Menu serwera

v for vendetta (w jak wendeta)

v for vendetta
w jak wendeta

a skoczyliśmy sobie wczora z wieczora z niejakim enderem i nijakim szumem na filmik v for vendetta (w jak wendeta). o filmie wiedziałem tylko tyle, że jest na podstawie komiksu i… w sumie niewiele więcej. komiksu nie znam, założeń fabularnych nie czytałem, trailerów nie oglądałem… przygotowałem się na postkomiksową młócę w stylu przygłupich x-menów (stuprocentowo będą przygłupi) napakowaną efektami po uszy i oferującą zdrowe, dwie godziny odmóżdżenia w najgorszym możliwym amerykańskim stylu.

zawiodłem się. film może i jest zrobiony na podstawie komiksu ale komiksu zaangażowanego. szkoda, że nie widziałem pierwowzoru i tym samym nie mam żadnej skali porównawczej oraz punktu odniesienia fabuły przedstawionej w filmie do fabuły wymyślonej w komiksie. zakładam się o dowolną kwotę, że komiks oferuje doznania znacznie, znacznie przekraczające zdolność pojmowania przeciętnego amerykanina i jako komiks musi być dziełem ciekawym i wartym uwagi. po filmie bardzo nabrałem ochoty na zapoznanie się z komiksem właśnie. nie ma sensu większego streszczanie fabuły samemu, skoro bardzo dobrze zrobiono to na stronie internetowej filmu:

Akcja filmu V for Vendetta rozgrywa się w przyszłości, w futurystycznym krajobrazie totalitarnej Wielkiej Brytanii. To historia subtelnej i wrażliwej dziewczyny o imieniu Evey (Natalie Portman), którą ratuje od śmierci tajemniczy mężczyzna w masce (Hugo Weaving), znany jako "V". Niezwykle charyzmatyczny i wyjątkowo sprawny zarówno w sztukach walki, jak i w oszustwie, V wznieca rewolucję, podrywając współobywateli do walki z tyranią i uciskiem. Dowiadując się, co tak naprawdę skrywa maska V, Evey odkrywa jednocześnie prawdę o sobie samej – i staje się nieoczekiwanie jego sprzymierzeńcem. Odgrywa kluczową rolę w kulminacyjnym momencie, stając się częścią planu mającego przywrócić wolność i sprawiedliwość społeczeństwu, w którym króluje okrucieństwo i korupcja.

tyle cytatu z oficjalnej strony filmu. i to w sumie wystarczy by mieć mniej więcej pojęcie jaki potencjał się w tym filmie marnuje. gdzieś dalej na stronie znalazłem spis filmów, powieści i innych materiałów, które służyły reżyserowi za inspirację przy powstaniu obrazu. rok 1984 i cała reszta klasyki jakoś związanej z tematem… taaa, oczywiście. nie wątpię, że reżyser klasykę oglądał i nie wątpię, że gdyby tylko mógł to pojechałby w kierunku klasycznym. niestety, nie wiem czy to problem komiksu czy po prostu miałkości scenariusza ale dostajemy pulpa typowego. taka wersja roku 1984 z superbohaterem w roli głównej obalającym bardzo przaśnie pokazany totalitaryzm. czemu przaśnie? a żeby widz wciągający popcorn w ogóle skojarzył, że to totalitaryzm.

jak to szumo ładnie powiedział – film pełen jest bullshitów wizualnych i dłużyzn. twórcy filmu nie mogli się zdecydować czy skręcić w stronę wierniejszej (chyba ale tak mi się wydaje) adaptacji komiksu w stylu sin city, czy też może pójść w widowiskowość. efekt jest średnio ciekawy: akcja miejscami zamiera na czas nieokreślony i serwowany jest nam wypełniacz w postaci wątku romantycznego. ale akcja z wątkiem romantycznym ni cholery nie chce się w tym filmie jakoś pogodzić i nie tworzą ręka w rękę spójnego widowiska. nie miałbym nic przeciwko obejrzenia sobie romansidła z elementami akcji ale tu aż czuć brak zdecydowania, w którą stronę skręcić. no i mamy dłużyzny niestety.

