Menu serwera

Pisanie

Jakiś mój pseudonatchniony bełkot. Dla wytrwałych…

I znowu to się stało…

Znowu siedzę otoczony technologicznymi cudami współczesnego świata. Mam wszystko, co potrzebne do życia: telewizor, radio, samochód, komputer, programowalną pralkę, lodówkę, inteligentne mieszkanie dbające o me samopoczucie w trakcie snu, konta, czeki, karty, informację, zdjęcia z lotu kolejnego wahadłowca, polityczne burze, wojny, pokoje, nietrwałe i trwałe sojusze, lewicową otchłań i prawicowy bełkot, ambicje, lęki, raporty niezrównoważonych analityków, hossy, bessy, krachy, marzenia twórców i autorytetów, filmy, pliki, kruche ciastka z importu, chińskie głośniki, tajwański szajs na ręku mierzący kolejne uciekające minuty z nieubłaganą konsekwencją i ciekłokrystaliczną dokładnością, mam gry, uciechy, piwo gorzkie i słodkie, wódki, alkohole, telefony, kompakty, meble, łóżko, szafki, garnki, patelnie, widelce, łyżki, książki, czasopisma, mam to wszystko…

Nie, mam o wiele więcej!

Mam dywany, tapety na ścianach, sążniste kazania w pamięci, obrazy ukrzyżowanego człowieka, walczącego półksiężyca, mordercze narzędzia tortur dla wszelkich insektów, mam lekarstwa, apteki, metale szlachetne, półszlachetne i te zwykłe zresztą też, mam perfumy, wody kolońskie, szampony, prysznice, bieżącą wodę ciepłą i zimną, dużą wannę, w której gubi się mydło a piana zakrywa wstydliwe szczegóły mego jestestwa, mam lekarzy, dentystów, chirurgów gotowych na jedno me skinienie ciąć, ingerować, maltretować i przerabiać me ciało według mej woli, mam atlasy, mapy i periodyki dające mi pojęcie na jak wielkim ja świecie żyję…

Nie mam nic.

Przeglądam mapy i atlasy, odwiedzam miejsca, o których istnieniu świadczy tylko utrwalony na błonie lub cyfrowo obraz – jestem w miejscach niedostępnych, odległych, prawdziwych książkową wiedzą, obrobioną komputerowo fotografią… Jestem?

Dotykam tego kamienia? Wdycham zapach tych traw? Czuję swąd rozkładającej się padliny? Odmierzam czas zachodami i wschodami słońca tej nie-prawdziwej krainy? Jestem?

Jestem w moim pokoju, siedzę przy swoim komputerze, klepię w swoją klawiaturę, tajwański szajs odmierza kolejne minuty mojego bycia z wyżej wymienioną dokładnością…

Jak to się stało, że tu tkwię? Jak to się stało, że tyle mam? Patrzę na telewizor – ułuda prawdy, ruchome obrazy pokazujące kolejne miejsca, kolejne gadające głowy, kolejne nieprawdopodobne historie, kakofonia dźwięków i obrazów, prawdziwy spektakl jednego aktora: „miej” zwanego także „posiadaj”. Młoda kobieta namawia mnie na prawdziwie czyste pranie, młody mężczyzna spada z drzewa jedząc batonik czy jakoś tak, jakaś małpa gdzieś biegnie ciągnączasobącoścoprzypominawalizkępełnąpieniędzygdzieśsiedząludziepe……

