puff dragon — sazanami

Puff Dragon - Sazanami

Puff Dragon — Sazanami

„japan stri­kes again” chcia­łoby się rzec (choć po praw­dzie nie tak do końca japan). po świet­nym albu­mie piana — ephe­me­ral, przy­szło mi się tym razem zasłu­chi­wać w rzecz zgoła nieco odmienną gatun­kowo ale dającą nie mniej satys­fak­cji. tym razem zassał mi się album wyko­nawcy o dziw­nym nieco pseu­do­ni­mie i dzi­wacz­nym tytule ale zawar­tość to już sam miód i liza­nia palcy na długi, długi czas.

zapra­szam na krótki opis pew­nego przy­padku: cóż może stwo­rzyć euro­pej­czyk zain­spi­ro­wany wschodem.

kla­sy­fi­ka­cja nie jest moją mocną stroną więc pew­nie mocno się pomylę, kiedy zali­czę ten album do ambien­to­wych czy też down­tem­po­wych odmian elek­tro­niki (tak przy­naj­mniej podali na stro­nie więc nic innego mi nie pozo­staje, jak się zgo­dzić). to imo mniej istotne. istotna jest muzyka, a tu miło­śnicy ambien­to­wych ryt­mów znajdą istną kopal­nię rze­czy dobrych, bar­dzo dobrych, miej­scami ocie­ra­ją­cych się o genialne.

cały album to dosyć kar­ko­łomna kon­struk­cja, w któ­rej łączy się tra­dy­cyjne melo­die dale­kiego wschodu grane na rów­nie tra­dy­cyj­nych instru­men­tach (na ucho sporo tu chińsz­czy­zny ale zapewne i japońsz­czy­zny też pew­nie jest nie­mało) z jak naj­bar­dziej nowo­cze­snymi, elek­tro­nicz­nymi, miej­scami zaha­cza­ją­cymi wręcz o trip-hop (i podobne) dźwię­kami i ryt­mami. powiem szcze­rze, że śred­nio bym sobie takie combo wyobra­żał. no cóż, ja wyobraź­nią muzyczną naj­wi­docz­niej nie grze­szę. puff dra­gon już jak naj­bar­dziej tak. i to jesz­cze jak grze­szy! całość ma dosyć leniwą, przy­jemną dla ucha, swo­bodną i pełną prze­strzeni struk­turę. ten album byłby bar­dzo dobry, gdyby nie domieszka wspo­mnia­nych tra­dy­cyj­nych melo­dii i zaśpie­wów. po dorzu­ce­niu i skom­pi­lo­wa­niu tego wszyst­kiego w jedną sen­sowną całość otrzy­mu­jemy album dosko­nały, wręcz wybitny!

kli­mat, jaki robią te etniczne wstawki w połą­cze­niu z wyso­kiej klasy elek­tro­niką, jest powa­la­jący miej­scami. wokale, jakieś chiń­skie czy japoń­skie smyczki, bębenki… no i te misterne, znie­wa­la­jące w dro­bia­zgach kom­po­zy­cje już wybit­nie nowo­cze­sne… cho­lera, nie idzie tego w sen­sowny spo­sób opi­sać. trzeba tę płytę po pro­stu prze­słu­chać, innego wyj­ścia nie ma. zaska­ku­jące jest, że w zależ­no­ści od poziomu gło­śno­ści płyta obja­wia różne wła­ści­wo­ści. dopiero słu­cha­jąc jej gło­śno i za pomocą cze­goś lep­szego niż kom­pu­te­rowe gło­śniki (choć na te w pracy nie narze­kam, kupi­łem kilka lat temu a nadal są nie do pobi­cia w swo­jej kate­go­rii :)) nagle obja­wia się bogac­two kom­po­zy­cji, które stwo­rzył dra­gon. oj, dzieje się tam w tle bar­dzo wiele! naj­gor­sze, że to potrafi auten­tycz­nie zahip­no­ty­zo­wać. nie idzie się od tej płyty ode­rwać, gapisz się gdzieś w dal i przyj­mu­jesz bodźce tylko słu­chem, na tym się tylko sku­piasz. prze­ra­bia­łem to już dzi­siaj i wiem aż za dobrze o czym piszę. taką wła­śnie moc ma ta płyta.

czy jest w takim razie dosko­nale? pra­wie. cze­goś mi jed­nak bra­kuje do pełni szczę­ścia. ciężko to okre­ślić… być może mam po pro­stu uczu­cie, że zabra­kło kon­se­kwen­cji przy skła­da­niu cało­ści mate­riału. gdzieś tu jest jakieś drobne uchy­bie­nie, któ­rego póki co nie jestem w sta­nie zlo­ka­li­zo­wać, które lekko kła­dzie się na pra­wie ide­al­nym obra­zie cało­ści. nie­mniej jest to album ze wszech miar godny pole­ce­nia, a dla fanów ambientu i oko­lic to pozy­cja po pro­stu obowiązkowa.

ocena w skali 1–10: 9+

frag­menty utwo­rów do pobra­nia i strona pro­jektu puff dra­gon
recen­zja, lep­sza i bar­dziej inspirująca :)

, ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

5 Komentarzy do “puff dragon — sazanami”

  1. krzychu 16/12/2005 do 15:06 # Odpowiedz

    Nagranie płyty, która ujaw­nia różne obli­cza zależ­nie od klasy gło­śni­ków to jest to, co uwielbiam.

    Jakoś tam ostat­nio wró­ci­łem do arty­sty, który mnie pasjo­no­wal w mło­do­ści :)) czyli: Mike Oldfield.

    Właśnie on miał taką umie­jęt­ność — odkry­łem to ostat­nio w cza­sie odsłuch na mojej wieży audio jego albumu ‘Hergest Ridge’.

    Swoją ścieżką — prze­kno­uję się, że słusz­nie uważa się tego muzyka za pre­kur­sora dla nju­ej­dżów i innych czi­lał­tów… Szkoda, że jako *twórca* skoń­czył się ze 24 lata temu…

    • CoSTa 16/12/2005 do 19:09 # Odpowiedz

      maila pan oty­rzy­mał, panie krzy­chu? pre­zent odebrał?

  2. krzychu 16/12/2005 do 21:30 # Odpowiedz

    2xTak!

    Ponawiam podzię­ko­wa­nia :)

  3. CoSTa 20/12/2005 do 08:54 # Odpowiedz

    niech tę płytę ktoś ode mnie zabierze!!!

    AAAaaaAAAaa!!!

    słu­cham tego na okrą­gło… no kurna ale krą­żek kopiący tyłek, a niechże drania!

    POLECAM na wszyst­kie moż­liwe spo­soby. kilka dni non stop pra­wie nie scho­dzi z głośników :)

  4. Liszu 06/09/2008 do 07:33 # Odpowiedz

    W swo­jej „karie­rze” nigdy nie napi­sa­łem słów tak pro­stych i wul­gar­nych, ale tu ina­czej się nie da: wyje­bana w kosmos płyta! Koniec przekazu…

Dodaj komentarz