Menu serwera

Wakacje w Grecji – raport

Jako się obiecało – czas na raport z naszej wyprawy do Grecji. Większych sensacji się nie spodziewajcie bo i nie ma prawa ich być, pojechaliśmy wszak z da Majkiem, przy którym o alkoholowych ekscesach i seksualnych orgiach niestety ale wypada zapomnieć. Młode toto, płoche – co się ma uczyć już od pisklęcia jak takie wyjazdy wyglądają, niechaj sama w swoim czasie popróbuje :)

Wywiało nas na dwa tygodnie z okładem (bliżej zdaje się trzem tygodniom) i przez ten czas pobyczyliśmy się nieco, co oczywiście należało się nam za miesiące całe ciężkiej harówki i znoju za niskie pensje. Zapowiadałem szumnie, że będę zarastał glonami i wciągał zimne drinki. Zamiar zrealizowałem połowicznie – zarosłem poniekąd glonami. Jednak o drinkach ze względu na obecność małoletniej córy mogłem zapomnieć. Może to i lepiej? Nabąbanym będąc pewnie do dziś bym zarastał glonami gdzieś w okolicach dna Morza Śródziemnego. Picie i pływanie jakoś ze sobą nie idą w parze a pływania było całkiem sporo i w sympatycznych okolicznościach przyrody. Okej, nie ma co ubiegać faktów i czas na usystematyzowany opis co my tam właściwie robiliśmy.


Wyjazd

Dolot mieliśmy zorganizowany pięknie po prostu. Za to kocham cywilizację i jej zdobycze techniki o nazwie "samoloty". Spokojnie z rańca wpakowaliśmy się w taksówkę, przybyliśmy na lotnisko w Poznaniu, wsiedliśmy sobie do samolotu naszego krajowego przewoźnika i śmignęliśmy do Warszawy w niecałą godzinkę. Tam przesiadka błyskawiczna na samolot do Aten i po kolejnych dwóch godzinkach z okładem wylądowaliśmy w stolicy Grecji. Całość operacji, wraz z dojazdami na lotniska i z lotniska ateńskiego do mieszkania mojej ciotki trwała krócej niż podróż autobusem z Poznania do mojej macierzystej Jeleniej Góry. No ogień po prostu.


Ateny

Na miejscu spotkaliśmy się z da Majkiem, który siedział już z jakiś tydzień jak nie dłużej z dziadkami na miejscu i objeżdżał Grecję. Wylądował między innymi u mojej babci a u swojej prababci, której niestety nie miałem okazji zobaczyć a to ze względu na dosyć napięty plan zajęć choć przecież jakże leniwy. Ze dwa dni więcej i skoczyłbym na północ obadać, czy w wiosce mojej babki, szumnie zwanej Megalohori (tłum.: Wielka Wieś), jakieś zmiany nastąpiły. Staruszkowie orzekli, że zmiany nastąpiły i owszem – sąsiedztwo pobliskiego miasteczka Trikala (jak na warunki greckie całkiem sporego bo mającego coś koło 50 tysięcy mieszkańców) wyciska piętno na wsi i robią się knajpy co się zowie. Staruszek mój szczególnie był z nich zadowolony a testy Ouzo i ichniego młodego winka – ritsiny – w każdej wypadły pomyślnie :). Dziadek wie co dobre…

Da Majek nauczył się tam wciągać souvlakia. Tu mała dygresja – są dwa rodzaje souvlakia: kalamaki (na patyczku) i pita (w picie). Souvlaki powstaje z mięsa wieprzowego i nie ma takiego cudu jak gdzieś tu u nas w kraju oferowane souvlaki z mięsa kurzego. Taki gatunek owej boskiej potrawy nie istnieje po prostu. Ma być ze świni "i baksa" jak mawia Majka. No więc da Majek w wieku lat nieco ponad trzech uwielbia i zażera się owym specjałem w wersji na patyczku. Łapie kijek po obydwu końcach a później słychać już tylko mlaskanie i odgłos wyciskanej na mięcho cytryny. A bo to moja córka jest i wie, że grillowane mięsko najlepiej z cytrynką wciągać. Więc wciąga jak się patrzy kropiąc solidnie. Potrafi tego zeżreć ilości jak na nią potężne po prostu.

W Atenach przenocowaliśmy a dnia następnego przewaliliśmy bagaże do toreb nieco bardziej poręcznych i śmignęliśmy na wyspę Andros.