film zasługuje jednak na uwagę ze względu na dosyć trudną tematykę, którą zajmuje się w sposób bardzo pobieżny co prawda ale nie mniej zrozumiały dla masowego odbiorcy. wychodząc z kina śmialiśmy się, że oto dystrybutor filmu w tym kraju robi komuś kampanię wyborczą :). no kaczory stają przed oczami jak żywe podczas oglądania v for vendetta, oddajmy sprawiedliwość, że tylko miejscami :). film nieco topornie pokazuje schemat typowego przejścia do władzy jednostki ambitnej i nie zważającej na koszta a wizja policjanta, który przewiduje tej władzy demontaż to bodajże najlepsza i najmocniejsza scena w filmie. ach, gdyby tylko scenarzyści zechcieli pogrzebać się właśnie w takich momentach nieco głębiej, gdyby zechcieli nie traktować widza jak kompletnego idioty… jednym słowem – gdyby wsadzili tam więcej polityki a mniej romansu połączonego z komiksowością postaci… ten film mógłby być dobry. ba! mógłby być świetny po prostu! starczyło tylko nieco odwagi na podbicie PG rank i zrobienie filmu dla widzów dojrzałych, którym facet biegający w masce i rozkładający SYSTEM by nie przeszkadzał. ale rozumiem, jak w końcu szeroka jest taka widownia? ender to ładnie podsumował: wyszło ni to, ni sio – ni to komiks, ni to thriller polityczny, ni to romansidło. materiał na ten film aż się prosił o wypunktowanie jednej z tych cech i pozostanie przy niej z konsekwencją. oglądałby się to zdecydowanie imo lepiej.

trudno mi ten film polecić. dla szukających po prostu rozrywki nie ma tu jej zbyt wiele. dla szukających polityki – tej jest jeszcze mniej. dla szukających romansu – ten jest ale poprowadzony ręką niezbyt pewną i niezbyt wprawną imo. film dla wszystkich? też nie bo jednak wspomniane już problemy w nim poruszane są zbyt trudne dla standardowego dresa nawiedzającego kino z przyklejoną u boku laską i workiem kukurydzy. inna kwestia, że standardowy dres wyjdzie z kina po jakichś piętnastu minutach bo ni cholery nie będzie rozumiał co do niego zamaskowany heros gada. a gada dużo, czasem wierszem, cytując klasyków, stosując mowę uznawaną już powoli za wymarła bo po prostu piękną. cudna angielszczyzna doczekała się z resztą niezłego tłumaczenia i kwestii rzucanych przez herosa doskonale się słucha (ta dykcja!) ale też i świetnie się je czyta! niemniej dostajemy takie diabli wiedzą co, w którym pozytywem ogromnym i chyba jednym z nielicznych jest to, że nie oglądamy po raz kolejny ulic nowego jorku i ameryki w ogóle. jest nieco bardziej (sic!) egzotycznie – wszystko dzieje się w anglii, angielski akcent nieumiejętnie naśladowany przez natalie portman included. i to chyba jedno z niewielu pozytywnych zaskoczeń tego obrazu. reszta to pulpa i sztampa niestety. a materiał nadaje się na film porywający i nietuzinkowy…

szkoda.

ocena w skali 1-10: 6

v for vendetta (w jak wendeta)

obsada:
Natalie Portman … Evey
Hugo Weaving … V
Stephen Rea … Finch
Stephen Fry … Deitrich
John Hurt … Adam Sutler

oficjalna strona filmu
strona filmu w serwisie imdb.com

12 odpowiedzi do v for vendetta (w jak wendeta)

  1. Hadret Kwiecień 9, 2006 o 22:46 #

    Hmm, będę musiał się rozejrzeć za jakimś wolnym chwilem. Wszak urlop się kończy, ale parę dni mi zostało, a jutro wypłata. Cóż mam do stracenia? (:

