lub inny sposób (chodzi głównie o cedeki różnych gazetek) uważam za absolutne prawo autorów dema. Ale także za ich wielką porażkę. No bo w końcu po co tworzyli to demo? Kto ma je oglądać? Kilkudziesięciu wtajemniczonych kolesi? Czy to ma być wszystko? Nie stać autorów dema na więcej? Na publiczne okazanie swojego dzieła? Z czego to wynika, poza mylnym przekonaniem, że ich demo nabija komuś kabzę? Strach przed upublicznieniem swojej produkcji? To po co ona powstawała? Strach przed ewentualnym blamażem spowodowanym niską jakością dema? To dlaczego wypuszczają produkt nie ukończony lub słaby?

Takich pytań można zadawać pewnie wiele. Klucz do zmiany sytuacji na naszej rodzimej scenie komputerowej widzę w zmianie podejścia do owej samych scenerów. To nie jest świętość, to nie jest prywatna własność kilku asów z tej czy innej dziedziny. To subkultura, która może być prężna i twórcza. A są to cechy rzadkie ostatnimi czasy i bardzo cenione. Ale o tym pisałem kiedy indziej.

Pytanie: po co nam ludzie, którzy w jakiś już sposób na rzeczy się znają? A z bardzo prostego powodu: dostarczą nam oni po prostu prodek! Tak jest, zauważyć można bowiem stałą tendencję spadkową ilości wystawianych produkcji. O ile z muzyką nieźle nawet sobie radzimy, o tyle grafiki na odpowiednim poziomie powstaje jakby coraz mniej. Być może są to moje subiektywne odczucia ale na obiektywizm nawet nie mam zamiaru się silić. O prodach kodowanych nawet tu nie wspominam. Wszyscy doskonale widzimy jak jest i jak wiele mamy do nadrobienia w tym temacie. Dem pokazuje się w naszym kraju skandalicznie mało. Jak na te blisko czterdzieści milionów mieszkańców i wynikający z tego sporawy odsetek ludzi aktywnie parających się twórczością komputerową – jest to po prostu za mało. Podobnie ma się sprawa z zinami czy innymi rodzajami typowo scenowej działalności.

Dlaczego? Dlaczego tak się dzieje?

Może scena w naszym kraju już się wypaliła? Być może dorasta nam teraz pokolenie idiotów, których poza klikaniem niewiele więcej interesuje? Być może jest to wina ogólnego schamienia i braku zainteresowania czymkolwiek poza prostym i szybkim zarobkiem, który przeznaczy się i tak na jakieś wyściełane powietrzem buty? Cholera wie… Może jest właśnie tak. Jeżeli tak właśnie jest to świadczy to jak najgorzej o naszej nacji. Chamieje i idiocieje nam młodzież, co najlepiej nie wróży scenie jak i innym formom zamieniania kultury osobistej i talentu na cokolwiek innego poza wspomnianymi butami. Święcie wierzę w to, że poza rozrywką i ujściem dla twórczych pasji młodych ludzi scena ma także do spełnienia pewne funkcje edukacyjne czy wręcz wychowawcze. Jak każda subkultura bowiem, wpaja ona pewne wartości, a przynajmniej powinna. I niech nikt mi nie mówi, że jest inaczej! Niestety, sami scenowcy w znacznej mierze dewaluują pewne pojęcia czy zachowania. Friendship stał się tylko pustym sloganem, koleżeńskość ograniczyła się do wymiany haseł na ircu, wzajemna pomoc zmieniła się w krytykanctwo… Czy trzeba coś jeszcze udowadniać? Cholera, mam ogromną nadzieję, że się jednak mylę.

