Menu serwera

Słucham… 2006.11.29

Dziś wyjątkowo mało tytułów. A to z jednego, prozaicznego powodu – jeden z nich po prostu rządzi i leciała mi dziś płytka w robocie praktycznie non stop. O tak, czasem jak się dossam to nie mogę się odessać i potrafi mi się taka pętelka kręcić dzień albo i dwa, zanim się znudzi. Dobra, czas na albumiki (plus mały bonusik do pobrania :)).

OST – The Legend Of Zelda Twilight Princess
Kciuk w dół. W .nfo piszą, że to oficjalny soundtrack z gry. Okej, niejeden już słyszałem i dźwięki są jak najbardziej w porządku. Problem w tym, że albo ripperzy dali tyłka, albo ktoś tam sobie w kulki leci i z ludzi chce zrobić idiotów. Sześć utworów, jakieś 15 minut wszystkiego. Oto cały OST z Zeldy. Doprawdy, to jakiś niesmaczny żart chyba… Muzyki się nie czepiam bo trzyma poziom i jest jak należy, przynajmniej te 15 minut, które zaprezentowano. Liczę na to, że wyjdzie jakiś OST w stylu tych z Final Fantasy – płytka lub dwie wypełniona po brzegi znanymi z gry kompozycjami. Bo Zelda także od strony muzyki przecież zasłużoną markę ma…

Santana – Santana And Friends
Kciuk mega w górę! Z Santaną mam tylko jeden problem: chłop próbuje być nowoczesny i robi ostatnimi czasy kawałki, które owszem i się sprzedają ale ni cholery nie pokazują pazura, który Santana ma i to wielkości solidnego szponu. Taaak, do jego dokonań sprzed lat się odwołuję i do tej muzyki, za którą miłośnicy dobrej gitary połączonej z latynoskim temperamentem tak go kochają. Kochani, to trzypłytowe wydawnictwo jest wycieczką w czasy Santany sprzed epoki miksów. Jest po prostu cudnie… Wszystko, co znacie, w wersjach długich, pełnych solówkowych zawiłości i ozdobników wbijających w jakiś trans – wręcz znaku firmowego Santany. Sporo tu bootlegów, które miejscami ocierają się wręcz o geniusz i można im wiele wybaczyć, nawet średnią jakość dźwięku. Nie jestem jakimś wielkim fanem Santany ale standardy i owszem znam, co ważniejsze dokonania tego człowieka takoż nie są mi obce i powiadam wam – tu „się dzieje”! Są i utwory nowsze ale królują stare, dobrze znane, w bootlegowym – miejscami wręcz w brawurowym – wykonaniu. Cudnie się tego słucha, fenomenalnie się przy tym pracuje a wolę nawet nie wiedzieć jak przy tym się imprezuje. Czy polecam? Ludzie, to trzeba mieć o ile lubi się Santanę i tę nieco specyficzną, jego własną muzykę.

VA – Songlines – Top Of The World Vol 40
Kciuk w górę. Bardzo, bardzo dobra składanka z muzyką etniczną i folk. A tak, lubię bardzo a już szczególnie dobre brzmienia z północy i południa naszego kontynentu. Bliski Wschód też cenię. Chińskie i japońskie rzępolenia są mi nieco zbyt kulturowo obce aczkolwiek nie raz i tych się słuchało. To, co mamy tutaj, to po prostu bardzo fajnie dobrany materiał z różnych części świata ze wskazaniem na Bliski Wschód właśnie i nieco Afryki w tym wszystkim jeszcze się mota. Słucha się tego doskonale, nawet przy kawałku z solidnymi riffami gitarowymi i wręcz metalowym feelingiem. Tak, jest i taki. Bo to nie jest folk sensu stricte. To – powiedzmy – muzyka inspirowana folkiem ale jak najbardziej współczesna. Niezłe pojęcie o tym, co siedzi w środku da może ta mała próbka:
Oumou Sangare – Saa Magni

I to wszystko. Poleciały jeszcze dwa single ale nie warte wzmianki… No cóż, jutro powinno być obficiej, mam zamiar oderwać się od Santany :).

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Faceci vs. Kobiety

Jestem z krwi i kości facetem. Takim typowym do bólu, przeciętnym kolesiem z nadwagą, wyrazistymi poglądami politycznymi, konsolą, komputerkiem i...

Zamknij