Menu serwera

distorted reality – daydreams and nightmares

distorted reality
daydreams and nightmares

ok, będzie niezbyt długo bo nie ma się co rozpisywać. oto album idealny dla każdego maniaka elektroniki zapatrzonego w przeszłość i klimaty a’la bruno the questionable czy coś w ten deseń. album idealny dla każdego maniaka doceniającego kobiece wokale wchodzące w tonacje niezbyt dla ucha przyjemne. tak mogłaby śpiewać de coy, gdyby nie śpiewała lepiej :)

distorted reality grupa się zowie a album ma na imię daydreams and nightmares. nazwa formacji coś mi mówi, coś gdzieś w czaszce się obija ale ni cholery nie chce się zrobić jaśniej. słyszałem coś już tej formacji, to prawie pewne ale jakoś nic do głowy nie przychodzi. inna rzecz jest jednak pewna: ten album zostanie w głowie na dłuuuugo! dlaczego? bo to czysta, niczym nie skażona rewelacja jest!

ten album przywraca mi wiarę w to, że można jeszcze w dzisiejszych czasach nagrać płytę, która miejscami może się otrzeć wręcz o kicz rodem z lat 80-90 i ichnich brzmień elektronicznych ale w tym kiczu czuć metodę, widać oko puszczane do słuchacza a miejscami wręcz wycieka nostalgia za latami, które bezpowrotnie zdawałoby się minęły. dr reanimuje przede wszystkim brzmienia i feeling tego, co już minęło. i robi to w sposób miejscami fenomenalny. kawałek otwierający – never change to po prostu absolutne mistrzostwo świata. rzecz doskonała w każdym calu dla kolesi gustujących w tego typu muzyce. jest tu wszystko, co tak kocham w dobrej muzyce nieco bardziej zaangażowanej niż pop ale nie będącej jeszcze operą :) – mamy proste ale solidne i przemyślane aranżacje, mamy świetną pracę klawiszy, z których wyciągane są świetne, przestrzenne brzmienia, mamy w końcu niebanalny wokal oraz melodykę wpadającą w ucho w sposób samoistny. co jeszcze? no może dla zasady wspomnę o reaktywacji w doskonałym stylu automatów perkusyjnych, które słyszeliśmy dwadzieścia lat temu.

jak tego dobrze się słucha! z kawałka na kawałek coraz lepiej i lepiej… płytka nasączona jest smaczkami po brzegi. ot choćby kawałek numer 6 tag fur tag – kolejna esencja lat przeszłych śpiewana po niemiecku (w końcu to duo hamerykańsko-niemieckie). tak jak nie znoszę niemieckiego w ogóle, tak w szczegółach potrafi to być język miejscami wręcz idealnie nadający się do elektroniki właśnie. ktoś tu był tego świadomy i ubrał ten kawałek w totalnie oldschoolowy ton żywcem wyciągnięty z nagrań dostępnych teraz już chyba tylko na taśmach :). nie, tego trzeba po prostu posłuchać, nie da się tego opowiedzieć…

czy płyta równa? a równa jak asfalt po przejeździe walca. kolejny numer to will you love me, przejmująca ballada w tonacji na automat perkusyjny, zakręcone sample i coś jeszcze, co brzmi w podkładzie. zakręcone? nie, bardzo ale to bardzo dobrze i smakowite…

mógłbym tak utwór po utworze tylko po co? 16 dobrych a miejscami świetnych kompozycji wyciągających z elektronicznej duszy co się tylko da. utwory latają klimatem od szybkiego naparzania z akcentem na "stopę" po iście gotyckie brzmienia. przekrój prędkości jest ogromny ale wszystko sprowadzone jest do jednego mianownika: elektronicznego brzmienia rodem z przeszłości ale mocno siedzącego w dwudziestym pierwszym wieku. perełka! a must be!

ocena w skali 1-10: bardzo, bardzo mocne 9!

strona grupy
krótka recenzja plus próbki utworów
sporo informacji o grupie

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
jak to jest z tą pszczółką mają

da majek ma zgryz. potężny. otóż jest sobie taki kanał telewizyjny, co to się zowie mini mini, na którym to...

Zamknij