va — vajra

Various Artists - Vajra

Various Artists — Vajra

i czas na kolejną dziś recen­zję. tej płyty sze­roko nie będę opi­sy­wał bo nie ma to więk­szego sensu. ludzie nie lubiący ambientu czy inszego down­tempo i tak zleją tę skła­dankę równo a lubiący te kli­maty płytę już pew­nie od dawna mają. jeśli nie mają — tekst jest prze­zna­czony dla nich. ci co mają i tak pew­nie tego nie prze­czy­tają — wła­śnie spo­koj­nie gdzieś sobie pole­gują wcią­ga­jąc tę zaiste dosko­nałą składankę.

bo rzecz jest feno­me­nalna. od początku do końca uło­żona dosko­nale, zebrane utwory powa­lają a całość fun­duje kosmicz­nego tripa w miej­sca odle­głe, czasy zamierz­chłe, oko­licz­no­ści szczę­śliw­sze. o tak, muzyka uza­leż­nia. cza­sami gorzej niż nar­ko­tyk. uwaga! oto pra­wie że złoty strzał!

vajra sta­ty­stycz­nie: 9 utwo­rów, śred­nio jakieś 8 minut jeden, 68 minut roz­ko­szy… od samego początku album defi­niuje swój kie­ru­nek. otwie­ra­jący całość utwór lunar pat­cho­uli skom­po­no­wany przez nie­ja­kiego gaudi (gau­diego?) to powolna, sto­no­wana, mocno elek­tro­niczna ale zaska­ku­jąca prze­strze­nią kom­po­zy­cja. jeśli gra­łeś, o czy­ta­jący te słowa, w grę x bey­ond the fron­tier to już wiesz jak brzmi ten utwór. jest kosmicz­nie, bar­dzo ilu­stra­cyj­nie i brzmi to dosko­nale. ten kawa­łek nadaje otwie­ra­jący ton.

przy­cho­dzi po nim utwór numer dwa, skom­po­no­wany przez fabrykę ambien­to­wych hitów — alexa schef­fera, lepiej zna­nego jako cell: idea spi­ral. i tu, pro­szę sza­now­nego czy­ta­ją­cego, zaczyna się kon­kretny odpływ we wspo­mniane nieco wcze­śniej miej­sca i czasy. utwór mnie powa­lił. boże, ileż ten czło­wiek ma muzycz­nej wyobraźni i mocy! jak piękne, znie­wa­la­jące a przy oka­zji pro­ste zda­wało by się melo­die potrafi ten koleś two­rzyć. ten kawa­łek aż tętni życiem pod wierzch­nią, naj­bar­dziej rzu­ca­jącą się na uszy, powłoką. zgaś, o gościu, świa­tło, stłum wszel­kie ewen­tu­alne roz­pra­sza­jące bodźce, przy­mknij oczy, gło­śno puść sobie ten utwór i pozwól sam sobie odpły­nąć. ten utwór to jawne zapro­sze­nie, wręcz wzię­cie za rękę i wycią­gnię­cie w rejony dotych­czas lekko tylko poznane. ścią­gam każdą rzecz, w któ­rej gdzieś wspo­mniany choćby jest cell. jak do tej pory się nie zawio­dłem. wręcz prze­ciw­nie — z utworu na utwór jest coraz lepiej, doskonalej…

ale to nie koniec, o gościu. kon­ty­nu­ujemy naszą podróż. następny przy­sta­nek: trip­switch i jego cumu­lus. nasza wycieczka nabiera nieco tempa, odro­binę staje się żwaw­sza ale tylko na tym zysku­jemy. za oknem naszego wyciecz­ko­wego gar­busa kra­jo­brazy prze­la­tują szyb­ciej co nie zna­czy, że nie są pełne uroku, głębi i tajem­nicy. sły­szymy tu tu del­finy, widzimy roz­pra­sza­jące się kręgi wody, do któ­rej wrzu­cono coś nie­sa­mo­wi­cie szybko się obra­ca­ją­cego i ema­nu­ją­cego kolo­ro­wym świa­tłem. świa­tło i kolory czy­nią cuda w tym wod­nym, lekko sza­lo­nym śro­do­wi­sku. wszę­dzie jest ich pełno, refleksy migają na szy­bach naszego gar­busa… zwal­niamy na moment tylko po to, by zaraz oddać się eks­ta­zie ruchu. krok, skok, kon­tra­punkt i ude­rze­nie per­ku­sji, kolejny sza­lony wyskok, der­wi­szow­skie okrę­ca­nie się w nie­skoń­czo­ność… matko i córko! cóż to jest za utwór! zde­cy­do­wa­nie naj­lep­sza kom­po­zy­cja w tej skła­dance i coś, czego mogę słu­chać non stop.

ufff… zwol­nijmy nieco przy­by­szu. zróbmy małą prze­rwę w sza­leń­stwie i rozej­rzyjmy się dookoła. czyż ten świat nie jest magiczny? ależ jest! a tak na prawdę powo­dem tej magii jest pra­cu­jąca gdzieś w tle elek­tro­nika… sounds a lot, kom­po­zy­tor: mau­xuam. welcome to the elec­tro­nic world baby… w tle dzieją się rze­czy świetne po pro­stu. elek­tro­nika do nas mówi, prze­ma­wia tym scy­bor­gi­zo­wa­nym gło­sem, który sły­szysz w tle. elek­tro­nika jest dyna­miczna. czy sły­szysz jej ude­rze­nia? na pewno sły­szysz. przy­cho­dzą jak przy­pływy i odpływy. mają swój zero­je­dyn­kowy rytm, swoją wyda­wa­łoby się oczy­wi­stą har­mo­nię. tak by się jed­nak tylko wyda­wało… to utwór miej­scami wręcz jaz­zu­jący. mau­xuam porwał się na swin­gu­jący, jaz­zu­jący, żywy(!) kawa­łek muzyki, którą ubrał w elek­tro­niczne szaty. efekt? imo dosko­nały! utwór brzmi nieco cha­otycz­nie, nieco nie­zgrab­nie na tle wcze­śniej­szych, wypiesz­czo­nych kom­po­zy­cji. ale to dodaje mu tylko uroku.

