Menu serwera

moja praca jest fajna :)

pierdoła ale półtorej godziny w plecy :/

nie no, nie piszę tego z przekorą. autentycznie coraz bardziej lubię to, co robię. po roku z okładem siedzenia w sporej korporacji czas na bardzo krótkie podsumowanie. w sumie mógłbym streścić wszystko w kilku następujących słowach: rewelacyjni ludzie i poj%^%$# system. tu widzę potworną bolączkę bytów zbyt wielkich, nad którymi nie idzie sprawować ani sensownej kontroli, ani nimi sensownie zarządzać. sprawne zarządzanie holdingiem, w skład którego wchodzi mnóstwo spółek, spółeczek, dostawców, podwykonawców, wykonawców, zleceniodawców czy zleceniobiorców – sprawne zarządzanie czyms takim to mit. zarządzanie w sumie sprowadza się do minimalizowania wewnętrznej inercji, która takie rozrośnięte byty ogarnia czy tego chcą, czy też nie. i na nic się zdaje wydzielanie kolejnych spółek, tworzenie mniejszych bytów, które same może i są zarządzane w porządku ale toną w ogólnym systemie i całość funkcjonuje ze żwawością żółwia w przysiadzie.

kolejny mit do obalenia to anonimowość takich molochów. mam to szczęście, że muszę być w kontakcie z wieloma ludźmi – oczywiście marketoidami (greetz! szefowa! podwyżka do jasnej cholery! :)) ale też menedżerami poszczególnych grup produktowych, wykonawcami… efekt? po roku czasu już mi się nie chce nawet zapisywać coraz to nowszych kontaktów w kajeciku. to nie ma sensu. lepiej od razu przejść na "ty" i załatwiać sprawy od ręki bez oglądania się na jakąś przyszłą współpracę. będzie, co będzie a wymóg jest jeden: job needs to be done. i tym prostym sposobem człowiek zaczyna mieć znajomych po całej polsce (a i za granicą się zdarzą) nie widząc ich czasem na oczy. nie przeszkadza to w wykonaniu jakiegoś telefoniku i pogadaniu o dupie maryni a jedynym prawdziwym problemem zaczyna być próba ugadania się na jakieś piwo. ergo: anonimowym jest się na tyle, na ile chce się być. te duże twory po prostu wymuszają kontakt z innymi ludźmi, wystarczy okazać tylko nieco sympatii. no chyba że stoi się w słuchawkach przy taśmie cały boży dzień i ma sie po owym dniu wszystko gdzieś. no cóż, bywa i tak…

biurokracja takich molochów przeraża. okej, nie ma mowy o zdjęciach na podaniach ale o datownikach już jak najbardziej tak. pismo musi przbyć swoją drogę i nie ma na to siły. to właśnie jest imo biurokracja – ścieżka wędrówki papierów. skrócenie owej oczywiście się udaje i to nawet całkiem czesto ale jest to cheating w większości oparty na wspomnianych znajomościach. jak się nie obrócisz układ zawsze z tyłu :)

proces decyzyjny ma dziwaczną właściwość do odwracania się od przyjętego schematu. mogę telefonicznie dogadać się z marketoidem w temacie ilości, jakości i daty dostarczenia gotowych np. folderów na targi gdzieś w azarbejdżanie i zajmuje nam to pięć minut. drugie pięć zajmuje telefon do wykonawcy i ustalenie terminów oddania projektów do druku tak, by wykonawca zdążył z drukiem, transportem i całą tą resztą. po dwóch telefonach wszystko jest wiadome i moge zabierać się do pracy ustaliwszy schedule działania. projekty powstają i są gotowe na czas (tak też się zdarza :)) ale… wszystko potrafi stanąć w cmokającym błocku szczebla dyrektorskiego. to nie jest na szczęście reguła ale potrafi się tak zdarzyć. i wtedy szlag trafia cały misternie przeprowadzony plan. maszyna staje a rytm idzie w pierony. kolesie, którym płaci się spore pieniądze za podejmowanie szybkich decyzji, bywają najwolniejszym ogniwem procesu. coś tu jest nie teges…

ogólnie jednak korporacje rządzą się swoimi prawami i zajebistymi absurdami. ot choćby przezabawny mail, jaki otrzymałem swego czasu od personalnych, w którym lekko acz zdecydowanie zjebano mnie za trzaskanie nadgodzin i nieprzestrzeganie w związku z tym regulaminu. na moją skromną sugestię, że albo regulamin, albo materiały gotowe na jakieśtam targi i proszę w takim razie dokonac wyboru – na to już odpowiedzi nie było :). z personalną (przesympatyczną dziewczyną tak swoją drogą) pogadaliśmy sobie by phone, obydwoje upewniliśmy się, że duuuże mrużenie oczami odchodziło przy obydwu mailach ale obydwa maile miały być wysłane bo tego oczekiwano. od personalnej, że opieprzy, ode mnie, że będe siedział po godzinach podając jakiśtam powód. sytuacja może i smierdzi lekką paranoją ale tak ma być i już. w korporacjach pewne rzeczy robi się tylko i wyłącznie po to, by je zrobić bo po prostu mają być zrobione, bez większego oglądania się na ich sens.