Przypomina mi się taka chwila z dzieciństwa: mój kolega koniecznie chce mieć mały samochodzik przez wtajemniczonych zwany resorakiem. Mali wtedy byliśmy, świat był prostszy, emocje głębsze i bardziej szczere. Więc widzę, jak bardzo on ten samochodzik chce mieć: ręce trzęsą się w oczekiwaniu, oczy przeskakują z samochodzika na jego dotychczasowego posiadacza, z dotychczasowego posiadacza na samochodzik, z samochodzika na dotychczasowego posiadacza… mój tajwański szajs z wyżej wymienioną precyzją odmierzyłby czas potrzebny na zjedzenie loda (eksplozji chłodu, przyjemnego raczej, słodkości, tajemniczej przemiany ciała stałego w płynne (oto cud!), małej domieszki szczypiącego w język kwasku, tym bardziej tajemniczego im bardziej szczypiącego, kwasku niewiadomego pochodzenia, bo przecież cały ten lód jest mlecznobiały…) – tyle żeśmy go trzymali w niepewności. A te jego ręce się trzęsły. A te jego oczy biegały w tę i wewtę, w tę i wewtę, w tę i wewtę… Długo lizaliśmy nasze lody… Mieliśmy konkretną władzę nad tym konkretnym, małym jeszcze człowieczkiem. Rozkoszowaliśmy się nią. Przynajmniej przez czas jedzenia tych diabelnie zimnych lodów (a dzień był wtedy ciepły). Po wyssaniu już ostatnich resztek słodkości z drewnianego patyczka (do dziś dzieciństwo ma dla mnie smak słodko-drzewny) przyszła pora na targi. „Co mi za to dasz?”, „Co dasz w zamian?”, „Co masz na wymianę?”, „To najlepszy resorak w mojej kolekcji, wart przynajmniej trzech twoich!”, „Ale drzwiczki są porysowane!”, „Wcale nie!”, „Wcale tak!”. Krzyki, rwetes, bijatyka, płacz. Chwilowe ujście napięcia… Wracamy do targów, przyszpilamy go do ściany, rozmazujemy lecącą z nosa krew. Kto powiedział, że życie dziecka jest prostsze? Targi trwają długo, ręce trzęsą się coraz bardziej, oczy przeskakują jakby coraz szybciej… Jak boga kocham, dojdzie do następnej bójki! Impas w negocjacjach: dotychczasowy posiadacz resoraka został zawołany na obiad. Ogólne niezadowolenie… Oczekiwanie…

Trwamy w oczekiwaniu czekając na koniec przerwy. Uzgadniamy cenę wymiany samochodzika. Nie wiedzieć czemu, samochodzik stał się wspólną własnością całego podwórka, dotychczasowy posiadacz protestuje słabo – ma inne plany co do tego cholernego samochodzika, drzemy się na niego „Cicho! Cicho!”, podnosi się tumult, padają ciężkie słowa o przyjaźni i jej braku, o koleżeństwie (wtedy synonimie lojalności, jednomyślności, wsparcia w każdych warunkach, pomocy wzajemnej i zrozumienia – matko jedyna, ile słów potrzeba dziś na określenie tego jednego?), padają cięte uwagi, podnoszą się buńczuczne pięści, rozlegają się krzyki i wołania, rozpada się resorak rzucony z ogromną mocą w najbliższą ścianę w akcie desperackiej złości i nienawiści…

Nagle wszystko zamiera…

Spokój…

Zrozumienie…

Jesteśmy w jego mocy – tego drobnego chłopaczka, który właśnie pałaszuje zupę obmyślając zapewne jak najlepiej przehandlować tego pieprzonego resoraka. Wydawało nam się, że jesteśmy panami sytuacji liżąc lody i patrząc na tego trzęsącego się frajera. A frajer otumanił nas aż miło, nabił w butelkę, zrobił w jajo, kręcił nami jak chciał… Rozwalamy pospołu resztki tego cholernego samochodzika w drobny mak i idziemy w zgodzie zająć się czymś ciekawszym. Już wszystko jest okej, już wszystko rozumiemy, wszystko jest jasne, mimo iż nie padło ani jedno słowo. No, może prócz cichych skarg dotychczasowego posiadacza, które jednak nie liczyły się w ogólnym rozrachunku. Zbieramy jego cicho pochlipujące resztki i ruszamy na Wyprawę. Niedaleką, bo zaraz nas też zawołają na obiad.