Andros

Kwiatki na wyspie Andros

To tu spędziliśmy większość naszych wakacji. Wyspa Andros to nie taka znów mała wysepka. To całkiem spory kawałek lądu, który cierpi jednak na jedną okrutną przypadłość: gdy zacznie tam dmuchać, to podnosi kamole z ziemi i przewraca budynki. Nie no, serio – nasze halne czy inne takie powinny się chować jeśli wierzyć w opowieści mieszkańców tej wyspy. Mieliśmy z trzy dosyć przykre dni, kiedy to wiatr nie pozwalał nam zwlec się nad morze a wyjście nieco poza dom kończyło się trzymaniem majtek, bo te wiatr ściągał z tyłka luzikiem. Jak nam wmawiali autochtoni – to dopiero były przymiarki do wiatrów, jakie potrafią tam wiać. W materiale zdjęciowym z Andros znajdziecie fotkę z takim solidnym pomnikiem jakiegoś marynarza. Marynarz został mocarnie do gruntu przytwierdzony bo kiedyś powiało i w cholerę te kilka ton przewróciło. Mamo…

Ogólnie jednak nie mamy co narzekać. Zostaliśmy godnie przyjęci przez moją ciotkę Christinę i jej męża Nikosa (greetz!). Kochani, kiedy piszę, że godnie, to właśnie tak było. Odwozili nas na plażę (mit domku nad morzem umarł – do morza jest jakieś pięć kilometrów zakrętasami w górach), z tejże plaży nas przywozili a o karmieniu mógłbym pisać dużo. W skrócie: dwa obiady dziennie – po powrocie z morza i wieczorkiem, w ramach obiadokolacji. Dieta w cholerę urozmaicona, w tym także zaliczyłem wypad do tawerny, w której podają kalmara z węgli i w całości (no prócz wnętrzności). Pyyyycha! Gdyby nie to całe pływanie papa CoSTa dawno by przekroczył swoje 90 kilo :)

Jak widać było bezstresowo (prócz tych dni wietrznych), miło i przyjemnie. Łapaliśmy brąz zachłannie a było to tym przyjemniejsze, że Andros w sumie nie jest jakąś turystyczną wyspą i tłumów przyjezdnych raczej się tam nie uświadczy. Wyspa robi za cel letnich ucieczek przed upałem dla Ateńczyków, dla których podróż dwie godziny promem to żadne przecież wyrzeczenie. I to się sprawdza! Kiedy byliśmy na wyspie, na Grecję zstąpił żar. 40-42 stopnie w cieniu w Atenach po prostu zabija. Na wysepce nawet żeśmy tego nie poczuli. Ot powiało nieco i już było miło i przyjemnie.

Prócz temperatury cieszyła nasze oko i ciała także plaża. Ludzi malutko (moja staruszka mówi, że we wrześniu można tam nago biegać bo nie ma nikogo), morze przecudne po prostu – czyste i zimne jak cholera ale do pływania idealne. Jako że całość zamknięta jest w sympatycznej zatoczce, fale małe albo i wcale ich nie ma, mimo iż w górach potrafi dmuchnąć w tym samym momencie solidnie. O tym, że miejsce jest urocze przekonaliśmy się będąc w Atenach i łapiąc wieczorami powietrze jak ryby bo parówa w mieście cholerna potrafiła się robić. A tam? A tam nad morzem względny spokój (no chyba że powiało naprawdę solidnie) a wieczorem w domku miło i przewiewnie. Fajowe miejsce o ile chce się nieco odpocząć. Więc korzystaliśmy z Dorophą ile wlezie.

Moje kobiety poczyniły w międzyczasie ogromne postępy w sztuce nie topienia się od razu a dopiero po przepłynięciu kilku metrów. Doropha zmieniała swój styl siekierkowy w dostojną żabkę a da Majek zwalczał wodne fobie. Obydwu szło doskonale. Doropha cała dumna robiła żabkowe nawroty a da Majek w takich dmuchanych ramiączkach nauczył się pływać zupełnie sam. Łba tylko nie mogę da Majkowi pod wodę wsadzić bo faktycznie w cholerę słone to morze i dzieciak drze się wniebogłosy gdy mu wody do oczu naleci.

