Menu serwera

jarhead (jarhead)

czy można zrobić film o niczym? i to tak, by mimo wszystko przykuwał uwagę? owszem, można. jarhead jest tego doskonałym przykładem. czy więc nie warto spędzać w kinie/przed telewizorem/monitorem tych dwóch godzin? absolutnie WARTO!

Jarhead

Jarhead

zacznijmy od tego, że to nie jest film wojenny. owszem, całość wydarzeń osadzona jest głęboko w strukturach amerykańskiej armii, dzieje się większość filmu w iraku ale… wojny praktycznie tam nie ma. owszem, kilkukrotnie pokazano jej skutki ale samej wojny brakuje. i tu w sumie mógłbym skończyć opisywanie tego filmu bo jest to jeden wielki obraz ludzkiej kondycji wbitej w regulamin, niekończące się i bezsensowne z punktu widzenia rekruta szkolenia, armijne idiotyzmy jakich wiele w kinie widzieliśmy… i to wszystko. nic więcej i nic mniej. kto chce pooglądać strzelaninę niechaj obejrzy sobie black hawk down (helikopter w ogniu) czy jakiś inny stricte strzelany film. tu strzelania nie ma prawie wcale. i o tym właśnie jest ten film: o szkoleniu i wysłaniu na wojnę pół miliona ludzi, którzy tej wojny praktycznie nie przeżyli. którzy modlą się o możliwość „postrzelania” bo inaczej cały ich trud nie jest wart funta kłaków i nie ma najmniejszego sensu. to właśnie o tym jest ten film: o braku sensu, o samotności o z wolna ogarniającej rozpaczy i samotności, o kompletnym odhumanizowaniu i odczłowieczeniu człowieka w strukturze wypełnionej ludźmi po brzegi.

ten film ogląda się dziwnie. nie dzieje się na ekranie nic takiego, co potencjalnie powinno przykuwać uwagę ale mimo wszystko odkleić się jest trudno. moja żona przykładem. założyła bowiem, że jest to film wojenny i paląc sobie wieczornego papierosa ot rzuciła okiem. dwie godziny i paczkę fajek później obydwoje stwierdziliśmy, że cos nas dotknęło. ciężko ująć to w słowa bo było to bardzo zawoalowane, gdzieś na granicy postrzegania ale było. coś zadrżało i wessało w ekran.

chryste, w tym filmie nie ma nawet plenerów wartych uwagi bo cóż może być wartego oglądania na pustyni? piasek od horyzontu po horyzont, falujące z gorąca powietrze i to wszystko. w środek tego gorącego piekiełka wsadzono ludzi, którym tłuczono do głowy na wszelkie możliwe sposoby, że ich zadaniem jest pozostać żywym i zabić wroga. schody zaczynają się praktycznie od samego początku. o jakiego wroga chodzi? kto nim jest? gdzie on jest? jak można uganiać się za kimś, kogo zna się tylko z propagandowych ulotek? jak można uganiać się za kimś, skoro siedzi się w miejscu dniami/tygodniami/miesiącami nie robiąc nic prócz regulaminem nakazanego ćwiczenia, nawadniania się, kolejnego ćwiczenia i tak w nieskończoność. film przez dwie godziny wbija coraz głąbiej w wynikający z takiej sytuacji absurd. siedzi człowiek, ogląda te bzdurne (tak, bzdurne!) obrazki gry w futbol amerykański, patrzy jak jakiś koleś pali odchody i sam sobie myśli „no żesz kurwa mać, co jeszcze idiotycznego pokażą? kiedy zacznie się coś dziać?”. problem w tym, że właśnie nic nie będzie się dziać. jesteś ciągle spięty, ciągle na coś przygotowany, ciągle w stanie podwyższonej gotowości (przed ekranem tylko dwie godziny, oni tam siedzieli w cholerę dłużej) a tu dokładnie NIC się nie dzieje! cale twoje szkolenie, cały twój wysiłek trafia w próżnię. tym gorszą, że ujętą w paragrafy wojskowego drylu.

