Menu serwera

Nie ma to jak biurokracja

Pięęęękne po prostu. Cudowne i wspaniałe pospołu. Coś niesamowitego i kompletnie dla mnie abstrakcyjnego. Biurokracja mnie dopadła w firmie, w której robię. I to jeszcze jaka biurokracja!

Pojechałem sobie byłem w delegację, o czym pisałem wczoraj. Okej, żaden problem. Pojechało się, przyjechało, dwa dni wyjęte z życiorysu w imię spotkania się z kilkoma znajomymi osobami. Nie szkodzi, to nawet całkiem sympatyczne doświadczenie było. Niestety, nadszedł czas rozliczenia delegacji. A kiedy piszę rozliczenia, to mam na myśli ROZLICZENIA. Ktoś kocha po prostu papier w tej firmie :)

  • Krok 1 – zdobycie zlecenia. Muszę oto (już po fakcie) jakimś cudem wyciągnąć od mojej przełożonej zlecenie delegacji… Taaaak, już widzę jak chce jej się podpisywać kolejne papierki. No ale podpisze, nie ma innego wyjścia, inaczej zajmę się nią osobiście :)
  • Krok 2 – zdobycie podpisu. Podpisane przez przełożonego zlecenie musi polecieć do sekretariatu, w którym to sekretariacie utknie na diabli wiedzą jak długo zanim zostanie podrzucone dyrektorowi do podpisu. Bo oczywiście sam dyrektor firmy, w której robię, musi toto podpisać.
  • Krok 3 – protokół! Nie istnieje instytucja "biurokracji" bez słówka "protokół". Oczywiście i ja muszę takowy sporządzić i rozpisać dokładnie co czyniłem na wyjeździe będąc. Nie mam bladego pojęcia po co to komu ale proszę bardzo, opiszę, minuta po minucie, łącznie z oglądaniem meczu Niemcy – Włochy. Protokół oczywiście musi być opieczętowany. Pieczątkę już mam! Ja to jestem zapobiegliwy… :)
  • Krok 4 – wysyłka. Podpisane zlecenie oraz sporządzony protokół wysyłam do swojego Działu personalnego. Właśnie się dowiedziałem, że do protokołu i zlecenia wyjazdu muszę jeszcze dołożyć raport z odbytego wyjazdu. Na szczęście takowy już mi napisał zaprzyjaźniony marketoid. Boże….
  • Krok 5 – żarna. Dział personalny zapoznaje się ze wszystkimi dokumentami (chyba z nudów) i stawia swoje parafki gdzie trzeba. Dokumentacja ląduje w Księgowości.
  • Krok 6 – wypłata. O ile Księgowość nie dopatrzy się jakichś nieuprawnionych wydatków i nie będzie podnosiła kwestii w stylu "dlaczego spał pan w pokoju jednoosobowym skoro mógł pan spać na ławce pod chmurką (ciepło jest!) i nie narażać firmy na straty?" – następuje wypłata diet i zwrot kosztów. Diety są zabawne (nie podam bo mnie do sądu pozwą za wyjawianie tajemnicy) a koszty zwracane po jakichś nieodgadnionych czasokresach. Cytuję tu wręcz znajomych informerów z pokoju obok, którzy już na to wszystko ręką machają i rozliczają się raz na kwartał ze wszystkich delegacji bo mniej więcej taki jest cykl wypłat.

Ktoś w tej firmie uwielbia, kocha, pławi się w papierze. Piękny przykład biurokratycznego idiotyzmu i cudowny dla mnie zimny prysznic przed wyrywaniem się w świat. Niech ktoś mi zleci jakiś wyjazd – takiego wała! Szkoda na to mojego zdrowia, nerwów i czasu. Ogólnie jednak jest wesoło bo dzięki tejże biurokracji właśnie poznałem telefonicznie kilka kolejnych osób w firmie – w końcu trzeba się wywiedzieć co i jak mam robić, by nie uwalić któregoś z przedstawionych kroków postępowania i nie zaczynać wszystkiego od nowa.

W ten oto sposób biurokracja przyczynia się do rozwoju więzi międzyludzkich, co zadaje kłam twierdzeniu, iż jest to przejaw dehumanizacji i uprzedmiotowienia człowieka. Zdecydowane veto! Człowiek jest tu wręcz w centrum całego morza zainteresowania. Morza papieru co prawda ale mimo wszystko w centrum :)

5 odpowiedzi do Nie ma to jak biurokracja

  1. byte Lipiec 6, 2006 o 10:50 #

    O kierwa… No nie, to u mnie jest łatwiej. Bez wystawionej uprzednio delegacji tyłka nigdzie nie ruszam, po powrocie wypełniam kilka rubryk na tym druku, „pod względem merytorycznym” sprawdza mi to kierownik jednostki, potem papiór leci do Wrocławia a ja czekam na przelew na konto.

    Współczuję :)

    • DonKoyote Lipiec 6, 2006 o 20:56 #

      Mam podobnie ;)

      Co do diet, no coz, 20 zl hehehehe … to sie najaaaadlem ;)

      • CoSTa Lipiec 6, 2006 o 21:05 #

        my w tej samej firmie nie pracujemy przez przypadek? :)

  2. krzychu Lipiec 7, 2006 o 07:22 #

    CoSta: straciłem orientację – czy ty sam się wrobiłeś, czy ktoś cię upupił? Nie wiedziałeś w co się pakujesz?

    Po drugie: jestem zdziebko zszokowany tym, co piszesz. Jak wiesz ja od dawna jestem trybem trybikiem w korporacji, a po ostatnich zmianach byznesowych jesteśmy częścią korporacji-ponad-wszystko :) i jak dotąd nie mamy takiech klocków, jak u ciebie… Zlecenie delegacji jest wystawiane od ręki, kasa na wyjazd też do ręki wg życzenia, można wybrać klasę IC jaką się wozi dupsko, nie ma żadnego raportu, rozliczenie kasy po wyjeździe tego samego dnia wręcz, pieczątki zbędne – także te, które należy podbić w punkcie docelowym itd.

    Zwyczajnie opadłeś mi szczękę…

    • CoSTa Lipiec 7, 2006 o 07:26 #

      zostałem w to wmanewrowany (czytaj: „jedź albo giń” rzekła ma szefowa) :/

      no i dlatego właśnie piszę to, co piszę. ku przestrodze, że miejscami nie bywa tak lekko a chore pomysły są wdrażane i wymagane. w międzyczasie dowiedziałem się, że na kasę za hotel i diety to sobie poczekam. albo aż mi się znudzi, albo aż zagrożę bronią, sądem i chuckiem norrisem w jednym :/

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Mąż w delegacji plus urodziny dziadka

A wywialo mnie w delegację tak zwaną. Do miasta zwanego Mielec, leżącego gdzieś na skraju wszechświata, gdzie nie ma już...

Zamknij