  2. msierant Kwiecień 10, 2006 o 05:29 #

    1) Nie „W jak Wendeta”, tylko „V jak Vendetta” :P

    2) Poszedłem na ten film z nastawieniem „Wachowscy”. Zawiodłem się. Ale oglądało się przyjemnie – ani razu nie spojrzałem w kinie na zegarek. Nawet w chwili gdy Evey była w sytuacji hrabiego Monte Christo (w celi)…

    • CoSTa Kwiecień 10, 2006 o 06:37 #

      ad 1. – tłumaczenie wzięte z oficjalnej polskiej strony filmu. jest w streszczeniu filmu.

      ad 2. – i dobrze! chodzi o to, by było różnorodnie :). mnie film podszedł średnio.

  3. Ender Kwiecień 10, 2006 o 09:08 #

    1. ten film nie jest rpzeznaczony dla dzieci (rank: R, jest tylko jedna wiecej….)

    2. dluzyzny byly – za duzo retrospekcji, zamierniae akcji

    3. ale efekt ogolny pozytywny

  4. krzychu Kwiecień 10, 2006 o 12:04 #

    Hmm… czyli poczekać na wydanie DVD? OK.

    Ale jak chcesz czegoś koszmarnie złego i tak nudnego, że czujesz piasek Sahary pod językiem, to gorąco (nie)polecam: Casshern:

    http://film.onet.pl/11308,dvd.html

    nudy na pudy, choć pięknie plastycznie podane z wyobraźnią.

    • CoSTa Kwiecień 10, 2006 o 19:28 #

      nie, niekoniecznie czekać. można iśc do kina. w moim przekonaniu film rozmienił się na drobne i to wszystko. ale może się podobać (oceny na imdb o tym świadczą). zły bowiem na pewno nie jest a już zupełnie odstaje od typowej amerykańskiej ekranizacji komiksu.

      • r. Kwiecień 10, 2006 o 20:28 #

        Czegoś nie rozumiem. Dlaczego miałoby być mniej faceta w masce, skoro oryginał był właśnie komiksem o tymże *facecie*?

        Od jakiegoś czasu (chyba przy okazji Sky Captain zauważyłem to zjawisko) nurtuje mnie pytanie: dlaczego ludzie nie sprawdzają, na co idą, a potem płaczą, że nie tego się spodziewali? Po Sky Captain ludzie marudzili, że taka nierzeczywista bajka (a przecie taki ten film miał być i w sumie poszliśmy nań po to, żeby zobaczyć tę całą powalającą stylizację z początków filmowej fantastyki). Na Brokeback Mountain (to jest dopiero nudny, rozmieniony na drobne film) na początku sceny, kiedy główny bohater traci kakaowe dziedzictwo, jakiś młodzian z następnego rzędu rozpaczliwie emituje w kierunku swojej wybranki ,,na co ty mnie zabrałaś?!”, jakby w ogóle nie pofatygował się sprawdzić, że jest to film o ,,kowbojach pedałach jedzących budyń”. Tobie zaś się nie podoba V i zbyt podejście do tematu niegodne thrillera politycznego, podczas kiedy ten film jest *ekranizacją komiksu* i to chyba najlepszą ekranizacją komiksu w ciągu ostatnich lat (SinCity było tak wyblakłe, że w piętnaście minut po zakończeniu seansu zapomniałem, o co tam w ogóle biegało…). Nic z tego nie rozumiem, mamy XXIw, wiek Internetu i innych takich pierdół, gdzie sprawdzenie o co biega w danym filmie nie powinno zająć więcej niż pięć minut, a ludzie płaczą, że czarne ich zdaniem powinno być zielone, bo nie doczytali, że to smole, a nie trawie…

        To był dobry film, z IMO doskonale wyważonym stosunkiem akcji do refleksji (od momentu zapoznania się z Usagi Yojimbo nie lubię nadmiaru machania szabelką, scyzorykiem czy kulomiotem — wszystko przez to, że Sakai potrafi rozrysować przepiękną walkę w paru ramkach, bez przewlekania jej przez pięć kolejnych plansz). Z lekka irytował mnie wątek miłosny (to znów taki uraz po Hellboyu, w którym takowy wątek dorobiono na siłę — w komiksie nie było ani słowa na temat), ale też nie wiem, czy w oryginale występuje (komiks znam tylko z materiałów Vertigo). Żałuję tylko, że przez moją słabą znajomość angielskiego nie mogłem się rozkoszować kwestiami V, takimi jak np. ta:

        [quote]Voilà! In view, a humble vaudevillian veteran, cast vicariously as both victim and villain by the vicissitudes of fate. This visage, no mere veneer of vanity, is a vestige of the vox populi, now vacant, vanished. However, this valorous visitation of a bygone vexation stands vivified, and has vowed to vanquish these venal and virulent vermin vanguarding vice and vouchsafing the violently vicious and voracious violation of volition. The only verdict is vengeance; a vendetta held as a votive, not in vain, for the value and veracity of such shall one day vindicate the vigilant and the virtuous. Verily, this vichyssoise of verbiage veers most verbose, so let me simply add that it’s my very good honor to meet you and you may call me V.[/quote]

        Ten film jest pełen takich smaczków.

        [quote]Remember, Remember

        The fifth of November,

        The gunpowder treason and plot.

        I know of no reason why the gunpowder treason

        Should ever be forgot.[/quote]

        • CoSTa Kwiecień 11, 2006 o 05:05 #

          yeah, true fan :). dzięki za wizytę i długą wypowiedź. z większością argumentów nie wypada się nie zgodzić bo są prawdziwe do bólu. szczególnie te z nie sprawdzaniem na co się idzie. ale tak czasami po protu jest – kumpel dzwoni „idziemy?” „a co to?” „a nie wiem ale masz coś innego do roboty?” „no nie, to idziemy”. i tyle. wypadałoby wcześniej zapoznać się z dziełem ale czasami nazwyczajniej się nie chce (i nikt tu nie jęczy, że faceta w masce jest za dużo skoro to film o nim właśnie).

          jak słusznie zauważyłeś, to ekranizacja komiksu. [b]ekranizacja[/b] a nie komiks! to, co stanowic może o sile komiksu wcale nie musi stanowić o sile filmu (i pewnie nie stanowi). kino rządzi się nieco innymi prawami i tu te prawidła imo pogwałcono lekko – chciano pokazać zbyt wiele wątków na raz i wyszło rzeczone ni to, ni sio. ponownie: to [b]film[/b] a nie komiks. kwestie może padają piękne, wątki liryczne są liryczne jak należy a machanie scyzorykiem wygląda soczyście. problem w tym, że to wszystko razem do kupy się nie klei.

  5. ciotka's christina Kwiecień 15, 2006 o 15:22 #

    γεια σου

  6. byte Listopad 8, 2006 o 21:56 #

    Właśnie obejrzałem i śmiem twierdzić, że Wachowscy zrobili film na rynek amerykański i wpieprzyli taką szpilę w Dżi Dablju, że dłuższej ze świecą szukać.

    Jestem na „tak”. W kategorii „ekranizacja komiksu” i „film dla mas” „V jak Vendetta” ma u mnie solidną ósemkę. Czegoś mi brakowało, wątek miłosny zarżął końcówkę podobnie jak w Matriksie, ale całość nader zgrabna. Brawo ci panowie.

    • CoSTa Listopad 8, 2006 o 22:05 #

      a ja ostatecznie uznaję film za niezły, momentami wręcz dobry ale to dopiero po obejrzeniu trzeci raz bodajże filmu. bo są tam smaczki cudne miejscami a przy pierwszym podejściu po prostu giną niezauważone. dziś podniósłbym ocenę do siódemki z plusikiem za dykcję kolesia w masce. aż człowiek po wysłuchaniu czegoś takiego nabiera chęci na naukę angielskiego :)

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Tapeta - Two People
świetna jest ta strona z tapetami

nie pomnę już na czyim blogu zobaczyłem tego linka i przepraszam za nie podanie tu linka do źródełka wiadomości. tak...

Zamknij