Już nie pamiętamy.

Albo staramy się nie pamiętać.

Pozostało tylko to niemiłe wspomnienie lepiącego się, cieknącego po palcach rozpuszczonego ciała stałego, bardzo słodkiego i miłego, które ciekło dlatego, że nam też trzęsły się ręce…

Ale kto by o tym pamiętał?

Jakieś cztery lody później, które mój tajwański szajs odmierzyłby z wyżej wymienioną dokładnością, po sprawie nie zostaje już nawet wspomnienie.

Do czasu… Do dziś właśnie…

Dorastanie to proces zapominania. Doroślejemy, uczymy się, nazywamy, definiujemy, odmierzamy, ważymy, interpolujemy, składamy, abstrahujemy… Istnienie człowieka w nienazwanej przestrzeni jest niemożliwością. Pamiętamy, by nazywać, by definiować, by układać i szufladkować. To samo w sobie nie jest złe, gorsze jest to, że przywiązujemy się do etykietek. Mnóstwo szufladek, z wiekiem coraz więcej, mnóstwo indeksów, odnośników, fiszek, notatek, nalepek… I jaki żal, by którąkolwiek przenieść, zmienić, opatrzyć innym napisem! Zmieniamy poglądy bo jednak próbujemy się rozwijać. Nie rozwijamy się, bo nie potrafimy zmienić kilku pieprzonych napisów…

Moje dziecięce przeżycie nie wryło mi się w pamięć, niemniej gdzieś tam istniało, było, swobodnie latało w przestrzeni nie wrzucone do żadnej szufladki. W końcu wypłynęło. Co teraz z tym począć? Ile takich nieodgadnionych przeżyć w nas tkwi? Dlaczego zbierało mi się na płacz, kiedy czułem to, co wtedy czułem? Dlaczego zbierało mi się na gniew, kiedy przypomniałem sobie to co przypomniałem? Kto kazał mi siedzieć przed klawiaturą i przelewać w trzewia mojego komputera to, co przed chwilą przelałem?

Katalogowanie, indeksowanie, porządkowanie…

Katalogowanie, indeksowanie, porządkowanie…

Katalogowanie, indeksowanie, porządkowanie…

Katalogowanie, indeksowanie, porządkowanie…

Katalogowanie, indeksowanie, porządkowanie…

Boże, jakże nieodgadnioną istotą dla samego siebie jestem…

Jakże piękną, powabną i ciekawą…

Jakże nudną…

Zaglądam do głowy, otwieram się. Zwoje, wszędzie szare zwoje skąpane w wysoko utlenionej krwi, przez tę krew odżywiane i pielęgnowane.

Oto ja, cały ja. Kilo z czymś mojego jestestwa, mojego istnienia, mojej świadomości…

I jak tu się dziwić, że odrzucamy taką krwawą prozę bycia? Czy to świadomie, czy też nieświadomie – nie godzimy się na nagą prawdę. Szukamy czegoś więcej, przehandlowujemy rozsądek na rzecz ułudy. Przecież to kilo z czymś szarej pofałdowanej masy to nie mogę być cały ja!!! Na boga, to nie może być jedyna prawda!!!

I, do ciężkiej cholery, nie jest.

Meandry mojej świadomości koegzystują w nieprawdopodobnie poplątanej przestrzeni innych, podobnych do mojej własnej. Czy czujesz tętniącą życiem osobę obok ciebie? Czy widzisz, jak wasza wzajemna świadomość współistnienia zaspokaja tę najbardziej podstawową potrzebę – bycia z kimś?

Nie czujesz i nie widzisz. Jesteś ślepcem zamkniętym na wszelkie bodźce.

