the exorcism of emily rose

The Exorcism of Emily Rose

The Exorcism of Emily Rose

the exor­cism of emily rose to film, o któ­rym pisać ciężko. nie dla­tego, że ma jakieś nie­sa­mo­wite zwroty akcji, fabuła jest zakrę­cona jak słoik a główni boha­te­ro­wie robią cuda na kiju. ciężko o tym fil­mie pisać z jed­nej chyba przy­czyny: jest bar­dzo ale to bar­dzo nie­równy. film dzieli się prak­tycz­nie na dwie czę­ści: wido­wi­skowy, wcią­ga­jący i pora­ża­jący fil­mowy opis opę­ta­nia oraz na sche­ma­tyczny do bólu, prze­wi­dy­walny i nudny jak dia­bli wątek ame­ry­kań­skiego pro­cesu, który naj­zwy­czaj­niej w świe­cie, szcze­gól­nie pod koniec, psuje cały nastrój budo­wany mozol­nie przez część pierw­szą. jak by zapewne powie­dział hitch­cock — zafun­do­wano trzę­sie­nie ziemi ale póź­niej zamiast tylko wzma­gać efekt, wyci­szano go jak tylko można do typowo hol­ly­wo­odz­kiego happy endu. film nie­równy, dia­blo nierówny :/

wcią­ga­jąc sobie ten film późno w nocy zafun­do­wa­łem sobie sesję tera­peu­tyczną stra­chu, psy­chozy, manii i czego tylko można. film ofe­ruje od początku gęstą, suge­stywną, wibru­jącą wręcz obłę­dem atmos­ferę. na tyle, że mniej wię­cej w jed­nej trze­ciej pokazu gło­śno sobie powie­dzia­łem: „oho, no to mamy coś, co bije egzor­cy­stę”. nie­stety, im dalej w las tym wię­cej drzew a że fil­mem zajęło się hol­ly­wood… całość wyre­ży­se­ro­wał nie­jaki scott der­rick­son, pan odpo­wie­dzialny m.in. za hel­l­ra­iser: inferno, mierną imo część cyklu. zna­czy czło­wiek jakieś oby­cie w hor­ro­rach ma, tym bar­dziej, że to nie jedyny wyre­ży­se­ro­wany do tej pory przez niego hor­ror. pro­blem w tym, że chyba nie dał rady udźwi­gnąć cię­żaru, jaki nie­sie ze sobą mate­riał, na któ­rym oparto the exor­cism… sce­na­rzy­ści i pew­nie reży­ser także, poszli drogą naj­gor­szą z moż­li­wych: pokażmy pie­kło i popłaczmy na pro­ce­sie. nie­stety to bzdurne zało­że­nie poło­żyło według mnie film na łopatki.

nie można, pisząc o tym fil­mie, nie odwo­ły­wać się do feno­me­nal­nego egzor­cy­sty. obej­rze­nie oby­dwu obra­zów uświa­da­mia natych­miast, dla­czego to wła­śnie egzor­cy­sta pozo­sta­nie kró­lem fil­mo­wych opę­tań. nic nie mąci nam budo­wa­nego w tym fil­mie od samego początku solid­nego i cięż­kiego nastroju nara­sta­ją­cej grozy. owszem, to film nieco odmienny w zakre­sie uży­tych spo­so­bów i środ­ków na przed­sta­wie­nie tejże grozy ale spro­wa­dza­jący się w sumie do tego samego: pyta­nia o to, czym jest auten­tyczne opę­ta­nie i co można w tym wypadku zrobić.

the exor­cism… zauro­czył mnie od początku pewną taką sub­tel­no­ścią (o ile można tak powie­dzieć) rze­czo­nych środ­ków. scena począt­ków opę­ta­nia to mistrzo­stwo świata kina grozy. nie cho­dzi o to, że dzwoni się zębami ze stra­chu, cho­dzi o to, że suge­styw­ność prze­kazu poraża. włosy nie stają ci dęba, zęby nie dzwo­nią a palce nie są zagry­zane. dzieje się cokol­wiek innego — reży­ser i szcze­gól­nie ope­ra­tor zdjęć two­rzą wręcz praw­dziwą, prze­ko­nu­jącą do bólu brzu­cha wizję przyj­ścia demona. na tę wizję skła­dają się drob­nostki, szcze­góły, nie­praw­do­po­dobna dba­łość o detale no i oczy­wi­ście już sama scena kul­mi­na­cyjna. a dalej jest jesz­cze lepiej… ope­ra­torka w fil­mie rzą­dzi! zdję­cia są rewe­la­cyjne i tu biję pokłony do samej ziemi zdję­ciow­com. kole­siom od dźwięku też nie­wiele jestem w sta­nie zarzu­cić. krzyki emily to jedna z naj­bar­dziej pora­ża­ją­cych krzy­ków w histo­rii kina. mnie oso­bi­ście roz­wa­liła scena, w któ­rej praw­niczka sły­szy po raz pierw­szy zdaje się taśmę z nagra­niem egzor­cy­zmów… to opę­tań­cze wycie…

z takich wła­śnie smacz­ków budo­wana jest ta pierw­sza wymie­niona przeze mnie część filmu. ta mroczna, tajem­ni­cza i demo­niczna. nie ser­wuje nam się (dzięki!) splat­teru, nie nuży się nas typowo hol­ly­wo­odz­kimi poka­zów­kami z gatunku hor­roru. nud­nymi już i prze­wi­dy­wal­nymi. ta część filmu to auten­tyczne mistrzostwo!

