Menu serwera

vibrasphere – archipelago

Vibrasphere - Archipelago

Vibrasphere - Archipelago

nowy, świeżutki, przesłuchany juz przeze mnie po wielokroć album vibraspherearchipelago to po prostu majstersztyk gatunku zwanego psychedelic (cokolwiek to znaczy i cokolwiek to jest). w dużym skrócie: łupanka ale z klasą! tak kochani, papa costa lubi i takie rytmy i nie zamierza sie tego wypierać. po czym rozróżniam dobrą psychodelię od słabszej? w sumie ciężko orzec, to taki miks doznań, który sprowadza się w sumie do jednego: wbicia w solidnego tripa. dobrej psychodelii się słucha, przy dobrej psychodelii można oczywiście i poskakać ale dobra jest właśnie dlatego, że da się jej słuchać. ba! dopiero słuchając w pewnym skupieniu można jakoś przebrnąć przez pędzące rytmy i coś tam w głębi znaleźć. dziwne? niekoniecznie. nie tylko muzyka z wyższej półki potrafi nieść coś w sobie. tak pogardzane łupanie też może być inspirujące i to nie tylko dla ciała ale także w pewnym stopniu i dla duszy. przynajmniej dla mnie.

a tu mowa o najwyższej z możliwych półce solidnego, rytmicznego łupania!

to nie są manieczki, ta muzyka nie ma nic wspólnego z rytmami znanymi z dyskotek, klubów techno czy jakichś inszych imprezowni. szczerze mówiąc czegoś takiego raczej się w miejscach nasączonych karkami nie usłyszy. nie dlatego, że za trudne ale dlatego, że prócz beatu dzieje się tu zdecydowanie więcej. najwidoczniej karki podskórnie czują, że mają z czymś nieco lepszym do czynienia i po prostu tego nie słuchają ani się przy tym nie bujają. i bogu niech będą dzięki.

niedawno opisywałem wcześniejszą płytę formacji vibrasphere: lime structure. w sumie mógłbym spokojnie zrobić copy-paste zmieniając tylko tytuły utworów. rzecz, tak jak poprzedniczka, diablo dobra. trzeci album w historii formacji a kopie tyłek nawet chyba lepiej niż albumy poprzednie. perełek, o których wspominałem przy okazji opisu wcześniejszego albumu mógłbym tu spokojnie naliczyć z cztery. w sumie utworów jest dziewięć a całość trzyma tak charakterystyczny dla vibrasphere feeling. nie wiem jak to chłopaki robią ale mają swój bardzo wyraźny styl. są rozróżnialni, co w tym gatunku muzyki jest raczej trudne, w końcu wszystko niemal brzmi identycznie. nie w wypadku tego albumu! co kawałek, to osobna opowieść i nieco inny trip. rozpoczynamy spokojnie ale już drugi utwór przypomina nam, że nie o spokój w tej wycieczce chodzi. tym sposobem dopada nas RYTM a prócz rytmu całkiem bogate aranżacje, spora ilość dźwięków, ciekawe sample i coś, co bardzo lubię w dobrej psychodelii: tło robią stonowane ale doskonale słyszalne stringi. vibrasphere nagrało album mocno przestrzenny, otaczający dźwiękiem niezbyt agresywny a mimo to porywający miejscami.

jest na tej płycie, wśród ogólnie kawałków bardzo dobrych, utwór imo wybitny, który przejdzie do historii gatunku: landmark. ponad osiem i pół minuty rytmicznej orgii wbijającej w tak doskonałego tripa, że aż bałbym się puszczać to po solidnej dawce lsd. strasznie się ten utwór wbija w głowę. osiem i pół minuty transowych rytmów, które mają jedno zadanie: torować drogę dla skąpo wydzielanych ale bardzo smakowitych wstawek melodycznych. słuchany, i to najlepiej głośno! landmark wywołuje dwie reakcje: niekontrolowany ruch głową w rytm muzyki i jakiś czający się gdzieś z tyłu mózgoczaszki niepokój, którego określić raczej nie idzie, znaleźć przyczyny takoż a jednak snuje się po łbie i ląduje w dziwnych miejscach. to kawałek na solidną, narkotyczną jazdę bez trzymanki. dźwięki powoli narastają, rytm zasuwa, co chwila przekaz staje się coraz bardziej zmasowany bo dorzucane są kolejne elementy układanki… masywny, doskonały kawałek! trans to właśnie TO. nie jakieś tam dyskotekowe pieprzenie parkietu za pomocą dwóch generatorów brzmień i beatu. nic z tych rzeczy. to solidna robota mająca tylko jedno na celu: wbić cię słuchaczu w nieco bardziej odmienne stany świadomości. robota perfekcyjna!

