Menu serwera

Let’s Scene!

Dla niekumatych przekład tytułu na niekoniecznie poprawny polski, z jeszcze mniej poprawnego angielskiego: poscenujmy se nieco!

Ze scenowaniem (czy jak tam nazwać ten żmudny proces) kojarzą mi się głównie dwie rzeczy: ból tyłka od siedzenia przed kompem i smród odzieży zwożonej z party. Obydwie przypadłości są oczywiście mocno „chwilowe” i możliwe do usunięcia w krótkim czasie. Obolały tyłek może mi zawsze rozmasować Biter a przepierkę śmierdzących majtek może machnąć Kasha. Niemniej obydwa te bóle są wielce symptomatyczne i warto się nad nimi lekko pochylić. Wyznaczają bowiem oto samą esencję scenowania, ba!, czystą tego radość!

Nikt mi nie wmówi, że masowanie tyłka przez Bitera nie jest uczuciem słodkim, przy którym przez ciało masowanego (w tym momencie mnie) przechodzi lekkie drżenie podniecenia… Czynność powyższa ma jeszcze jeden zbawienny wpływ na mnie, jako obolałego: doskonale rozluźnia napięte mięśnie pośladków, co przekłada się na rozluźnienie napiętych mięśni karku (szerokiego), że o mięśniach nóg wszystkich już nie wspomnę. Relaks, jaki mi funduje mój gruppenfellow (całkowicie błędny zlepek podobnież niemieckiego Gruppe (że niby grupa) i angielskiego fellow (że niby kumpel)) może być porównywalny tylko do tego, co potrafi swoją dłonią wyczyniać Ninja. Chociaż Ninja akurat ekspertem od dłoni w naszych szeregach nie jest podobno… Piszę podobno, bo sprzeczne wieści o tej wspaniałej cesze Ninjego do mnie dochodzą od Nostrego i Kopernika. Pierwszy jest bardzo „za” umiejętnościami Ninjego, drugi nieco jakby wybrzydza… Takie jego prawo – mamy demokrację. Na dobre i na złe.

Pranie moich gaci przez Kashę może się wydać komuś dziwne. Bo w sumie dlaczego mężna ta dziewoja, mająca chłopa i aspiracje na bycie solidną Hausfrau (a to już jak najbardziej prawidłowe niemieckie określenie pewnego gatunku kury), miałaby mnie prać gatki? Pytanie o tyle istotne, co z gruntu niewłaściwe. O ile bowiem Biter jest moim gruppenfellow, o tyle Kasha jest nim (nią) po trzykroć bardziej! Chodzi o sprawę płci oczywiście, z angielska zwanej sex. Komu się kojarzy, niech się mu kojarzy nadal. Mimo wszechstronnego geniuszu nie jestem jeszcze w stanie manipulować skojarzeniami czytających, więc myśleć można jeszcze sobie, co się chce. To nie jest tak, że z Kashą jesteśmy bardzo spoufaleni. O nie! Mimo moich szczerych chęci, woli ona chłopów znacznie szczuplejszych i o wiele młodszych… Ale przynajmniej wynegocjowałem pranie gatek, co jest generalnie fajne, choć moich ambicji nie zaspokaja. Za to typ „tego jedynego” faceta bardzo przypadł do gustu Singerowi, który wspomniane warunki wypełnia w całej rozciągłości. Oto bowiem Singer jest ode mnie znacznie szczuplejszy i o wiele młodszy, więc, że tak powiem, wstrzeliwuje się doskonale w typologię mężczyzn według Kashy. Czy Kasha pierze Singerowi gatki w związku z tym? Nie wiem niestety, ale spróbuję to ustalić przy najbliższej sposobności.

A jeśli już jesteśmy przy Singerze… Singer to pewien typ człowieka-instytucji. Koleś jest chodzącą emanacją dobra na tym pojebanym z deka świecie. Gdyby zabrakło Singera, zabrakłoby wszystkiego co dobre, czyste i moralnie nie do ruszenia. Singer to mój spowiednik. To moje lustro. To moje alter ego. To ucieleśnione w 180 (około) centymetrach wzrostu wszystko to, co mi obce i ode mnie dalekie. To doskonałe uzupełnienie mojej chwiejnej osobowości. Gdybyśmy się połączyli, dokonali takiej dragonballowej fuzji, to wyszła by z tego osobowość kompletna. Póki co jest tak, że co nie powiem przy piwie to zaraz dostaję po łapach. Doceniam wysiłek Singera w naprowadzaniu mnie na drogę Słuszną, tym bardziej, że doprowadzanie to mierne przynosi efekty. Jestem oto średnio reformowalny…