ten film to misterna i koronkowa robota reżysera, scenarzysty oraz aktorów. ci ostatni grają w sposób całkowicie zblazowany, od niecenia, nie przykładając się do swoich ról. znamy potencjał jake’a gyllenhaala, wiemy doskonale po chociażby fenomenalnym donnie darko, co ten koleś potrafi. o ostatnim oskarowym filmie z jego udziałem nawet nie wspominam. ile mamy w tym filmie scen, w których widzimy autentyczne zaangażowanie aktorskie? dwie? trzy? na pewno nie dlatego, że gyllenhaal kiepskim aktorem jest. to wynika z przyjętej imo odgórnie koncepcji: pokazujemy nudę, która prowadzi do beznadziejności, ta zaś do powolnego wariactwa. i mimo, że w filmie nie ma scen jakiegoś drastycznego ześwirowania, czuje się, że chłopaki kroczą po bardzo ale to bardzo kruchym lodzie.

w filmie zabrakło mi jednak konsekwencji. to drobne niuanse, których zabrakło do kompletnego wciągnięcia widza w ten powoli rozkładający się, choć zwarty i gotowy świat amerykańskich marines. rozczarowuje też końcówka filmu, ocierająca się o banał i jakby wyjęta z innej bajki. pozycja the deer hunter (łowca jeleni) jest niezagrożona i jeszcze pewnie przez długi czas nie będzie. bo co w sumie oglądamy? czy chciano nam pokazać bezsens wojny? jakiej wojny? tu praktycznie wojny nie ma. może więc chciano nam pokazać co system robi z człowiekiem? owszem, to jak najbardziej ale nie do końca, czegoś jednak w układance brakuje. więc może chciano pokazać co koszarowa nuda potrafi wyczyniać z psychiką ludzką? tak, jak najbardziej, to też. ale znów zabrakło konsekwencji w działaniu. zrobiono fabułę tam, gdzie lepiej sprawdziłby się paradokument.

a więc misterna i koronkowa robota ale z nieco rozłażącymi się szwami i z brakiem zdecydowania jakim ściegiem tak właściwie chciałoby się tę filmową tkaninę utkać. co nie zmienia faktu, że film po prostu się ogląda. bez wielkich zachwytów ale także bez znudzenia. coś bowiem każe śledzić z napięciem wydarzenia przedstawione na ekranie. od pierwszych minut aż po napisy końcowe. to, że nie wiem co mi kazało zarwać nockę, świadczy tylko na korzyść tego filmu.

ocena w skali 1-10: 7

jarhead (jarhead)

obsada:
Jake Gyllenhaal … Anthony Swofford
Scott MacDonald … D.I. Fitch

oficjalna strona filmu
strona filmu w serwisie imdb.com

,

3 odpowiedź do jarhead (jarhead)

  1. byte Marzec 7, 2006 o 06:38 #

    Nie widziałem, ale podejrzewam że w kategorii „nic się nie dzieje, ale ogląda się świetnie” nic nie pobije „Królestwa” Larsa von Triera. Film (miniserial raczej) trwa bodajże osiem godzin i ani chwili się na nim nie nudziłem.

  2. krzychu Marzec 8, 2006 o 09:48 #

    CoSta.. królu złoty … to film o niczym i nie warto spędzać czasu na jego oglądanie. To film o tym jak młodzian idzie do armi, ale nie wie dlaczego idzie i czasami chciałby pociupciać, a tu tylko faceci z którymi ciupcianie go nie interesuje. A potem gość włóczy się po pustyni umazany błotem i ropą.

    Koniec.

  3. (head)log Marzec 18, 2006 o 15:49 #

    Oto nowa recenzja: filmu 9 kompania Sergieja Bondarczuka. Jako odtrutka na miazmaty znad zatoki perskiej. :)

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
windows media player, pozytywne zaskoczenie

o jasny gwint, ale to sympatyczny program jest. od dłuższego czasu szukam czegoś, co choć odrobinę zastąpiło by mi amaroka...

Zamknij