Menu serwera

Sceneware – co to?

Dziś będzie groźnie. Dziś będzie bełkotliwie i lekko bez sensu. Jednym słowem – dziś będzie o zagadnieniach tak zwanych prawnych! Ale nie ma co ziewać, sprawy nieco niżej poruszone dotyczą was jak najbardziej, drodzy scenowcy. No to jedźmy w imię boże…

Jakoś nie tak znowu dawno temu ale wcale też nie wczoraj, demoscena dorobiła się swojego terminu „prawniczego” na określenie statusu prawnego utworów rozumianych jako „scenowe”. Zaznaczmy, chodzi o utwory gatunkowo bardzo różne – kod, grafika tworzona i kolportowana w sposób nie tylko elektroniczny (na przykład różne paper-ziny), muzyka, tekst… Te wszystkie formy twórczej działalności, jakże przecież gatunkowo od siebie odległej, wrzucono do jednego worka z napisem „sceneware”.

Sama nazwa jest nietrudna do rozszyfrowania – ewoluowała od takich nazw jak freeware, donationware, shareware… Słówko „ware” oznacza z języka angielskiego tyle co „towar”, a zrośnięte z odpowiednim przedrostkiem oznacz status prawny tegoż „towaru”. O ile intuicyjnie już wiemy co kryje się pod pojęciem freeware: utwór darmowy, nie wymagający opłat w związku z korzystaniem z niego, chyba że licencja zawęża obszar aktywności użytkownika do pewnych szczególnych sytuacji (np. ogranicza możliwość korzystania z programu do zastosowań tylko domowych); o tyle pod pojęciem sceneware w sumie diabli wiedzą co się kryje. Szperając w necie za jakąś definicją lub chociażby czymś definicję przypominającym, nie trafiłem dosłownie na nic, co spełniałoby moje oczekiwania. A poszperałem nieco, to musze przyznać. Być może szukałem niezbyt sprawnie lub nie potrafiłem odpowiednio sformułować zapytania, niemniej wyszukiwarka milczała jak zaklęta. Być może definicje znajdują się w jakimś Hugim czy innych magach, ale przejrzenie tego stuffu to zadanie po prostu niewykonalne :). Więc po jakie licho wymyślono w ogóle ten termin? Ano zobaczmy…

Każda z przytoczonych grup oprogramowania (a właściwie szerszej pojętej twórczości za pomocą komputera choć w sumie niekoniecznie tylko za pomocą komputera) doczekała się wyodrębnienia pewnych dla niej tylko charakterystycznych cech. I tak:

Twórczość rozpowszechniana na zasadzie freeware jest generalnie twórczością wolną od jakichkolwiek opłat licencyjnych, chyba że wyraźnie zaznaczono w licencji przy spełnieniu jakich warunków za korzystanie z utworu należy się autorowi opłata. Dla przykładu: autor stworzył kolekcję ikon z przeznaczeniem do wykorzystania na stronach internetowych. Nie żąda za ich wykorzystanie opłaty od prywatnych twórców stron i ludzi tworzących strony na własne potrzeby. Jednak wyraźnie zaznacza w licencji, że wykorzystanie jego twórczości na stronach tworzonych przez firmy (a więc osoby prawne) podlega już opłacie. To bardzo typowy przykład ograniczonej licencji freeware. Autorzy potrafią czasem tworzyć konstrukcje niezwykle skomplikowane, niemniej zasada funkcjonowania licencji freeware opiera się o nieodpłatność przy korzystaniu z utworów nią objętych. Oczywiście nie oznacza to dowolności w ingerowaniu w dzieło autora! Jeżeli autor wyraźnie na takie działania nie zezwoli, przyjmuje się, że jakakolwiek ingerencja w jego utwór jest złamaniem jego praw autorskich. Jednym słowem i prościej – używaj do woli ale niech bóg cię broni przed zmianą, o ile ci na to wyraźnie nie pozwalam w licencji.