znalazło się też na płycie miejsce na ponaddziewięciominutową suitę w transowych rytmach. sudden comfort to dla mnie doskonały przykład na to, że mając dobry pomysł i sporą dozę wyobraźni muzycznej można uwieść słuchacza i przylepić go do głośnika na długi, długi czas, którego słuchacz nie będzie uważał za stracony, mimo iż w kawałku pozornie niewiele się dzieje. nie wiem jak to możliwe ale ten utwór kompresuje czas. te dziesięć bez mała minut mija migusiem, człowiek się po tym otrząsa jak po wyjściu z kąpieli i nagle łapie się na tym, że w międzyczasie gdzieś odpłynął i przez moment bywał zupełnie gdzie indziej. to jest właśnie siła transu – wprowadzić słuchacza w stan, z którego wychodzi z uczuciem, że gdzieś był, coś robił, o czymś myślał i to wszystko gdzieś głęboko w nim siedzi dalej. to coś, co przez moment się ujawniło ale było zbyt nieśmiałe, by pozostać.

i tak kawałek za kawałkiem, numer za numerem kończy się słuchanie krążka. czy jest dobry? kochani, jest FE-NO-ME-NAL-NY! dla miłośników gatunku jazda absolutnie obowiązkowa. dwóch szwedów funduje wam tripa w najlepszym możliwym stylu.

ocena w skali 1-10: no nie żartujmy… czas na drugą dziesiątkę daną kiedykolwiek i oto ona: 10!

strona formacji vibrasphere
wywiad z rickardem berglöfem na stronach serwisu psytrance.pl

, , , ,

6 odpowiedzi do vibrasphere – archipelago

  1. byte Kwiecień 7, 2006 o 21:10 #

    „Landmark” zaczyna się całkiem jak coś demoscenowego… Nie pomnę tytułu pierwowzoru.

    Całość – jak już komentowałem ja Jabberze – bardzo przyjemna. Podziękował :)

  2. Krzol Kwiecień 7, 2006 o 21:53 #

    Szybkie pytanko: Na poprzednich płytkach Vibrasphere, zawsze pojawiał się jeden fenomenalny downtempowy utwór (San Pedro, czy Manzanilla). Czy na tym albumie, ta chlubna tradycja została zachowana?

    • CoSTa Kwiecień 7, 2006 o 21:58 #

      oczywiście :). kawałek otwierający „tierra azul” (na stronie vibrasphere jest do wciągnięcia wideo z tym kawałkiem) oraz kawałek zamykający „late winter storms”. jeśli lubisz manzanilla to tierra azul brzmi wrecz jak ciąg dalszy tego utworu. nie to samo, nie tak samo ale klimat i ogólny odbiór bardzo podobny.

  3. bmp Kwiecień 8, 2006 o 14:56 #

    Costa płytka genialna, chyba warto zagłębić się w temacie i poszukać czegoś jeszcze. Przyznam, że wcześniej nic z tego gatunku nie słyszałem.

    • CoSTa Kwiecień 8, 2006 o 15:53 #

      no to będziesz miał problem. 98% tego gatunku to po prostu łomot starający się być czymś więcej, co zazwyczaj się nie udaje. niestety :/. szperanie w tandecie jest jak łowienie fajnego ciucha w lumpeksie :)

      ale spoko, nie jest aż tak źle. po przesłuchaniu dziesiątek chyba godzin materiału branego z netu zaczyna się poznawać jakość po przesłuchaniu kilkanastu pierwszych sekund kawałka. większość psytansowych rzeczy ląduje w smietniku ale czasem przedostają się na twardego sympatyczne utworki. w sumie gdybym złożył takie moje prywatne the best of to zebrałoby się materiału na dwie imprezy lub solidną sesję z tabletką/ kartonem/ ziołem/ innym środkiem odurzającym a zakazanym :)

      tu niestety trzeba szperać. mocno i długo. doradzać nie ma po co bo gust to kwestia osobnicza. mnie coś może podchodzić, tobie zupełnie nie wchodzić. po prostu – szperaj. innej drogi nie ma imo.

      • szop Październik 28, 2007 o 13:14 #

        Hehe widzę że gust to masz niezły… ale jak wciągniesz tablete/karto/zioło czy inne gówno.

        Nie wypowiadaj się o jakiejś muzie jak nie masz o niej pojęcia.Dużo racji jest w tym że aktualnie w psytransie nie ma kozaków ale to nie powód żeby generalizować.

        Przestań walić dragi a zacznij SŁUCHAĆ!(polecam coś z okresu 2000 i wczesniej, wtedy wychodziły perły co prawda nie brzmią pięknie bo inne czasy były;)

        Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
instrukcja 0018/82 czyli jak kiszczak rozpieprzył lustrację

wiecie co? to już nawet nie cyrk. to już nawet nie jest śmiechu warte. to, co się wokół lustracji wyprawiało...

Zamknij