Andros zaoferowało nam prócz morza także kilka innych atrakcji: stosunkowo niegroźny (choć groźnie wyglądający) pożar okolicy, miasteczko zwane Chora z internetem drogim jak jasna cholera i przepiękny widok na kompletnie łyse góry, które ponoć zielenieją z nastaniem jesieni a na wiosnę wyglądają wprost cudnie. Być może. W lecie są koloru szaro-burego i działają cuda w temacie "jak najszybciej zesłać na ciebie depresję". Kochajcie nasze zielenie!

wyspa Andros w Wikipedii
anglojęzyczny informator o Andros
zdjęcia z wyspy w galerii


Ateny

Po wyspie zlądowaliśmy w Atenach u ciotki Eleni. Nora ciotki ma tę wielką przewagę nad mieszkaniem Christiny, że wszędzie siedzi klimatyzacja, do centrum Aten dostać się można prosto i przyjemnie a okolica tętni życiem (oraz klaksonami, warkotem motorów z pozdejmowanymi tłumikami i takimi tam atrakcjami). Tam się czuje, że się mieszka w dużym mieście po prostu. O tak, mieszkanie w Atenach bardzo by mi pasowało. Nie wiem dlaczego, ale to jedno z najbrzydszych chyba miast w świecie ma jednak swój niepowtarzalny urok. Być może dlatego, że mimo całego tego krzątania i hałasu, wszędzie gdzie się człowiek nie obejrzy stoją stoliki, wygodne krzesełka i nic, tylko siąść, zapalić papierosa, zamówić kawę frappe i mieć wszystko w odwłoku. Strasznie mi tego w Poznaniu brakuje – możliwości posadzenia tyłka gdzie by się nie poszło. Tam po prostu w każdej chwili można wrzucić luz, siąść gdzieś ze znajomymi i wpieprzać fetę. Fajowe!

Muzeum narodowe w Atenach

Z HQ ciotkowego czyniliśmy wypady. Najpierw do muzeum narodowego ichniego. Kilka fotek z muzeum znajdziecie w galerii. Powiem krotko: zwiedzania na dwa dni i pewnie jeszcze trochę, gdyby chcieć się nieco w to wgłębić. Nam obejście muzeum zajęło nieco ponad trzy godziny i było to właśnie obejście bo ciężko w takich warunkach mówić o zaangażowanym oglądaniu. Trzy godziny łażenia non stop jednak męczą jak diabli :). Wyszliśmy obolali i w sumie średnio zadowoleni bo zamknęli nam skrzydło z imo najciekawszymi zbiorami: złotem, bibelotami i biżuterią. Oj, gdyby tam Doropha trafiła siedzielibyśmy pewnie do zamknięcia muzeum. Ale i to, co obejrzeliśmy, robi niezłe wrażenie. Mnie rozwalało to, że patrząc na jakąś rzeźbę miałem przed oczami produkt powstały setki lat przed Chrystusem a mimo swej wiekowości doskonały. Kilka fotek pokazuje chyba nieźle, jak ci starożytni kolesie radzili sobie z kamieniem i marmurem. Coś nieprawdopodobnego. Niestety większość fotek eksponatów umieszczonych w gablotach po prostu nie wyszła ("no flash please" :)) więc wrzucam to, co się ostało. A po gablotach siedziały cacka całkiem miłe dla oka…

Muzyka na żywo i w kolorze :)

Zrobiliśmy także wypad na Plakę, czyli taką starszą dzielnicę Aten mieszczącą się pod Akropolem. Obowiązkowa sprawa dla każdego turysty. Jako że Plakę mamy schodzoną, wylądowaliśmy w knajpie z bouzuki. Oj, tam miło spędziliśmy kilka chwil i żałowaliśmy, że zabraliśmy da Majka bo pewnie wrócilibyśmy w środku nocy. W galerii kilka fotek z tego wypadu także się znajdzie i krótki filmik z ładnie tańczącym facetem.