Shareware opiera się na zupełnie odmiennych założeniach. W ramach licencji shareware jest tworzone głównie oprogramowanie ale może jej podlegać dowolny utwór. W dużym skrócie: utwór jest w całości własnością autora i jest udostępniany odpłatnie (!). W przypadku shareware, dla wygody klientów, zwyczajem już poniekąd stało się udostępnianie pełnej lub funkcjonalnej wersji programu (dzieła) do czasowego wykorzystania. Try it before you buy it. Użytkownik może przez jakiś czas posługiwać się np. programem jednak po upływie określonego w licencji okresu czasu jest zobowiązany albo do zakupienia pełnej wersji programu (dzieła), albo do usunięcia programu (dzieła) z komputera. Oczywiście najczęściej twórcy zabezpieczają się przed nieuczciwymi użytkownikami tworząc nie w pełni funkcjonalne wersje programów, które dopiero po wykupieniu i podaniu specjalnego np. kodu odblokowują wszystkie swoje funkcje. I dobrze, cracktra też muszą powstawać :). A więc główną cechą shareware jest odpłatność za utwór.

Zupełnie inną kategorią oprogramowania (w znakomitej większości jest to bowiem oprogramowanie) jest Open Source. To zupełnie inna filozofia podejścia do utworu (powtórzmy: głównie programu ale nie tylko programu!) – polegająca na udostępnieniu źródeł programu (lub np. warstw w Photoshopie (wiem, przykład głupi ale dający jakieś pojęcie o co chodzi)) do dowolnej modyfikacji przez użytkowników. De facto każda istotna modyfikacja kodu (i nie tylko kodu) źródłowego może być przyczyną powstania zupełnie odrębnego dzieła, które nadal może być rozpowszechniane na zasadzie Open Source. Klasyczny przykład to system Linux z całą masą oprogramowania nań tworzonego właśnie na licencji Open Source. Tu główną cechą jest ogólna dostępność, a co za tym idzie i nieodpłatność utworu (jako logiczna konsekwencja niczym nie limitowanej dostępności). Wszystkich krzyczących teraz, że przecież można kupić sobie Linuxa (za pieniądze!) w kiosku odsyłam do szczegółów licencji Open Source, w której ani przez chwile nie ma powiedziane, że oprogramowania Open Source nie można sprzedawać. Ba! Bardzo wyraźnie się wręcz do sprzedaży takiego oprogramowania nakłania! Zainteresowanych odsyłam ot choćby tutaj: http://www.opensource.org/docs/definition.php

Odpuśćmy sobie wymienianie innych rodzajów licencji utworów… Pogubimy się w tych wszystkich donationware, abandonware, licencjach akademickich, licencjach publicznych itd. Zaciemni nam to ogólny obraz a rzecz w sumie jest nieskomplikowana więc po co kombinować? Przejdźmy więc do meritum sprawy, czyli do kategorii sceneware. Co takiego mają produkcje scenowe, że w latach świetności demosceny uknuto taki termin? Otóż kilka wspólnych i istotnych cech prodki scenowe mają:

