Menu serwera

praktyczny przewodnik słomianego wdowca

jakoś tak się złożyło, że ostatnimi czasy siedzę w domu samojeden. żona wpadła tylko na moment by od razu wypaść na jakieś szkolenia. okej, niechaj się szkoli, zawsze to jakieś ćwiczenie dla umysłu :). jak jednak każdy mąż wie, brak białogłowy w obejściu powoduje pewne dosyć przykre skutki uboczne znane doskonale choćby ze stancji (głównie męskich ale nie tylko) studenckich.

jednym słowem: syf i burdel się robi po prostu :)

czy można jakoś tej przykrej sytuacji zaradzić? czy istnieją sposoby na ograniczenie przykrych skutków wyjazdów żon? oczywiście, że istnieją! o nich już za chwilę.

zacznę jednak od tego, że mam bardzo ale to bardzo wysokie kwalifikacje oraz zebrałem mnóstwo doświadczenia na polu robienia syfu i gnoju w mniejszym lub większym stopniu. kiedy? oczywiście z czasów swoich studenckich, kiedy to pomieszkiwałem w radosnym i niepomiernie brudnym mieszkanku wynajmowanym przez pięciu kolesi. to, co tam się działo (szczególnie latem) przechodzi wszelkie pojęcie. no bo czy ktoś z was sprzątał odkurzaczem wijące się białe czerwie musze, które powypełzały były z niewyrzucanych dniami całymi (w lecie!) worków na śmieci? ale to jest lajcik w porównaniu do zawartości naszego ówczesnego zlewu. do dziś wierzę święcie, że tam coś żyło. problem tylko w określeniu gatunku i czy w ogóle to było z naszej planety. o taaak, kwalifikacje mam spore. z wyżyn więc swojej mądrości życiowej mówię oto: są sposoby, by entropię ograniczyć w pewnym stopniu.

zasada 1: nie ruszać

nie wolno, za nic w świecie nie należy i nie powinno się ruszać czegokolwiek. jeśli zależy ci na zachowaniu względnej czystości i miłego dla oka ładu, najprostszym sposobem by ów ład zachować jest nie ruszanie. łapy precz i z daleka! nie wolno przekładać garów, poduszek, gazety na stole… wszelkie poruszenie burzy bowiem zachowany po wyjeździe żony ład. a zapewniam cię, o drogi to czytający, że znacznie łatwiej jest coś ruszyć, niż później to na miejsce odłożyć. ruszając cokolwiek narażasz się tylko na inflacyjny wprost wzrost współczynnika zasyfienia. a tak – jedna rzecz pociąga zaraz za sobą drugą. z życia wzięte: wziąłem ze stołu gazetę, którą sobie przejrzałem leżąc w wyrze. zachciało mi się jednak conieco telewizorni obejrzeć ale gazeta nie pozwalała na wygodne ułożenie się. jako że mało który prawdziwy facet odkłada cokolwiek na miejsce, także i ja zamiast grzecznie gazetę rzucić choćby w kierunku stołu, postanowiłem problem obejść a właściwie obleżeć robiąc 180 stopni obrót w wyrze. ciągnąc poduszkę zawadziłem oczywiście o położone na stoliku, który stał przy łóżku, czipsy. leżą tak już drugi dzień… wstając z rana musiałem oczywiście w nie wejść, dlatego mam też czipsy w łazience oraz w innych uczęszczanych miejscach. czy już widzisz, o czytający te bzdury, na czym polega inflacyjny wzrost zasyfienia? bo czipsy to był oczywiście dopiero początek gnoju. a wszystko to przez jedną gazetę, taka jej mać!

zasada 2: ścieżka zdrowia

nie da się jednak żyć w mieszkaniu, w którym nie można nawet odetchnąć w spokoju. dlatego najlepiej od razu po wyjeździe żony zrobić sobie coś, co nazywam „ścieżkami”. ścieżka, jak sama nazwa wskazuje, to nic innego jak tylko miejsce, prze które przechodzę wyjątkowo często. na ten przykład droga z wyra do lodówki. ten najważniejszy pod nieobecność żony trakt muszę pielęgnować. wszystko, co leży lub stoi po drodze, jest potencjalnym czynnikiem wzrostu zasyfienia. niechcący potrącone buty, rzucony plecak, który w wyniku przypadkowego kopnięcia malowniczo rozrzuca swoją zawartość po przedpokoju… tu nie ma żartów! z tym trzeba bardzo uważać! odpowiednio przygotowane ścieżki to jakieś 60% sukcesu.

