Menu serwera

jackie chan – the myth

oj słabiutko, słabiutko… lubię filmy chana. nie wiem w sumie za co bo na „starość” jackie coś jakby mniej bitny i sprawny się robi, niemniej klasyka w stylu pijany mistrz cieszy mnie do dziś niepomiernie. no ale czas leci, starzejemy się i jackie zamiast pokazywać nam różne swe cyrkowe wręcz talenta, zmierza nieuchronnie w kierunku, pożal się boże, kina aktorskiego. the myth to chyba taka mała próba zrobienia kroku w tym kierunku. już mówię, że próba nieudana niestety…

w świadomości przeciętnego miłośnika bijatyk istnieją teraz dwa wyróżniające się nazwiska asów od klepania innych po mordach: jet li oraz jackie chan właśnie. tych azjatów kojarzymy na pewno wszyscy. oczywiście znanych i lubianych herosów mordobić jest znacznie, znacznie więcej ale te dwa nazwiska przychodzą chyba od razu do głowy po rzuceniu hasła „skośny karateka”. o ile przed jetem kariera jeszcze pewnie długa i być może pełna sukcesów (po fenomenalnym hero spodziewam się ze strony tego pana przynajmniej jeszcze jednego filmu tej klasy), o tyle chan jakby zjeżdża równią pochyłą gdzieś w niebyt. jego filmy już nie śmieszą jak dawniej. eeeh, ten przaśny humor chana… dałbym wiele za kolejną porcję dobrego pijanego mistrza! w swoich filmach jackie już nie pokazuje kuglarskich wręcz sztuczek ze swoim ciałem i ogólnym wysportowaniem. gorzej – jego bijatyki przestają już powoli być bijatykami! zamiast smagać wrogów po mordach jackie rozmienia się na drobne i serwuje nam jakieś chłodne kawałki z laskami w roli głównej, znaczy się jakieś miłosne pierdoły. tak właśnie jest w the myth i nie chce być inaczej.

cała opowiedziana w filmie historia jest właśnie historią miłości potrafiącej przetrwać tysiące lat (konkretnie dwa). jest to jednak historia tak nieudolnie opowiedziana, że aż miejscami żal patrzeć. sama fabuła, jak to w filmach kung-fu jest od dawien dawna, nie powinna wciskać się na pierwszy plan. w takich filmach kręci się skaczących kolesi robiących nogami cuda w powietrzu. fabuła? fabuła ma tu mniej więcej tłumaczyć po kiego oni tak skaczą. pijany mistrz to doskonały i do dziś lubiany przykład takiego kina. no ale nie tylko takie bijatyki przecież tworzono. mogliśmy oglądać te wszystkie latające tygrysy i plujące smoki (czy jakoś tak), o świetnym hero już wspomniałem… no ale to filmy, w których kaskaderskie umiejętności pizgatorów były tylko tłem fabuły, uzupełnieniem opowiadanej historii. tu szczególne brawa dla hero, w którym zachwycająco imo połączono wszystkie elementy składające się na dobry film. fabuła, obraz (szczególnie obraz! świetne zdjęcia!), muzyka, choreografia walk… bomba! niestety, the myth nawala praktycznie w każdym ze wspomnianych elementów. dłuższy tekst bym napisał skupiając się na tym, czym the myth się nie wyróżnia, niż jakimiś tego filmu osiągnięciami.

miałka fabuła, ślamazarnie prowadzona narracja, nieprzekonujące pojedynki (sorry ale finałowa bijatyka z brzydkim bossem zasługuje co najwyżej na miano przepychanki)… porównując the myth do filmów jeta, nawet tych słabszych, odczuwa się dojmujący brak energii walącej strumieniami z ekranu. w filmach jeta, nawet tych, w których bijatyki jest jak na lekarstwo (romeo must die – żenująca produkcja btw) a przynajmniej nie tyle, ile można by się było spodziewać – w jego filmach energia aż buzuje! w końcu w przemocy chodzi właśnie o wyzwolenie jak największych zasobów energii w określonym celu. jet bije dynamicznie, choreografia jego walk zazwyczaj zachwyca ogromną ekspresją ruchu, szybkością dodatkowo zwiększoną odpowiednimi zdjęciami – no jednym słowem na ekranie „się dzieje” i to do kwadratu. nic z tych rzeczy nie ma miejsca w the myth. walki są niemrawe, brak w nich dynamiki… zainwestowano w ten film sporo pieniędzy co widać po ilości statystów, scenografii i strojach ale nie osiągnięto najważniejszego – wszystko to razem nie składa się jakoś do kupy.

zacząłem pisać o fabule. pokrótce: w obecnych czasach pan archeolog ma od dłuższego sny, w których widzi siebie na czele solidnej armii w roli generała tejże armii. jako zaufany generał starego cesarza udaje się z misją bezpiecznego zwiezienia cesarzowi jego młodej i ślicznej (to fakt, aktoreczka jest urody cudnej) konkubiny. ale przeciwnicy polityczni cesarza nie śpią i nie chcą do konkubinatu dopuścić. czemu? dalibóg nie wiem. anyway, konkubina ma być porwana w czym przeszkadza mężny generał, w którym śliczna konkubina z miejsca się zakochuje. dorzućmy do tego jeszcze eliksir nieśmiertelności i ciągłe przeplatanie się wydarzeń przeszłych z teraźniejszością i już wiemy, dlaczego film powstał na kanwie zarzuconego swego czasu projektu „time travellers”. nie wiem dlaczego projekt został swego czasu zarzucony. lepiej jednak by takim pozostał.

jest tu sporo scen batalistycznych z udziałem dużej ilości statystów. niestety niewiele z nich wynika. wojny nawet nie starano się jakoś rzetelnie pokazać. są także sceny w założeniu humorystyczne, które z humorem mają jednak niewiele wspólnego. miała być wielka miłość jednak rozmieniono ją kompletnie na drobne. temu filmowi brakuje kręgosłupa. jakiejś jednej, przewodniej idei, jakiegoś pomysłu na powiązanie tych wszystkich wątków razem. w efekcie dostajemy ani zabawny, ani poważny, ani typowo kung-fu, ani widowiskowy misz masz.

moja ocena: szkoda czasu. ewentualnie to pozycja dla bardzo wytrwałych fanów chana. w skali 1-10 daję 5. za śliczną aktoreczkę grającą konkubinę i bardzo apetyczną aktoreczkę, z którą chan umyka przed policją i zeźlonym tłumem. w sumie powinienem dać oczko mniej za jakieś idiotyczne wstawki z tańczącymi laskami i takie tam pierdoły. ale dobra, będę litościwy. laski zasadniczo są ładne.

film na stronach jackiego chana
doskonała recenzja na stronach imdb.com

, ,

1 odpowiedź do jackie chan – the myth

  1. Hadret Grudzień 8, 2005 o 10:35 #

    Ja generalnie za filmami Jackie’go nie przepadam. Ale „Pijany Mistrz”, to jeden z tych filmów jak „Martwica Mózgu” Petera Jacksona – warto wrócić do niego raz jeszcze, żeby się pośmiać ^_^

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
headscan – pattern recognition

to nie bedzie żadna recenzja, raczej przedstawienie bardzo interesującego albumu dla maniaków bujania się w nieco mroczniejszych nastrojach niż te...

Zamknij