aes danaopa­lin (sonica edit). koniec z cha­osem, koniec z ład­nymi i uło­żo­nymi ślicz­nie melo­dyj­kami. przejdźmy do rze­czy poważ­niej­szych nieco. zagrajmy nieco szyb­ciej. drogi gościu, przy tym utwo­rze musisz zdrowo wycią­gać nogi. jest szybko. ale na szczę­ście nikt nie poga­nia cię batem w ryt­mie goa. pośpiech ser­wuje ci się tu o wiele sub­tel­niej­szymi meto­dami. gdzieś w tle beat zmu­sza twoje nogi do ruchu, pod­czas gdy cią­gle przed two­imi oczami roz­ta­cza się ilu­zję spokoju…

scene z utwo­rem piano suite. ha! rytm co prawda zwol­nił ale zyskał na mocy. jest sta­now­czy, bar­dzo sta­now­czy, wyci­ska z cie­bie, o drogi gościu, siódme poty. to trans­owy wręcz kawa­łek, równo i sys­te­ma­tycz­nie wpy­cha­jący czło­wieka dia­bli wie­dzą gdzie.

kolejny utwór to clean that top skom­po­no­wany przez arty­stę o pseu­do­ni­mie trot­ter. trzyma kon­se­kwent­nie linię poprzed­nika choć w inny nieco spo­sób. tu rolę pierw­szo­pla­nową nie­wąt­pli­wie gra beat. nie da się przy tym ska­kać, to nie ten rodzaj muzyki. tu beat jest swo­istą osnową dla coraz to zmie­nia­ją­cych się kli­ma­tów two­rzo­nych przez skła­dankę instru­men­tów, gło­sów, zmian rytmu i pew­nie kilku jesz­cze innych ele­men­tów, które trudno nazwać. cie­kawy utwór lekko łamiący brzmie­nie składanki.

z betaów wpa­damy nagle w obję­cia nostal­gii w utwo­rze le bonne eto­ile autor­stwa kole­sia o wdzięcz­nym mia­nie tri­kal. od samego początku utwór ma wła­śnie taką, melan­cho­lijna nutę. po wej­ściu zaś wokalu tylko się w tym, drogi gościu, utwier­dzisz. a póź­niej docho­dzą kla­wi­sze, kolejne sam­ple z woka­lami i jesz­cze kilka innych ele­men­tów… utwór powstaje na two­ich oczach, jest pełen brzmień, dźwięku, prze­strzeni ogra­ni­czo­nej jed­nak roz­mia­rami wspo­mnia­nej melan­cho­lii. to wie­lo­po­zio­mowy, skom­pli­ko­wany choć w odsłu­chu dosko­nały utwór. ale to nie jest lek­kie gra­nie. w tym utwo­rze coś głę­boko boli i gło­śno do nas woła o pomoc. o gościu, nie prze­chodź koło tego woła­nia obojętnie!

i oto nad­cho­dzi nie­ubła­gany koniec w postaci utworu par­desi skom­po­no­wa­nego przez chil­led c’quence. koń­cówka na miarę całego albumu. pory­wa­jąca, skom­pli­ko­wana, wyśmie­ni­cie brzmiąca, rewe­la­cyj­nie łącząca brzmie­nia cha­rak­te­ry­styczne dla zupeł­nie odmien­nych gatun­ków muzyki, z cie­płym i tęsk­nym woka­lem w kli­ma­tach wschod­nich i, przede wszyst­kim, napa­ko­wana elek­tro­niką po brzegi. i to wszystko razem w ośmiu i pół minu­tach! mnó­stwo się dzieje w tym utwo­rze, prze­wija się tu wiele zna­czeń, wiele brzmień a od mniej wię­cej pią­tej minuty to jeden z naj­lep­szych utwo­rów muzyki elek­tro­nicz­nej, jaki kie­dy­kol­wiek sły­sza­łem. tak, to wła­śnie wtedy, gdy wcho­dzi żeń­ski wokal (oczy­wi­ście w kli­ma­tach wschod­nich). mniej­sza o wokal. posłu­chaj, o gościu, co wyczy­niają kla­wi­sze w tle… rewe­la­cyjny utwór, uko­ro­no­wa­nie cało­ści, speł­nie­nie krążka.

w dwóch żoł­nier­skich sło­wach: zaje­bi­ście dobre! od mniej wię­cej tygo­dnia leci to mi w robo­cie prak­tycz­nie non stop i nie chce prze­stać. to nie­wia­ry­godne jak ten album wciąga, ile fun­duje emo­cji i jak per­fek­cyj­nie został poskła­dany. chylę czoło nisko. bar­dzo nisko.

ocena w skali 1–10: 10!

próbki utwo­rów
strona zdaje się wydawcy

, ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

Jeszcze nikt nie skomentował. Możesz być pierwszy!

Dodaj komentarz