To nie to co Nostre! Nostre to konformista cholerny, który zawsze i wszędzie się odnajdzie… Czy to między skinami, czy to między metalowcami, czy to między hiphopowcami – koleś świetnie sprawuje się wszędzie. I wszędzie znajdzie kumpli. I to tych bogatych, co to i piwo postawią, i fajką rzucą… Czy to oznacza, że Nostre nie ma tzw. kręgosłupa moralnego? Dokładnie właśnie to oznacza. Nostre nie ma kręgosłupa ale ma za to grypę jelit (cokolwiek to jest), ergo – jest bogatszy o doświadczenie, którego nigdy nie przeżyłem. Na moje pytanie, czy przy grypie jelit kicha się dupą, Nostre tylko spojrzał na mnie z wysoka (trudno nie miał, bom chyba najniższy w Marsmellow (z facetów oczywiście)). Taki to popapraniec… Ale dziwnie jakoś nie da się go nie lubić. Może właśnie o to chodzi z całym tym konformizmem? Lubię go ja, lubi go także Ninja.

Ninja to zupełnie odmienny przyczynek do powstającej właśnie powieści o tytule „Kurwa, ale pojebane to Marsmellow”. Historią tego kolesia można wypełnić księgę biblijnych rozmiarów a i tak byłoby do dopisania nieco apokryfów. Ninja co prawda gaci mi nie pierze, ale za to w cudowny sposób reaguje na mój dotyk. Wystarczy, że lekko go tylko musnę stopą w podbródek, a już chłopina robi się cały poruszony. To tworzy między nami pewną taką więź. Więź tym mocniejszą, że po ciężkiej chorobie, jaką ostatnio ledwo co przeżył Ninja (której mu bardzo współczuję), mogę masować mu podbródek stopą praktycznie bez tremy. Za słaby się chłopina zrobił, by masaż oddać z nawiązką… Anyway – z tym kolesiem można konie… eee… kraść też w każdym bądź razie. Drugiego takiego na świecie nie znajdziesz. Ninja ma unikalny dowód osobisty i nie mniej unikalny pesel. Imię jego i nazwisko także są unikalne. Po prostu nie ma drugiego Ninjego i już. Jest japończykiem z zamiłowania i z rysów twarzy (lekko mongoidalnych). Nosi przy sobie wciąż gotową do użycia katanę. Jak popije, to nawet odbezpieczoną. Śmieją się wtedy z niego napotykane na ulicach nastolatki. Starsze i nieco bardziej doświadczone kobiety kiwają tylko głową i cykają z niedowierzania – podobno katana to miecz długi i solidny… Ale Kopernikowi taka właśnie się podoba a nie inna!

Uch, Kopernik, to ci dopiero ewenement! Każdy normalny, w miarę rozgarnięty student wie, że im bliżej sesji, tym bardziej ogranicza się życie i kontakty towarzyskie. U Koperasa to nie przechodzi! Im bliżej było finałowej sesyjnej rozgrywki Koperka, tym więcej maili posyłał ów na naszą grupową spam-listę. Zatrzęsienie! Setki maili! Najśmieszniejsze, że mimo całego tego siedzenia przed kompem (od którego pewnie też go tyłek rozbolał ale nie ma chłopina pod ręką użytecznego Bitera, współczuję mu) to on te egzaminy śpiewająco zdał! Co prawda nie studiuje na wymarzonym przeze mnie i Ninjego kierunku i nie potrafi powiedzieć ile czego z czym trzeba wymieszać, by otrzymać kryształ LSD, niemniej i tak jestem pełen dla niego podziwu. Podziwiam go także za nieprawdopodobną umiejętność robienia muzyki. I to muzyki znośnej. O ile bowiem Singer robi kawałki w bólach (liczonych w latach! dłużej to już chyba tylko słonie ciążę noszą niż on realizuje swoje pomysły), o tyle Kopernik po prostu siada i już ma. Coś niesamowitego! Ja tam myślę, że Kopernik po prostu nuci do mikrofonu i składa z tego kawałek. Choć nie mam bladego pojęcia jak potrafi wynucić bębenki ze stopą i hihatami. No cóż, warsztat to podstawa! A warsztat to Kopernik musi mieć niezły, bo już jest chłopina żonaty. Na coś w końcu tą swoją żonę musiał podrywać anyway… Dalej nie rozumiem jednak jednego: jak on potrafi wynucić romantyczny nastrój w stylu goa?!? Babeczki to nie przelewki – byle czym je się do ołtarza nie ściągnie. A podejrzewam, że Kopernik swojej żony na świecące blachy swojego bmw nie podrywał z tej choćby przyczyny, że owego bmw jeszcze nie ma. Ot i zagadka.

