Menu serwera

Życie bez fajek – dzień szósty

To już tyle dni minęło??? Mamo jak ten czas zaiwania… Prawie tydzień minął od mojego dropnięcia fajurek i chyba czas najwyższy na jakieś podsumowania.

Chyba się udało! Do tej pory wytrzymywałem do magicznego trzeciego dnia, kiedy to dopadał mnie głód nikotyny i nie szło nic z tym zrobić tylko zafajczyć. Tym razem trzeci dzień minął w sumie ciężko ale jakoś przetrwałem. Tego trzeciego dnia popełniłem kilka fatalnych błędów, których być może jakaś inna rzucająca jaranie dusza może nie popełni w przyszłości, więc może je opiszę:

  • Głodu nikotynowego nie można wzmacniać za żadne skarby zwykłym głodem, takim co to z braku podręcznej kanapki się bierze :). Nie wolno i jeszcze raz – NIE WOLNO! Nie wiem jak u innych to wygląda ale ssanie miałem tak potężne (i na jedzenie, i na palenie), że fajka z kanapką wirowały mi w malignie przed oczyma. Efekt fajowy ale wolałbym, by był on skutkiem np. zjedzenia kartona a nie głodu za narkotykiem i kanapką. Takie haluny nie są fajne :)
  • Kawa to wspaniały napój ale NIGDY przy rzucaniu palenia. Najpierw dostajesz lekkiej drgawki, którą funduje ci ciało oznajmiając, że czas najwyższy na dawkę nikotyny. Z czasem drgawa rośnie, takoż i ciśnienie. Pokazują się nerwy. A co ja głupi na to? Bach! Kubek solidny kawy czarnej, smolistej, parzonej, aromatycznej, takiej jak lubię. To, co się później z łapami działo wolę pominąć milczeniem (a ciężko było mychę utrzymać nie mówiąc już o jakimś sensownym myśleniu). Kawa to był fatalny pomysł… Wychodząc z pracy czułem jak wszystko wewnątrz drży. Niefajne uczucie :/
  • Życie ratują miętusy i… przeziębienie! Palacze dobrze wiedzą, że papierosik przy katarze to niezbyt sympatyczna sprawa jest i miła. Pali się ale tylko by dostarczyć dawkę narkotyku do krwiobiegu. Przyjemności z tego żadnej. No i to właśnie bardzo pomaga przy rzucaniu palenia. Po prostu papieros nie smakuje i tyle. Wspomniane zaś miętusy dają zajęcie pyskowi, robią na moment błogą atmosferę w okolicach spragnionych dymu dziąseł i w ogóle jest to wynalazek fenomenalny. W moim przypadku sprawdziły się niezbyt mocne, solidnie słodkie miętuski z Goplany. Kilka paczek nie wykręca twarzy a może spokojnie służyć cały dzień za podręczne coś do ssania.

Trzymam się i mam wrażenie, że teraz to już z górki. Owszem wieczorkiem czasem najdzie ochota na papierosa ale tu poczyniłem pewną obserwację głęboką: otóż palenie to raczej kwestia przyzwyczajenia. Serio! Masz jakieś momenty dnia, w których regularnie puszczasz dyma i związane jest to z czymś przyjemnym? No to pewnego dnia spróbuj nie puścić – zarżnąć się idzie a i tak ciało samo wykonuje doskonale wyuczone gesty :). Ja tak miałem i w sumie jeszcze mam przy wychodzeniu z pracy. Po prostu to był ten moment, gdy przy zerze stresów, przy poczuciu luzu i przyjemności wynikającej ze skończenia kolejnego pracowitego dnia – moment., w którym wyciągałem papierosa i z niekłamaną przyjemnością sobie go zapalałem. Cielsko tak przywykło do tego mementu, że zaraz za bramą fabryki plecak sam mi się ściąga z pleców, łapa sama ląduje w odpowiedniej kieszonce i szuka paczki i zapalniczki. Coś niesamowitego – mam to ciągle i nie chce minąć. Po prostu przy wyjściu z roboty następuje kryzys :)

Ale ogólnie nie jest źle a będzie jeszcze lepiej. Niestety łaknienie się mnie włączyło i robię zdecydowanie niezdrową rzecz – na wysokości pierwszej w nocy po prostu demoluję lodówkę. Bęben już mi od tego wydatnie się zwiększył ale póki co nie znalazłem na tę przypadłość patentu. Kolację i owszem żrę jak należy ale w środku nocy dopada nagle CHĘĆ i nie ma na to mocnych. Albo fajka, albo żarcie. W sumie tak mi przyszło do głowy, że trzeba tę całą energię chcenia skanalizować i skupić na Dorophie. Tylko czy żona o pierwszej/drugiej w nocy mnie nie zabije za to całe chcenie? Zobaczymy :)

7 odpowiedzi do Życie bez fajek – dzień szósty

  1. Przem Kalicki Wrzesień 22, 2006 o 09:15 #

    Spróbuj Montignac’a, a problem wilczego głodu zniknie. Tylko faktycznie, trzeba byc niezłym twardzielem, żeby dwie duże zmiany wprowadzać jednocześnie :D

  2. Hadret Wrzesień 22, 2006 o 09:36 #

    No i super, 3mam kciuki za dalsze po(d)stępy (:

  3. Brzoza Wrzesień 22, 2006 o 14:52 #

    Co do bębna, to podsumowanie mojego stanu jest następujące:

    przed rzuceniem fajek było 71kg,

    dotarłem do 91 kg,

    teraz waga spada (POWOLI) i kręcę się w okolicy 85 :(

    Ale tak czy inaczej – to 3mam kciuki za Ciebie brachu:)

  4. ten typ maz Wrzesień 22, 2006 o 20:24 #

    A ja tak z ciekawości zapytam, bo intryguje. Po ile fajek dziennie sięgałeś i przez jaki okres paliłeś ?

    Tylko proszę z ręką na sercu… może mnie zmobilizujesz i zaczne – po raz kolejny – rozmyślać nad porzuceniem tego nałogu ;)

    Pochwal się, zrób na mnie wrażenie ;)

    • CoSTa Wrzesień 23, 2006 o 07:56 #

      maz, strasznie źle trafiłeś jeśli sądzisz, że ktoś tu chce komuś imponować. ale z ręką na sercu oczywiście jak najbardziej mogę powiedzieć, to żaden wstyd przecież.

      paczka dziennie od mniej więcej 18-go, 19-go roku życia. a to coś koło 4400 dni * mniej więcej 6 złociszy to daje nam ładną sumkę 26280 złotych polskich. cholera, jakiś tańszy samochód przepaliłem :)

  5. jacca Wrzesień 23, 2006 o 07:14 #

    kawa to był jeden problem przy moim rzucaniu, drugim o wiele większym okazało się piwo i właśnie niestety przy nim poległem :/

  6. wula brzezińska Listopad 15, 2015 o 22:04 #

    Kostuniu synku trzymam za ciebie wszystko co jest możliwe do trzymania

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Interes szlag trafił :/

I po jabłkach :/A miało być tak pięknie... Za jakieś 5-6 latek takie coś miało wystartować we Wrocławiu, później miało...

Zamknij