zasada 3: dbaj o naczynia

naczynia mają tę nieprzyjemną właściwość, że się brudzą. no jakoś już tak jest i nie chce być inaczej. prostym sposobem obejścia tej mało komfortowej sytuacji jest… nie używanie naczyń! kochani, mamy 21-szy wiek, erę żywności pakowanej i porcjowanej oraz od razu gotowej do spożycia. i tu pięknie sprawdzają się czipsy, buły z jakimś nadzieniem popakowane w hermetyczne opakowania… jedyne o czym należy pamiętać to by rzucać te wszystkie opakowania w jednym mniej więcej miejscu i z dala od wspomnianej ścieżki. kosz? nie jest zbytnio potrzebny o ile wsuwa się tylko suche żarcie. popijać należy oczywiście tylko jakąś colą lub innym napojem sprzedawanym w zakręcanych butelkach. butelka zakręcona to dobra butelka! to twoja przyjaciółka i najlepsza towarzyszka. nie rozsiewając wszędzie swej zawartości może ci towarzyszyć w każdym bez mała miejscu, z kiblem włącznie. szanuj więc swoje napoje i najlepiej od razu kup kilka butelek i porozstawiaj w co bardziej strategicznych miejscach mieszkania. to pozwoli nie nadwerężać zbytnio ścieżek…

inną formą oszczędzania na naczyniach jest np. jedzenie wprost z patelni/gara. omijając fazę talerz + sztućce oszczędza się na garach niezmiernie! czasem jednak trzeba zjeść coś ciepłego. wtedy z pomocą przychodzi techniczna myśl wietnamska i jej szczytowe osiągnięcie: zupki tzw. instant. pięęęękna, cudowna sprawa! przez jedzenie tylko zupek można korzystać z jednej michy i łyżki przez jakiś tydzień, zanim zacznie się po brzegach michy robić zielono i trzeba będzie wyciągnąć michę nową. cywilizacja to wspaniała sprawa…

zasada 4: nie jesteś wrogiem swoich skarpetek

wszyscy to znamy panowie – wieczór, czas się przebrać i walnąć spać do wyra. odzież wierzchnia frunie w kierunku najbliższego oparcia krzesła, skarpetki lądują gdzieś obok… rano oczywiście nie mamy już głowy do pozbierania tego bajzlu a wieczorem, po powrocie z pracy, już nam się nie chce. wieczorem dorzucamy kolejną dawkę… opamiętanie przychodzi wraz z brakiem w szafce jakiejkolwiek pary skarpet. czy aby na pewno brakiem? kochani! zaraz koło najbliższego oparcia krzesła leży niezła góra gotowych na wszystko skarpet! wystarczy tylko pogrzebać by dobrać parę… że co, że wonieją? nic nie ma prawa wonieć po tygodniu leżenia i wietrzenia. manewr powtarzamy tak długo, aż ze skarpetami będzie faktycznie coś nie tak (np. stwardnieją), albo nie będzie już jak dobrać sensownie wyglądającej pary. de facto dokonany został tylko pewien manewr polegający na tym, że skarpetki zostały przeniesione z szafki na podłogę. w razie gdy zaczną rozpełzać się na środek pokoju i wchodzić na ścieżkę, można je łatwo nogą przesunąć na ich właściwe miejsce przebywania, czyli pod stół.

opisywany proceder ma zastosowanie do wszystkich części garderoby.

zasada 5: wydawaj swoje pieniądze

pracujesz. zapewne ciężko. w konsekwencji zarabiasz. pod nieobecność żony można te pieniądze przepić lub wydać na jakieś przyjemności, na które zazwyczaj nie wystarcza, bo kasa ląduje w żoninym portfelu z adnotacją „na życie”. hola! nie powinieneś czynić takiego użytku ze swoich ciężko zarobionych pieniędzy! oszczędzaj, nie szalej… gdy już skończą ci się wszystkie michy oraz zupki, te zaoszczędzone pieniądze pozwolą na żywienie się w jeden z najbardziej bezstresowych sposobów: przez zamawianie pizzy! to osiągnięcie cywilizacyjne jest prawie tak samo użyteczne jak wietnamskie zupki. wszystko przecież odbywa się schludnie i czysto – telefon, przyjeżdża jakiś koleś, podaje ładnie opakowaną pizzę, wciągasz tę pizzę, opakowanie możesz położyć zaraz obok opakowań po czipsach i bułach z nadzieniem. pomyśl teraz jak wyglądałoby mieszkanie, gdybyś jednak postanowił samodzielnie zrobić np. kotlety…

zasad przetrwania bez żony jest nieco więcej ale juz chyba wiadomo o co mniej więcej chodzi. ano, chodzi o to, by swoim własnym nieodpowiedzialnym zachowaniem nie przykładać zbyt mocno ręki do zwiększającego się czynnika zasyfienia. a owo, bez żony, będzie wzrastać ciągle. na to niestety nie ma żadnej rady. w końcu nastaje jednak taki dzień, kiedy trzeba wykonać czynność najgorszą i najnudniejszą z możliwych:

trzeba POSPRZATAĆ

ogólne :)