Zagadką za to nie jest dla mnie niejaki Mr. Byte. Byte też już jest żonaty ale przynajmniej wiem jak zaciągnął babeczkę do ołtarza. W sposób prosty i sprawdzony już przed wiekami – siłą. Żadna bowiem kobita zdrowa i nie będąca w stanie upojenia alkoholowego nie chciałaby z tym gorylem stanąć na ślubnym kobiercu. Mówię tak, bo szczerze mu zazdroszczę. Zazdroszczę mu tej nieprzeciętnej siły chwytnych ramion, tych cudownych, skołtunionych loków, tej szerokiej klaty, w którą z uwielbieniem wali pięściami wydając jakieś okrzyki. Byte to poza tym bardzo skomplikowana osobowość. Mówi, że nic co ludzkie nie jest mu obce. Włączając w to zoofilię, pedofilię, nekrofilię i innej maści -filie. Uważa się za kontynuatora tradycji oświeceniowej – żarówki wymienia błyskawicznie! Jego myśli strwożyłyby i zawstydziły Kanta, Nietzhego o Freudzie że już nie wspomnę. Wiem, że skrycie zazdrości mi masaży i prania gatek. Wychodzi więc na to, że obydwaj czegoś sobie zazdrościmy. To tworzy między nami więź silną niczym nić pajęcza z rana rosą lekko przyprószoną.

O kolejnych dwóch osobnikach wiem mało, żeby nie powiedzieć, że prawie nic. Chodzi o Pienię i Chebdo. Wiem jedynie, że doskonale się chłopaki rozumieją i potrafią ze sobą współpracować. Bardzo pomaga im w tym to, że mieszkają w jednym mieście. Ba! chodzą nawet do jednej szkoły! Ba! siedzą nawet w jednej ławce!!! I to któryś rok z rzędu… Podobno są nierozdzielni niczym bracia syjamscy. Posuwa się to do granic absurdu przy umawianiu się z pannami. To są moi gruppenfellows, którzy lubią gruppenseks, którzy będą pchali gruppenwózki z kolejnym pokoleniem braci syjamskich. Tak im dopomóż Bóg i mocno napromieniowana przy katastrofie Czernobyla okolica!

Jest jeszcze jedna osoba w naszej grupie – zwą ją Skuter. Nie wiem czemu właśnie tak jest Filip zwany. Ni chuja nie przypomina skutera. Jak bym kolesia nie dosiadał, to nie wydaje tych charakterystycznych dla skuterów bzyknięć. Znów Wam galopuje wyobraźnia? Jesteście chorzy… Skuter to koleś, który jest a przy okazji go nie ma. O jego istnieniu dowiadujemy się, gdy w ramach szumu tła słychać takie „iiiiiiiiii…”. Jest to ulubiony odgłos wydawany przez Skutera. Ludzie generalnie wydają z siebie różne odgłosy – jedni charczą, inni plują, jeszcze inni chrapią. Skuter robi „iiiiiiii…”. Po Poznańskich Słowikach krąży zresztą na jego temat anegdota: podobnież kiedyś Skuter zjawił się na próbie Poznańskich Słowików (taki chór) w celu zbierania sampli. Próba była po całości – chór wył, orkiestra grała, dyrygent szalał. Niemniej partie solowe na skrzypce ktoś systematycznie w tej orkiestrze jebał. Dyrygent machnął pałką (był to umówiony dla orkiestry i reszty znak, że robimy stop), rozległa się cisza… I w ciszy tej nagle doskonale słyszalne stało się „iiiiiiiii…” Skutera. Dyrygent niewiele myśląc wypierdolił jebiącego wszystko skrzypka, na jego miejsce posadził Skutera. Później wypierdolił też Skutera. Bo młody i ładny. Oficjalna wersja głosiła, że podobnież Skuter na skrzypce się nie nadawał, bo to swoje „iiiiiiii…” tylko jednotonowo potrafi robić. Trudno! Skuter wyszedł z próby poiiiiiiiijując ale sample nagrał pierwsza klasa!

Czy kogoś pominąłem? Chyba nie…

No więc pewnego dnia cały ten zwierzyniec pomyślał i postanowił: Let’s Scene!

Co też się dzieje ku uciesze Waszej.

ps. ogólne :)))

2 odpowiedź do Let’s Scene!

  1. soomal Kwiecień 27, 2006 o 17:30 #

    Nie ma nic o schizoosie;P

  2. Biter Kwiecień 27, 2006 o 19:03 #

    Bo Schoizos to nie pyra po primo, secundo nigdy z nami nie meetingował, tercio jeszcze go wtedy nie było ;)

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Atari na piecu

Komputery firmy Atari to już, nie oszukujmy się, historia. O ile sam komputer można jeszcze zdobyć (na aukcjach Allegro jest...

Zamknij