tyle w skrócie. materiału z obserwacji uzbierało się na solidnego arta ale może porozbijam to sobie na części? a może oleję robotę i nie będę o niej pisał na blogu? w sumie dlaczego nie? zżera mi większą część dnia i jest dla mnie istotna, więc klepać od czasu do czasu coś będę. tym bardziej, że autentycznie coraz bardziej lubię to, co robię.

7 odpowiedzi do moja praca jest fajna :)

  1. Biter Czerwiec 27, 2006 o 22:01 #

    Ślicznie to opisałeś :) I widze ze stołeczek sobie znalazłes cieplutki, tak trzymać :)

    • CoSTa Czerwiec 27, 2006 o 22:07 #

      taaak biter, tak zamierzam. jak tylko dostane podwyżkę :). nie będzie podwyżki? czas spadać gdzieś, gdzie dadzą więcej. kapitalizm to brutalna sprawa i działa w obydwie strony :)

  2. RAFi Czerwiec 28, 2006 o 10:21 #

    Ty lubisz szarości co? ;)

    • CoSTa Czerwiec 29, 2006 o 04:58 #

      ba! wręcz wielbię :). inna kwestia, że same logotypy określają paletę i za bardzo nie chce mi się z tym dyskutować bo i po co? przecież lubię szarości :)

  3. Brzoza Czerwiec 30, 2006 o 06:43 #

    Ha – a ja jestem tym kolesiem z – jak toładnie określiłeś – „cmokającego dyrektorskiego bagna”. Tak – inercja dużych firm jest przerażająca, ale nie kompetencja firm małych – jeszcze potworniejsza.

    Dodatkowo pracujesz brachu w dziale obsługującym marketing. Jaki tego skutek? Otóż w Polsce WSZYSCY, absolutnie WSZYSCY znają sie na marketingu. W mojej poprzedniej pracy, gdzie byłem szefem marketingu całkiem sporej firmy Zarząd z lubością wręcz wpierdzielał się w moje plany i to nie na etapie celów (do czego ma prawo), ale sposobu wykonania. Idiota, który jest szefem produkcji czepiał się koncepcji wizualnej reklam bo do niego „nie docierają”. Za diabła nie szło mu wyjaśnić, iż nie mają prawa docierać, bo jest z innej grupy celowej i nie jest odbiorca mojego produktu. Stąd te dziwaczne zmiany koncepcji, kierunków i priorytetów.

    Od poniedziałku ruszam do nowej roboty, to będę dostarczał Ci na bieżąco informacji o absurdach korporacji, tylko, że tym razem międzynarodowej. To dopiero będzie ciekawe;)

    • CoSTa Czerwiec 30, 2006 o 06:51 #

      ha! koniecznie! brzozik, ja też siedzę w miedzynarodówce i powiadam ci – łatwiej, milej i przyjemniej dogadać się i uzgodnić coś z ludźmi zza granicy niż z polakami. nie mam bladego pojęcia dlaczego tak się dzieje ale sprawy zagraniczne załatwiam mierząc czas minutami. rodzime – godzinami/dniami/tygodniami. ot widać nasza polska specyfika. no i co do tych znających się lepiej masz całkowitą rację. puszczam tu takie brzydactwa, że aż oczy trzeszczą. ale już się nauczyłem – nie ma sensu się wykłócać. szkoda na to czasu. ktoś tam wie lepiej i koniec.

      • Brzoza Czerwiec 30, 2006 o 07:35 #

        Tylko, że moja korporacja idzie na wschód… Mamy oddziały w Rosji, WNP, Chinach, Indiach, Emiratach Arabskich etc. (dla osób postronnych wyjaśniam, że nie zajmuję sie handlem bronią, ani żadnymi innymi środkami uznanymi powszechnie za nielegalne;). Obawiam się, że tam to będzie mierzenie zadań dniami/tygodniami ;)

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
compiz… bez tego jak bez ręki

przywykłem. kto by nie przywykł w takich warunkach :)compiz... bez tego jak bez rękibtw - jeden z najłatwiejszych chyba sposobów...

Zamknij