wczoraj był dziwny dzień…

zaczęło się w sumie przed­wczo­raj. ot pro­blem, jakich wiele — dzwoni do mnie dru­karz i pła­cze, że mu na wydruku cosik kolory się posy­pały. ja na to, że w sumie to żaden pro­blem, niech powie gdzie, to się zmieni co trzeba. rzecz tyczyła fol­deru, spo­rego i robio­nego w spo­sób skan­da­liczny po pro­stu. w skró­cie: zaczą­łem robić, póź­niej jakiś saj­gon prac bie­żą­cych nie pozwo­lił pro­jektu dokoń­czyć, ten tra­fił do dru­karni, która miała rzecz skoń­czyć i dru­ko­wać. w mię­czy­cza­sie ura­dzono, że mają być wpro­wa­dzone kolejne poprawki i mia­łem się tym zająć. no i mój-nie-mój pro­jekt wró­cił do mnie. zaj­rza­łem do pliku i ręce mnie opa­dły. takiego bur­delu w żad­nym jesz­cze pro­jek­cie nie widzia­łem. w sumie co się dzi­wić. dru­kar­nia miała dosłow­nie kil­ka­na­ście godzin na zro­bie­nie tego…

any­way, zaglą­dam, patrzę, oczom nie wie­rzę i zabie­ram się do roboty. oczy­wi­ście ter­min „na przed­wczo­raj”. maszyny już się grzeją… no to zro­bi­łem co mogłem i wysłałem.

wra­cam do roz­mowy z dru­ka­rzem. koleś mi pła­cze, że jakieś dwie bit­mapy mu się źle dru­kują. okej, naj­wi­docz­niej w pośpie­chu wrzu­ci­łem jakieś opro­fi­lo­wane obrazki i im się coś sypie. okej, no pro­blema, zaraz popra­wioną stronę pro­jektu doślę i już. koleś mi na to, że wiele to to nie pomoże, bo już druk­nęli 5 tysięcy sztuk nakładu.

i tu mi ręce opa­dły. kurwa mać, jak można wytłuc 5 tysięcy nakładu i nie zorien­to­wać się, że coś jest nie teges? kole­sie nie patrzą co im na maszynę wcho­dzi i co z niej scho­dzi??? szlag mnie trafił…

no i wczo­raj ruszy­łem do wro­cła­wia spraw­dzać w czym rzecz. chaos! to chyba naj­sen­sow­niej­sze słowo odda­jące bur­del, jakim cechują się zamó­wie­nia firmy, w któ­rej pra­cuję. oooo, czas na zro­bie­nie porząd­ków! nie może być tak, że ja robię, ktoś to prze­ra­bia (dia­bli wie­dzą, przez ile kom­pu­te­rów to prze­szło), potem to wraca do mnie i robi się dalej — gdzieś tu po dro­dze po pro­stu musi się coś spier­do­lić. sta­ty­styka jest nie­ubła­gana… i te ter­miny! kom­pletna bzdura!

ale za to spę­dzi­łem wczo­raj dzień na miłym prze­cha­dza­niu się po wrocku, patrze­niu co tam się pozmie­niało (a się pozmie­niało nieco) a w ramach oczki­wa­nia na trans­port, sko­czy­łem do kina na opo­wie­ści z narnii. recen­zja dziś wie­czo­rem o ile coś mi nie wysko­czy nie­spo­dzie­wa­nego. w skró­cie: dosko­nały film dla dzieci.

z tego wszyst­kiego wnio­sek jeden: czas na małą rewo­lu­cję w mojej fir­mie. oj, posy­pią się głowy. być może i moja ale mam to w trą­bie. tak pra­co­wać się nie da po prostu.

, ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

3 Komentarzy do “wczoraj był dziwny dzień…”

  1. Biter 07/01/2006 do 13:53 # Odpowiedz

    Niezły bigos :) Ja juz dawno sie prze­ko­na­łem ze w dru­kar­niach — jesli cho­dzi o skład — to nie ma po pro­stu ludzi kom­pe­tent­nych, jakby byli toby nie pra­co­wali w dru­karni :D Kilka mie­siecy temu została zje­bana ulotka w nakła­dzie baga­tela 120 tysiecy, w dodatku lakier, wykroj­nik, dobry papier.. czyli troszke kosz­towna zabawa. Powód? Koleś w przy­go­to­walni nie pomy­slał o ist­nie­niu cze­gos takiego jak pro­fil kolo­rów mimo iż było to wyra­znie zazna­czone.… tak to jest jak sie coś zleca komuś z braku czasu, a ten ktoś to zlewa bo mu za mało płacą ;)

  2. mowglie 07/01/2006 do 20:38 # Odpowiedz

    No i lad­nie. Raz na sto lat Cie zanie­sie do wrocka i nawet slo­wem nie pisniesz? Kino? A bro­wara ze sta­rymi kole­gami to nie laska?

    • CoSTa 07/01/2006 do 20:43 # Odpowiedz

      laska jak laska rutens. nie mia­łem poję­cia o któ­rej wyjadę z wrocka toteż smę­dzi­łem się tu i ówdzie. jak ci powiem, że na jakieś spo­tka­nie biz­ne­sowe mnie nawet zawlo­kło (a bo zmar­z­łem) to i tak mi nie uwierzysz :)

Dodaj komentarz