, ,

27 odpowiedzi do praktyczny przewodnik słomianego wdowca

  1. madman Maj 25, 2006 o 21:05 #

    Nie no, prawie tarzam sie po podlodze. Art niesamowity.

    Gratuluje zdolnosci strategicznych przy projektowaniu sciezek ;) Problem z garami jest jednak wtedy, gdy masz (jak ja) mala kuchnie. Nic nie pomoze, trzeba myc…

    • CoSTa Maj 25, 2006 o 21:19 #

      uuu, dla chcącego nic trudnego! my tez mamy malutka kuchnie (w dodatku ślepą :/) ale to w nieczym nie przeszkadza. przecież jest tyle powierzchni poziomych… blat, top lodówki, na pralce można cos postawić, o kuchence już nawet nie wspominam bo w sytuacji, gdy się nie gotuje to naturalne przecież miejsce składowania garów :)

  2. Byru Maj 25, 2006 o 21:17 #

    „odzież wierzchnia frunie w kierunku najbliższego oparcia krzesła, skarpetki lądują gdzieś obok… rano oczywiście nie mamy już głowy do pozbierania tego bajzlu a wieczorem, po powrocie z pracy, już nam się nie chce. wieczorem dorzucamy kolejną dawkę… opamiętanie przychodzi wraz z brakiem w szafce jakiejkolwiek pary skarpet.”

    DOKŁADNIE! Sama prawda. Zupełnie jakbyś opisywał epizod z mojego studenckiego życia :). Taktyka jest w 100% identyczna.

    Co do zupek chińskich – polecam AMINO, oczywiście pomidorowa. Generalnie lubie jak jest więcej makaroniku, wiec z 3 kupionych robie 2 i spożywam w dużym kubasku z IKEI (większość wie o co chodzi :P)

    Kasa – standard, jak lodówka zaczyna trząść się z braku balastu w postaci pożywienia, skaczemy do najbliższego samoobsługowca (choćby w kapciach) i zgarniamy towar :)

    Świetny i jakże prawdziwy wpis :)

    • CoSTa Maj 25, 2006 o 21:24 #

      z zupek to ostatnio tylko knorr i jego czosnkowa. ba, to ma nawet jakiś smak! z innych plusów – nie zostawia zbyt wiele nalotu i micha, w której wciągam te łakocie, nie wymaga nawet specjalnie lizania :). jednak co knorr, to knorr :)

  3. walth Maj 25, 2006 o 21:28 #

    Talent pisarski masz niesamowity :d Gratuluję strategicznego podejścia do problemu :)

  4. byte Maj 25, 2006 o 21:29 #

    O kierwa, ależ hardkor :)

    Z tymi zupkami to bym nie przesadzał. Zdarza mi się średnio raz na miesiąc zjeść jedną na nocce i powiem ci, że mój żołądek bardzo mnie wtedy nie lubi. Po zmieszaniu z chipsami to już combo nie z tej ziemi.

  5. btd Maj 25, 2006 o 21:47 #

    hardkor.

    A co do zupek+chipsy+pizza :) niektorzy maja zoladki w ilosci i jakosc ALFa wiec nie ma problemu :) ew problem trwa 15 minut i tyle ;-)

    • CoSTa Maj 26, 2006 o 15:03 #

      nie, nie ma żadnego problemu :). wvzorajsza obiadokolacja: pierogi ruskie, kiełbasa solidna, na zakąskę czipsy i ptasie mleczko wedla. wszystko podlane colą. cudne żarcie :)

  6. Riddle Maj 25, 2006 o 23:08 #

    Z punktem czwartym to żeś przesadził. ;)

    Oczywiście ja nie ta kategoria, ale często ma rodzina opuszcza mieszkanie zostawiając riddla samego (obiad z kuzynostwem? FU!)… czasem wyjeżdzają na wakacje / długie weekendy w miejsca które mnie napawają obrzydzeniem. Więc! Przyda się poradnik, nawet nie wiesz jak bardzo.