nie­stety, jest jesz­cze ta druga część filmu — pro­ces. o ile roz­po­czyna się on zna­ko­mi­cie, zapo­wia­da­jąc także nie­zły thril­ler sądowy w wyda­niu ame­ry­kań­skim, o tyle z cza­sem ta część robi się mniej praw­do­po­dobna niż same wstawki z opę­tań­czych nawie­dzeń emily (sic!). to ma niby być pro­ces??? nie wiem, jak w rze­czy­wi­sto­ści prze­bie­gał pro­ces księ­dza. wiem jedno: na pewno nie tak. czym wygrywa w tej „real­nej” war­stwie egzor­cy­sta nad the exor­cism…? wła­śnie sku­pie­niem się na róż­nicy mię­dzy real­nym, szpi­tal­nym pozna­wa­niem istoty opę­ta­nia i ludzką bez­rad­no­ścią wobec niego. jest zde­cy­do­wa­nie bar­dziej bliż­szy praw­dzie. the exor­cism… pra­wie zupeł­nie pomija te wątki, które w trak­cie pro­cesu na pewno były szcze­gól­nie eks­po­no­wane przez oskar­że­nie: medyczną stronę przy­padku emily. film pozba­wia nas moż­li­wo­ści podej­rze­nia kon­fron­ta­cji mię­dzy medy­cyną a wie­rze­niem. sku­pia się na wza­jem­nych sto­sun­kach obrony i księ­dza, zapewne dla filmu istot­nych ale w sumie ofe­ru­ją­cych nam beczkę typo­wego hol­ly­wo­odz­kiego miodu. miodu, który kom­plet­nie zakleja i czo­puje nam gęstą swoją sło­dy­czą tak mister­nie budo­wany nastrój. i tu leży pies pogrze­bany oraz przy­czyna wspo­mnia­nej nie­rów­no­ści filmu. z jed­nej strony ofe­ruje nam się auten­tycz­nie pora­ża­jące (nie prze­ra­ża­jące, to wyma­ga­łoby jesz­cze nieco pracy) dozna­nia, by w koń­cówce dokład­nie poza­cie­rać po nich ślady. SZLAG BY TO! pie­kło i sza­tani na sce­na­rzy­stów! nici z budo­wa­nej atmos­fery, nici z mojego licze­nia na nie­hol­ly­wo­odzki koniec… okej, życie two­rzy naj­dziw­niej­sze sce­na­riu­sze i zakła­dam, że choć tro­chę trzy­mano się fak­tów opie­ra­jąc film na nich wła­śnie. ale idę też o zakład, że życie nie fun­duje aż tak słod­kich sce­na­riu­szy. i tym spo­so­bem kom­plet­nie nie­re­alne i nie­ży­ciowe sto­sunki obrońca-oskarżony zepchnęły w cień jesz­cze prze­cież bar­dziej z defi­ni­cji nie­re­alne opę­ta­nie. po skoń­czo­nym fil­mie pozo­staje w trze­wiach wspo­mnie­nie pora­ża­ją­cych scen ale w umy­śle roz­bija się już tylko słodki obra­zek scen finałowych :/…

po obej­rze­niu filmu czu­łem w sumie tylko jedno: ogromną fru­stra­cję. nie­stety, nie spo­wo­do­wała jej fabuła filmu tylko odczu­cie, że zmar­no­wano feno­me­nalny mate­riał, z któ­rym na początku wie­dziano co robić lecz nie­stety kom­plet­nie zawa­lono sprawę pod koniec.

acha, co do aktor­stwa — car­pen­ter gra feno­me­nal­nie ale tu głów­nie brawa dla castin­gow­ców. dosko­nale wybrana osoba! boże jak ta kobieta potrafi poka­zać cier­pie­nie! cóż za cha­rak­te­ry­styczna twarz! świetny wybór. reszta to tylko tło dla kre­acji car­pen­ter, która domi­nuje i gasi innych akto­rów siłą swo­jej kre­acji. jestem zauro­czony tym, że nie będąc kre­acją pierw­szo­pla­nową i w sumie mając nie­wiele do powie­dze­nia, postać emily pozo­staje na bar­dzo, bar­dzo długo w pamięci.

ocena w skali 1–10: 6 (niestety!)

the exor­cism of emily rose (egzor­cy­zmy emily rose)

obsada:
Laura Linney … Erin Bruner
Tom Wilkinson … Father Moore
Campbell Scott … Ethan Thomas
Jennifer Carpenter … Emily Rose
Colm Feore … Karl Gunderson

ofi­cjalna strona filmu
film w ser­wi­sie imdb.com
film w ser­wi­sie film.wp.pl

, ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

Jeszcze nikt nie skomentował. Możesz być pierwszy!

Dodaj komentarz