the omega syndicate — sequences chords and leeds

The Omega Syndicate - Sequences Chords and Leeds

The Omega Syndicate — Sequences Chords and Leeds

myśla­łem, że w tych cho­rych miał­ko­ścią lejącą się z tele­wi­zora i radia cza­sach, na taką muzykę nie ma już miej­sca. myśla­łem, że kolejne inkar­na­cje brit­ney czy inszego boys­bandu (na jedno wycho­dzi) bijące wszel­kie rekordy sprze­daży i popu­lar­no­ści, ska­zują taką muzykę na komer­cyjny nie­byt a w kon­se­kwen­cji — na nie­byt zupełny. co naj­wy­żej na byt czy­sto hob­by­styczny. myśla­łem, że czas takiej muzyki minął bez­pow­rot­nie wraz z latami dzie­więć­dzie­sią­tymi a może i osiem­dzie­sią­tymi. myśla­łem, że taka muzyka już nie powstaje.

byłem w błędzie…

i cie­szę się z tego okrut­nie! wła­śnie słu­cham płyty, która od pierw­szego swo­jego brzmie­nia ska­zała mnie na wykle­pa­nie tych kilku słów. która po pro­stu przy­kuła uwagę od pierw­szych swo­ich chwil w moich gło­śni­kach. sequ­en­ces chords and leeds for­ma­cji abso­lut­nie mnie nie­zna­nej o nazwie the omega syn­di­cate to rasowy do bólu kawał solid­nej, elek­tro­nicz­nej roboty w old­scho­olo­wym stylu i brzmie­niu. nawet nie wiem do jakiego gatunku to przy­po­rząd­ko­wać… ambient? elek­tro­nika? old­school? w sumie po co szu­flad­ko­wać. i tak każdy będzie miał na jej temat swoje wła­sne zdanie.

pierw­sza rzecz, która mnie ujęła: pra­wie 70 minut muzyki ujęto w trzy ponad­dwu­dzie­sto­mi­nu­towe utwory. rzecz w obec­nych „radio edit” cza­sach rzadko spo­ty­kana. trzy dwu­dzie­sto­mi­nu­towe suity po brzegi napchane elek­tro­niką. whoa! coś takiego w począt­kach dwu­dzie­stego pierw­szego wieku to już sprawa wręcz uni­kalna! co nam fun­duje ta cał­ko­wi­cie nie­znana mi formacja?

pierw­sze 25 minut to utwór o nazwie under­cur­rent. od samego swo­jego początku jasno i pre­cy­zyj­nie okre­śla kon­wen­cję całego krążka: żad­nych kra­ftwer­kowo brzmią­cych ele­men­tów skła­da­ją­cych się na dobrze nam znaną kon­wen­cję muzyki elek­tro­nicz­nej. żad­nego beatu czy też ele­men­tów jakoś nawią­zu­ją­cych chciażby do muzyki tanecz­nej. od razu wiemy też, że nie będzie to sty­li­styka jarre’a z jego póź­niej­szych doko­nań. raczej mamy do czy­nie­nia z czymś zbli­żo­nym do oxy­gene. tego pierw­szego, do dziś dosko­na­łego. wiemy też od pierw­szych sekund, że nie będzie to popis nie­sa­mo­wi­tych, „sze­ro­kich” brzmień wyle­wa­ją­cych się z gło­śni­ków i fun­du­ją­cych nam ambien­to­wego tripa. o nie! od samego początku wiemy, że będzie tak, jak w muzyce elek­tro­nicz­nej być powinno: pro­sty, kla­rowny motyw roz­bu­do­wy­wany z cza­sem o kolejne ele­menty, two­rzący w końcu kom­po­zy­cyjną całość. prze­pis znany od począt­ków muzyki elek­tro­nicz­nej i zre­ali­zo­wany tu bez­błęd­nie. under­cur­rent prze­nosi nas w dwa­dzie­ścia pięć minut transu. trzeba tylko zamknąć oczy i dać się ujarz­mić brzmie­niom. w taki to spo­sób roz­po­czy­namy podróż.

sequ­en­cing on a grand scale to lekka zmiana kli­matu. tym razem prze­no­simy się na dwa­dzie­ścia minut w nieco szyb­szy, bar­dziej roz­bu­do­wany aran­ża­cyj­nie i brzmie­niowo, świat nie­po­ko­ją­cego pod­kładu i kolej­nych, zmie­nia­ją­cych się main moty­wów. plyta nie pozo­sta­wia złu­dzeń — od początku jasno i kla­row­nie sygna­li­zuje, co czeka słu­cha­ją­cego. a czeka go 70 minut jazdy w bar­dzo podob­nych elek­tro­nicz­nych kli­ma­tach. z czego naj­cie­kaw­sze pozo­sta­wiono chyba na koniec. mello-dramatic to puenta tego krążka. utwór w kli­ma­tach zbli­żo­nych do dwóch wcze­śniej­szych ale mimo wszystko odmienny. od czte­ro­mi­nu­to­wego intra począw­szy, przez roz­wi­nię­cie aż po zakoń­cze­nie. niby to samo co wcze­śniej ale mimo wszystko odro­binę ina­czej. to bar­dzo cie­kawy i inspi­ru­jący utwór o ile ma się na tyle cier­pli­wo­ści, by te pond dwa­dzie­ścia minut prze­brnąć. przede wszyst­kim zaś — znaj­dzie się tu sporo melo­dyki, w poprzed­nich utwo­rach obec­nej śla­dowo wręcz.

jeśli szukałeś/aś pure elek­tor­niki w old­scho­olo­wym stylu — nie mogłeś/aś tra­fić lepiej. to powrót do korzeni, to ujmu­jące doświad­cze­nie pro­stoty połą­czo­nej z odro­biną fine­zji, to — przy odro­bi­nie ini­cja­tywy ze strony słu­cha­ją­cego — głę­boka podróż w sobie tylko znane rejony. płyta jest równa i ofe­ruje 70 minut brzmie­nia, o któ­rym już jakiś czas temu zdaje się zapo­mniano. rzecz cał­ko­wi­cie uni­ka­towa w obec­nych, popo­wych cza­sach. czy warto? też pytanie…

ofi­cjalna strona grupy (brzydka jak kupa :))
anglo­ję­zyczna ale zde­cy­do­wa­nie bar­dziej sen­sowna recka albumu

, ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

Jeszcze nikt nie skomentował. Możesz być pierwszy!

Dodaj komentarz