    No, prócz punktu czwartego ma się rozumieć. :D

  7. shqvarny Maj 26, 2006 o 05:48 #

    tragiczny jest ten art! zasada 4 to już była przesada. przez niego oplułem monitor :P dlatego dodałbym zasadę iż nie należy oglądać/czytać/słuchać czegoś komicznego i jedząc jednocześnie. podzielność uwagi wzmaga infacyjny wzrost zasyfienia.

  8. Biter Maj 26, 2006 o 07:47 #

    Piękne i prawdziwe :D

    p.s. widzę że w formie jesteś, pisz więcej! :)

  9. p.Wesołek Maj 26, 2006 o 08:06 #

    Faktycznie świetny tekst. Ale naczynia trzeba czasem umyć, żeby się do nich więcej zmieściło.

    • CoSTa Maj 26, 2006 o 15:07 #

      bardzo trafne spostrzeżenie. muszę to zapamiętać. faktycznie może to być rozwiązanie problemu używania byt wielu kubków… faktycznie, zamiast odkładać na stertę można jeden wykorzystywać wielokrotnie od czasu do czasu wypłukawszy wszystko się zalęgło. dobra myśl!

  10. bmp Maj 26, 2006 o 09:14 #

    Do naczyń jest lepsza metoda, jednakże przeznaczona dla trochę mniej leniwych.

    Stosujesz wszystkiego po jeden: jeden kubek, jeden talerz itp. Wypijesz kawę, odnosisz do kuchni, od razu pod kran, zimną wodą opłukane, na suszarkę i tak w kółko.

    Nadwyręża to trochę ścieżki, ale chociaż w kuchni nie trzeba sprzątać.

  11. ciotka's eleni Maj 26, 2006 o 11:18 #

    znam kogos kto trzymal w zlewie niemyte gary przez ponad trzy miesiace bo sie ich……zas w lazience mial niezla hodowle plesni…

    zgadnij o kim mowa?

    • CoSTa Maj 26, 2006 o 15:08 #

      nie muszę zgadywać :). znam tylko jednego kolesia w naszej rodzinie, który jest pod tym względem aż tak podobny do mnie :). btw – pozdrowienia dla christosa!

  12. ciotka's eleni Maj 26, 2006 o 11:23 #

    …bo sie ich po prostu brzydzil…

  13. cavar Maj 26, 2006 o 12:52 #

    Sama i szczera prawda. Polecam też zaopatrzenie lodówki na czas nieobecności żony w jajka – w dowolnej ilości. Do jajecznicy można wrzucić wszystko: kiełbasę, grzyby, ser, oliwki, paprykę itd. Wszystko co jest w lodówce. Czasem wychodzi coś dobrego, a czasem po prostu biomasa którą należy wchłonąć.

  14. hummingbird Maj 26, 2006 o 14:15 #

    Dzień dobry!Świetny tekst.Uśmiałam się jak wariatka.

  15. RAFi Maj 26, 2006 o 14:59 #

    Obywatelu Costa! Napawacie mnie obrzydzeniem! Zwłaszcza za ten pkt.4!

    • CoSTa Maj 26, 2006 o 15:02 #

      obywatelu rafi! jestem z tego powodu niezmiernie dumny! :)

  16. RevPeter Maj 27, 2006 o 12:50 #

    Polecam [url=http://psyborg.rpg.pl/fun.php?t=hodowla_mezczyzn.inc]tę[/url] stronę jak i na google dotyczące hodowli mężczyzn. Pozdrawiam

  17. ciotka's eleni Maj 31, 2006 o 08:56 #

    pozdrowie go kiedy sie obudzi…nie smie nawet dzwonic przed 15-ta.strajkuja znowu na greckich uczelniach, jedzym razem studenci, drugim razem kadra, temperatura 35 st, morze dwa kroki od domu,kafe-frape z lodem,wiec zyc nie umierac…

  18. CoSTa's Family Page Czerwiec 14, 2006 o 17:21 #

    poprzednia część przewodnika dotyczyła okresów dłuższego wybycia małżonki z domowych pieleszy. nie da jednak się ukryć, że w dzisiejszych czasach pogoni za pieniądzem i chęcią bycia coraz to bardziej profesjonalną – małżonka może często na ten przykład wy

  19. chwilami.net Październik 24, 2008 o 19:33 #
  20. Biter Kwiecień 4, 2014 o 21:20 #

    Faktycznie, nadal aktualne! Dobry tekst! ;)

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
quest: ubuntu ma do mnie gadać!

po dziesięciu godzinach siedzenia przed komputerem w pracy, po powrocie do pustego domu (żonę tym razem wywiało gdzieś na ponoć...

Zamknij