Będąc u Eleni nie mogliśmy nie wpaść do naszego znajomego – Georga (greetz!). W galerii znajdzie się kilka zdjęć z tego wypadu. W skrócie: koleś wziął i na dachu zrobił sobie… bar. Bar zwie się Tango Bar i serwuje prawie wszystko. Oczywiście to nie jest taki prawdziwy bar, przyjmujący klientów i zarabiający na tym kasę. To po prostu miejsce do miłego spędzenia wieczoru. Powiem tak: pomysł powala i zrobię sobie cos takiego w nowym mieszkaniu. Nie ma bata!

zdjęcia z muzeum narodowego
fotki i filmik z wypadu na Plakę
Tango Bar – foteczki z baru na dachu :)
wyskok na plażę w Kabouri w Atenach – part 1
wyskok na plażę w Kabouri w Atenach – part 2
luźne foteczki strzelane u Eleni


Odlot

Ot i całe nasze tak długo wyczekiwane wakacje. Owocne w doznania to one na pewno nie były ale i takich nie chcieliśmy. Po roku zasuwania w pracy jedyne, na co ja osobiście miałem ochotę to wyłożyć się gdzieś na plaży i mieć cały świat głęboko. Mission accomplished! Poleżałem, popływałem nieco, nażarłem się dobrych rzeczy i nabrałem energii na siedzenie przed kompem i psucie sobie oczu za kiepskie pieniądze. Nie wiem jak Doropha ale i ona wygląda na zadowoloną. Pewnie poszalałby sobie nieco bardziej ale ciężko z da Majkiem włóczyć się po knajpach, spać po biwakach i jeździć po całym kraju. Może kiedy Majka podrośnie nieco i będzie można ją na dłuższy czas wykopać w świat – wtedy będzie czas na włóczenie się i ekscesy :). Teraz miało być miło i przyjemnie i chyba tak było.

Powrót był w sumie bezproblemowy. Baliśmy się o Majkę bo tym razem godzinek wychodziło nam znacznie więcej (dłuższa przesiadka na lotnisku w Warszawie) ale mała dawała sobie doskonale radę. Wycyganiła od babci jakiegoś kucyka Pony i była cała szczęśliwa. Doropha nieco cierpiała w drodze powrotnej ale moja żona to jeden wielki podróżny nieużytek, który trzeba wpierw napakować tabletkami i obłożyć torebkami, zanim się toto wsadzi w jakiś środek komunikacji.

O tym, że wróciłem do naszego przaśnego polskiego piekiełka przekonała mnie Gazeta Wyborcza, wyskoki idioty Marcinkiewicza i… prusaki na lotnisku im. Chopina w Warszawie. A tak se robactwo łaziło po lodach w jednej z mieszczących się tam restauracyjek.

Wszędzie dobrze ale w domu, wśród swojskich prusaków – najlepiej :)

6 odpowiedzi do Wakacje w Grecji – raport

  1. RAFi Wrzesień 1, 2006 o 01:03 #

    Zajebisty taki wyjazd. =)

    p.s. Tą swoją córę to masz śliczną. Moją J. namawiam na jakieś małe kindermachen. Co bym obcymi dzieciaczkami zachwycać się nie musiał. =)

    A tak na marginesie, to przestańcie już ją tak krzywdzić i zróbcie jej braciszka, albo siostrzyczkę. Już czas wielki, co by różnica wiekowa zbyt duża nie była. :)

    • CoSTa Wrzesień 1, 2006 o 09:08 #

      ooo… rafi chce byc tatą? no i bardzo dobrze! frajda z tego niesamowita choć zasoby topnieją w tempie wręcz nieprawdopodobnym :)

      bardzo chcemy z dorophą drugiego brzdąca i właśnie jakoś tak mniej więcej teraz, coby dzieciaki nie dzieliła przepaść wiekowa. zobaczymy co z tego chcenia wyjdzie ;)

  2. ciotka's eleni Wrzesień 1, 2006 o 07:39 #

    Nic dodac, nic ujac. Raport bardzo pojemny a fotek sporo. Ja znowu wybieram sie na kilka dni do Anros, tym razem z babcia. Troche sie ochlodzilo po waszym wyjezdzie 20-30st ale da sie zyc.

    Bylam na plazy w Kawuri (przez w anie b) poznym wieczorem po zachodzie slonca. Ludzi malo, morze cieple i spokojne.Ogladam filmiki z Majka i smieje sie zwlaszcza tam gdzie tanczy z toba krecac pupka..

  3. Przem Kalicki Wrzesień 1, 2006 o 07:45 #

    Zazdrość ściska :-]

  4. Biter Wrzesień 1, 2006 o 08:31 #

    Swietny raporcik i ładne foteczki, zawsze miło pooglądac nieco egzotyki :)

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Aktualizacja albumu z tapetami

This is Not an Apple - przyjemna tapetkaW ramach odsuwania jak najdalej od siebie obowiązku wybierania i szperania oraz przygotowywania...

Zamknij