Moja programowalna pralka wykonała już program. Sześćset tysięcy ludzi dookoła mnie pragnie kontaktu. Sześć miliardów istnień nie zdaje sobie sprawy z mojego istnienia. Wybór jest prosty – jestem kolejnym podprogramem w programie mojej pralki, rozwieszam pranie. Aż strach pomyśleć co się stanie, gdy wymyślą pralki, w których udział mojego podprogramu będzie zbyteczny. Czym ja się wtedy zajmę?

Jesteśmy kalekami w kalekim świecie.

Nie interesuje mnie sześć miliardów istnień. Sześć miliardów istnień nawet nie ma w pogardzie istnienia tego jednego – mojego. Bo nawet o nim nie wie.

Mam przyjaciół, kolegów, kocham i jestem kochany.

Wszystko sprowadza się do kwestii ceny – co będzie najbardziej korzystne. Jak z samochodzikiem, dzięki któremu zrozumiałem dziś, jak bardzo uzależnieni jesteśmy nawzajem od siebie i jak bardzo uzależnienie to jest nieistotne.

Wydaje mi się, że mam wpływ na otaczający mnie wszechświat zdarzeń, wypadków, losowych rzutów kością, prawdopodobieństwa i nieprawdopodobieństwa. Bo mam wpływ! Zawsze przecież mogę wyciągnąć wtyczkę!

„…ekspansja rynku samochodów używanych wydaje się osiągać maksimum…”, „…policja poszukuje trójki zaginionych mężczyzn…”, „…dwudziestolecie pracy…”, „…rodzice oskarżeni o molestowanie seksualne Ani…”, „…być czy nie być oto jest pytanie…”…………….

Bełkot.

Informacyjny szum docierający do mnie co dzień, co godzinę, co minutę, co mignięcie kropki na wyświetlaczu mojego tajwańskiego szajsu odmierzającego czas z wyżej wymienioną dokładnością. Wchłaniam miliony słów, dźwięków, liter, obrazów… Jestem uzależniony od informacji. Pływam w niej, pławię się nawet we śnie, rzygam nią i zjadam ją ponownie, trawię lub od razu wydalam. „…talibowie niszczą kolejne rzeźby…”, „…kolejny napad na bank, są ofiary śmiertelne…”, „…przybyłem na audiencję papież powiedział…”………

Bełkot.

Zaglądam ponownie do mojej głowy. Znów krew i całe to mechanistyczne, oślizgłe, mokre, ciemne, plaskate miejsce. Mogę sobie wyobrazić kwitnące róże. Ten wonny bukiet czystego piękna powstaje właśnie tutaj, w tym ciemnym i nieprzyjemnym miejscu. Wciskam się jeszcze głębiej, w sam środek szarej substancji.

Jest aż ciemna od wysiłku. Mieli kolejne strumienie informacji docierające do mnie bez przerwy. Nadaje im sens, opatruje odpowiednią notatką, indeksuje przesyła dalej, szufladkuje. Mam pomysł! Wyłączę kanały dojścia, dam odpocząć tej umęczonej substancji. Nie mam już wzroku, słuchu, czucia, smaku, ograniczam wszelkie bodźce.

Wypoczywam zlękniony nagłą pustką.

Jesteśmy potężnymi przetwornikami informacji.

Ale teraz zamknąłem to wszystko, jestem w pustce.

I nie ma spokoju, nadchodzi wyobraźnia. Tworzę.

Lot nad nisko kłębiącymi się chmurami potrafi być czarującym przeżyciem. W przerwach tego miękkiego, jasnego dywanu dostrzegam odległą, och jakże odległą ziemię. Widzę jej zieloność, widzę ciemny błękit wody, jasne pióropusze fal, zimne blaski śniegu na stokach gór. Jestem sam, zupełnie sam. Nie zniosę dłużej tej samotności. Tworzę.

