baba blues — deep down the mirror to świetny, doskonały, rewelacyjny wręcz album napakowany bluesem po brzegi a sporo się jeszcze z tego słodkiego bluesowego kielicha wylewa! kochani, dawno ale to bardzo dawno nie słyszałem tak konsekwentnie staroszkolnego, bluesowego albumu. czym się ta staroszkolność objawia? ano najprościej rzecz ujmując: typowo bluesową melodyką.
baba blues to formacja kompletnie mi nie znana. słyszę toto po raz pierwszy i ten pierwszy raz zupełnie mnie do grupy przekonał. chłopaki (w sumie to, sądząc po zdjęciach, nieco starsi panowie) pochodzą z któregoś z nordyckich krajów, na stronie pisze, że ze szwecji bodajże. okej, niech im będzie. ważne jest to, że to nieanglosaskie pochodzenie daje muzyce wyraźnego kopa w temacie różnorodności użytych środków (niezłe sekcje dęte w niektórych utworach) ale też i samej melodyki. jak piszą same chłopaki z baba blues:
It has been said about us that we seems to be a bit schizophrenic in our music because we use one part of the brain that has the blues-tradition, with lyrics in English, together with the other part that has the Swedish tradition, with connections to the Swedish „visa” with it’s poetry. Anyhow the name: BABA is African and Asian…
i ten kulturowy misz masz, nawet jeśli tylko deklarowany, jest w muzyce baba blues słyszalny. to nie jest proste kopiowanie chicago, daleko tej płycie do brzmienia dixie, to po prostu fenomenalny oldschool w warstwie melodii, i wspomniany lekki misz masz w warstwie instrumentarium i kompozycji.
o co mi chodzi z tym oldschoolem? po prostu już od bardzo dawna nie słyszałem czegoś tak do bólu bluesowego. chłopaki grają standardy a’la hooker ale dają też posmakować bardzo wyraźnie swojego stylu a cały materiał jest bardzo, bardzo ale to bardzo blue. taki, jaki powinien być blues. zdecydowanie najlepsze imo nagranie na płycie — juvenile land — to popisowy kawałek, który można puszczać każdemu, kto pyta „ale co to właściwie ten blues jest?”. bije po uszach jakąś nieokreśloną nostalgią, tęsknotą, czymś za chwilę mającym wyrwać serce. no i do tego archetypiczne bluesowe pasaże na gitarach, nienachalna ale robiąca doskonały klimat sekcja dęta, gdzieniegdzie harmonijka (looking for somebody — kolejna perła) i autentycznie do bólu bluesowy głos wykonawcy — całość składa się na album bluesowo wręcz idealny.
praktycznie wszystkie kawałki to nielekkie, powolne, bluesowe granie. wyciskające łzy z oczu, ruszające za serducho, nie dające odkleić się od głośników. ja chcę jechać na koncert tych kolesi!!! to musi być doznanie jedyne w swoim rodzaju. jeśli oczekujesz od bluesa wyrafinowanego gitarowego, technicznie doskonałego grania a’la stevie ray vaughan — zawiedzie się. jeśli oczekujesz szybkich rytmów lub pubowego grania — zawiedziesz się. jeśli oczekujesz bluesa takiego, jakim był u swego zarania — jesteś w domu. to blues do potęgi!
moja ocena w skali 1–10: 10! (po raz pierwszy :))
oficjalna i brzydka jak kupa strona zespołu (tamże do zassania próbki utworów)









Uuu… trafiłeś na coś mocno niszowego. Już ci zazdroszczę? W jakiej formie to masz: audio/audio czy w plikach (mp3)?
skradzione oczywiście z netu. mp3, świetna, scenowa jakość.
*EDIT*: a cholera, w jednym kawałku cosik przeskakuje. no cóż, pokaże się jakiś proper to wezmę nie mieszkając :)