nie, nie jest nim grzebanie w nosie (to potrafi być pasjonujące :)), stanie na rogu i rozdawanie gazetki metro albo siedzenie w biurowym boksie i przeklepywanie bazy danych.
jest coś daleko, daleko nudniejszego. przy okazji jest to nużące i frustrujące jak cholera. co to takiego?
robienie bilboardów!
tak moi drodzy, te wielkoformatowe outdoorowe pierdzielniki są fajne, gdy robi się ich z umiarem. można wtedy się wyżyć i w ogóle. kiedy jednak (tak jak dzisiaj) w ciągu jednego dnia oddajesz do druku kilkanaście (sic!) bilboardów różniących się w sumie szczegółami i użytymi fotkami, to masz już serdecznie dość wszystkiego. na wysokości dwunastego masz ochotę krzyczeć a z nudów rzucasz długopisem do celu (odległego i trudnego do trafienia).
co tak bardzo nuży? obróbka tych cholernych fotek. otwieramy foteczkę (trochę dysk mieli), rewymiarujemy do odpowiednich wielkości co trwa dłuuuugo a dysk mieli jak szalony = nie da się nic innego sensownego robić. nawet saper haczy :/… później już tylko zapisanie (mieli!), wrzucenie do programu, w którym się całość składa i znów zapisanie (mieli jeszcze dłużej!). voila, przed tobą kolejnych kilkanaście do machnięcia.
aaaa! będę krzyczał!!! :)))








to gorsze jak tortury :P można zdechnąc z nudów
Costas — witaj brachu w fachu! (ale się zrymowało) — kilka lat temu robiłem dokładnie to samo :)
Ale miałem mniej nudną wersję: ja już zrobiłem dany billboard to mogłem go sobie na ploterze pracowicie wydrukować :)))
A to zajmowało sporo czasu.…