Bawią mnie teksty w stylu „dawniej to dopiero było zajebiście” i ich różne mutacje. Dawniej było dawniej. Dziś i teraz mamy właśnie dziś i teraz. Poza solidnym zakasaniem rękawów i wzięciem się do roboty, by sytuację którą chyba wszyscy uważamy za kiepską – zmienić, nie widzę innego wyjścia. A zmienić to można chyba już tylko wyjściem w świat i do ludzi. Pokazaniem się z najlepszej strony i wabieniem potencjalnych scenerów spoza przedziału wiekowego oscylującego w graniach górnej podstawówki. Nie mam nic przeciwko młodym ludziom. Nic prócz jednego – na nich przyjdzie jeszcze czas a w międzyczasie może dokonać się mała tragedia i polska scena może zginąć. Ktoś to musi popchnąć na nowe tory, ktoś musi dać sygnał i bodziec do aktywnej twórczości. Tu widzę główne zadanie tychże nieco starszych ale doświadczonych twórców komputerowych. Równajmy w górę! Nigdy w dół…

Bardzo bliskie jest mi środowisko fandomu – fanów fantastyki. Tam właśnie próbuję szukać sposobów i wzorców na popularyzację sceny. Fandom kilku ciekawych rozwiązań się dopracował. Przede wszystkim nie czyni tajemnicy ze swojego istnienia. Ba! Gorąco zachęca do wstąpienia w ten magiczny świat literatury i filmu. Robi to na różne sposoby. Konwenty miłośników fantastyki są otwarte dla ludzi z zewnątrz. Liczy się bowiem na „połknięcie haczyka” osób z fantastyką mających do tej pory niewiele wspólnego. Owszem, jest to także oczekiwanie na wpływy z wejściówek ale nikt tego nie kryje. Prócz konwentów tworzy się inne możliwości kontaktu niezdecydowanego czy wręcz nieświadomego jej istnienia człowieka z fantastyką. Czy to przez obecność w domach kultury (nie oszukujmy się, jeżeli komuś jeszcze chce się chadzać do domów kultury i uczestniczyć w jakiejkolwiek formie życia kulturalnego, będzie to ktoś wystarczająco zaangażowany, by interesującym go tematem się zająć), obecność w mediach, informowanie o imprezach, spotkaniach i innych formach działalności. Czemóż i scena nie mogłaby pójść w takim kierunku? Dlaczego nie łowić talentów tam, gdzie same one przychodzą? Owszem, początki zapewne byłyby trudne, ale może warto przekonać kilka osób z domu kultury do poprowadzenia warsztatów z np. tworzenia muzyki za pomocą komputera? Pokazać możliwości, sposoby, techniki… Uśmiech radości szefostwa takiej placówki po oznajmieniu, że za free to będzie macie zapewniony. Czemóż nie tworzyć kółek zainteresowań czy innych podobnych pierdół, za pomocą których można będzie wyłapać nieco talentów? Ba! Można posunąć się i nieco dalej, zakładając, że wyżej wymienione wstępne etapy ma się za sobą. Niechaj znajdzie się ktoś, kto zainwestuje w sprzęt, w infrastrukturę… Potencjał zaczyna wzrastać, możliwości także.

Możliwości jest naprawdę sporo i trzeba je jakoś wykorzystać. Innego wyjścia po prostu nie ma. Jeżeli chcemy, by scena przetrwała, musimy uruchomić wyobraźnię i przystosować się do istniejących warunków. Musimy szukać nowych rozwiązań, nowych ludzi, w środowiskach, które do tej pory były przez scenę zupełnie niezagospodarowane. Podałem tu tylko możliwości i sugestie, jak dotrzeć do tych, co już umieją jak i do tych, co dopiero by zaczęli umieć. Bo musimy sobie wychować nowy scenowy narybek. Musimy także chwycić kilka solidnych i grubych ryb, które postawią przed nami nowe wyzwania, ukażą nam nowe możliwości, techniki i interpretacje twórczych pomysłów. Bo tych nam właśnie brakuje, a szczególnie ich wykonania.

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Czy Harry P. jest scenowcem?

No tak, jak burza przez kina naszego kraju przemknął skądinąd znakomity film dokumentalny o życiu i twórczości niejakiego Harrego P....

Zamknij