Jestem ja i jest ona. Tak oczywista, tak dokładnie widoczna, tak dojmująca, tak czarująco pociągająca. Ile mocy twórczych ma mój własny mózg? Przecież widzę dokładnie każdy jej najmniejszy włosek, każdą jej najmniejszą zmarszczkę tak sprytnie ukrytą uśmiechem, widzę każdy, najdrobniejszy nawet szczegół, każdą bliznę, wszystko. Jej cielesność jest tak naturalna, tak prawdziwa… Brak szczegółów: oddechu (piersi owszem, są, ale nie poruszają się tak jak powinny), tego migotania w oczach, tego cienia w dołku w policzku, tego… Tworzę.

I nagle zdaję sobie sprawę, że przyoblekam informację w kształt, kolor, ciężar, smak… Moje rojenie istnieje prawdziwie, ma wszelkie potrzebne atrybuty bycia prawdziwym. Ale prawdziwym nie jest… Umyka mi ten pierwiastek człowieczeństwa, osobowości, istnienia i bycia po prostu. Już wiem, że nie stworzę człowieka, że nie stworzę jej. Jej tu nie ma, jest całe lata świetlne stąd – ona, ta prawdziwa. Jest tak daleko, jak tylko można pomyśleć. Bo to nie ona siedzi tuż koło mnie, to nie ona dotyka mnie i pieści, to nie ona rozrzuca moje włosy. Ta jej nieuchwytna część jest tak daleko, jak tylko można sobie pomyśleć.

Człowiek ma duszę. MUSI mieć duszę, musi mieć to coś, czego nie ma moje wyobrażenie. Bo moje wyobrażenie, chociaż tak doskonałe, jest puste.

Właśnie przeprowadziłem dowód istnienia człowieka.

I pierdolę matematykę.

Otwieram umysł na sześć miliardów istnień ludzkich. Gdzieś tam są, wiem to na pewno. Czuję ich istnienie, wiem, że mnie otaczają. Nie jestem sam. Nigdy nie byłem. Po prostu nigdy o tym nie wiedziałem. Strzelam myślą do tego najbardziej mi bliskiego. Ciągle zamknięte, ciągle bez odpowiedzi. Ale nadejdzie ten czas, kiedy odpowiedzi się doczekam, kiedy mimo odległości, mimo barier cielesności doczekam się odpowiedzi.

To będzie najpiękniejsza chwila mojego życia.

Wtedy przeleję całego siebie, całe to targające mną uczucie, cały ten rwący mnie zgiełk. Ciekawe, co otrzymam w zamian.

Na samą myśl trzęsą mi się ręce.

Boże, czemu już nie jestem dzieckiem?

1 odpowiedź do Pisanie

  1. Hadret Grudzień 29, 2005 o 00:13 #

    Podoba mi się bardzo zamysł, wydaje mi się jednak, że został przegadany. Z tego, co tu napisałeś, dałoby się sklecić ze trzy dobre opowiadania. Jednakże, jako całość, jest to strasznie chaotyczne i bardzo ciężkie. Miejscami bardzo ładnie wciągałeś w akcję, ale tylko po to, żeby kontynuować napięcie, a to też męczy. Lepiej jest od akcji, do luzu, od luzu do akcji bo można się spocić (: Ja wiem, że to emocje przypisaniu. Rozumiem to doskonale, sam przeważnie nie potrafie ich kontrolować przy pisaniu wierszy, dlatego są beznadziejne. Lepiej złapać oddech, napić się herbaty i spróbować odpowiedzieć sobie na pytania: Co chcę napisać? Co chcę przekazać? Jak chcę to zrobić?

    Podsumowując – very good, mam nadzieję, że Cię kiedyś natchnie i napiszesz coś jeszcze (:

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Przeciętny scenowiec

Jaki jest wizerunek przeciętnego scenowca? Czym takim charakteryzuje się przeciętny scenowiec, co odróżnia go od innych grup społeczno-polityczno-gospodarczo-seksistowskich? Dlaczego przeciętnego...

Zamknij