  • Produkcje scenowe są darmowe, nie może być od nich pobierana żadna opłata prócz ceny nośnika (co zrozumiałe) lub jakichś innych opłat ponoszonych przez twórcę np. kompilacji (MindCandy DVD to bardzo dobry przykład), co przy okazji może już być o wiele mniej zrozumiałe i budzić sprzeciwy. Wniosek taki wysnułem z wszechobecnego na polskiej demoscenie obrzydzenia „komercją”, które zresztą można dostrzec także u naszych wschodnich, zachodnich, południowych, północnych i podbiegunowych braci i sióstr. Za scenową grafikę, muzykę, kod, tekst czy co tam jeszcze nie powinno się pobierać opłat i już. Tu widać spore podobieństwo do kategorii freeware, jednak freeware jest nieco bardziej pojemne i zezwala na odpłatność użytkowania utworu w określonych warunkach. Zresztą problem odpłatności prodek scenowych jest nieco bardziej skomplikowany. Zdarza się, że np. pismo dla grafików z chęcią opublikuje prace jakiegoś scenowego autora. Według sztywnego kodeksu honorowego scenerów tenże autor nie powinien wziąć ani grosza z publikację jego prac. Ale może autor chce wziąć jakiś grosz? Być może nie podchodzi tak restrykcyjnie do niepisanych praw sceny? Być może uważa, że skoro już „komercja” zainteresowała się jego pracami to ta „komercja” powinna za to zainteresowanie zapłacić? Jest to dosyć osobista sprawa i wcale nie taka łatwa…
  • Produkcje scenowe dystrybuowane są w dosyć swobodny sposób. Zazwyczaj wymaga się, by np. demo było kolportowane wraz ze wszystkimi plikami zawartymi w archiwum, jednak zazwyczaj nie umieszcza się o tym specjalnego pouczenia czy informacji. Generalnie sposoby dystrybucji produkcji scenowych można określić w bardzo obrazowy sposób: im więcej, im szerzej, im dalej i im szybciej utwór się rozejdzie, tym lepiej. W czasach Internetu ma to może nieco mniejsze znaczenie ale przypomnijcie sobie czasy swapperów… Ciśnienie na tych biednych chłopaków (które zresztą sami brali sobie na bary) było ogromne. Tak czy inaczej – dystrybucja nie charakteryzuje się jakimiś ograniczeniami. Nie może więc być mowy o jakimkolwiek związku ze shareware. Tym bardziej, że produkcje scenowe są z założenia całkowicie darmowe.
  • Utwory scenerów to na pewno nie Open Source (choć czasem dema czy też intra doczekują się wydania wersji źródłowych do pooglądania). Zazwyczaj koderzy zazdrośnie strzegą swoich źródeł. Za źródła nie mogą też być uznawane stepsy, które często wymagane są przy kompotach graficznych dla uwiarygodnienia autorstwa dzieła. Tym bardziej Open Source nie są modki, wszak rippowanie sampli to jedno z najcięższych przewinień muzyka o rippowaniu patternów że już nie wspomnę. Nie, stanowczo Open Source nie ma nic do roboty na scenie poza jakimiś drobnymi wyjątkami.

Czym więc jest sceneware? Wychodzi na to, że specyficzną odmianą freeware. O ile bowiem freeware pozostawia jakieś furtki dla różnych rodzajów użytkowania, o tyle sceneware żadnych wątpliwości nie pozostawia – użytkownik jest ograniczony jedynie do możliwości obejrzenia/wysłuchania/przeczytania utworu i co najwyżej skopiowania go w niezmienionej formie do dalszej dystrybucji (co akurat jest bardzo wskazane). I to w sumie tyle. Jakichś większych różnic się nie dopatrzyłem.

Trzeba jednak mieć na uwadze, że „sceneware” jest określeniem bardzo umownym. Nie ma nic wspólnego z bardzo sformalizowanym Open Source w różnych odmianach, jest to freeware ale ma kilka cech swoich bardzo charakterystycznych, na pewno nie jest to shareware czy jakieś inne abandonware. Jako że średnio wychodzi podpięcie produkcji do innych licencji niż freeware, a i w samym freeware sprawiają czasem produkcje scenowe sporo kłopotów – ukłuli sobie ojcowie sceny takie właśnie wyrażenie. Czy przydatne? Moim skromnym zdaniem i owszem, przydatne. Zawsze to jakaś cecha autonomiczna. No i nie wrzuca się wtedy szacownych prodek scenowych do jednego worka z darmowymi ikonami, programami do wyświetlania daty systemowej czy innymi takimi. Co swoja nazwa, to swoja nazwa!

Artykuł był naklepany dla magazynu „The Voice #3”, który jakoś nie chce się ukazać. Ukazał się za to w magazynie Savage.

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Pisanie

Jakiś mój pseudonatchniony bełkot. Dla wytrwałych... I znowu to się stało... Znowu siedzę otoczony technologicznymi cudami współczesnego świata. Mam wszystko,...

Zamknij