A więc jednak w Hollywood potrafią kręcić filmy kopane. Mało tego, robią to z werwą, przytupem i doskonałym wyczuciem naszego, męskiego, szowinistycznego oglądu świata. Powiem więcej — nareszcie przeniesienie konsolowej gry na ekran, które nie powoduje odruchów wymiotnych. Ba! Ten film wywołuje reakcje wręcz przeciwne — częste oblizywanie się, jakiś taki niepokój wewnętrzny i przykucie do monitora bardzo uważne, aby tylko nie uronić ani odrobiny… eee… scenografii :)
Pokrótce bo nie ma sensu się rozpisywać: głupi filmik oparty na niezgorszej bijatyce, zrealizowany w konwencji gry wideo, samowciągalny za sprawą ślicznościowych lasek, bardzo dobrej choreografii walk i niezłych zdjęć. Idealna pozycja dla zmęczonych pracą ojców rodzin szukających wymówki by zamiast się odchudzać, wciągnąć paczuszkę czipsów i popić colą. W żadnym razie nie uważam czasu spędzonego z tym filmem za stracony. Zabawa może nie najwyższych lotów ale oglądanie okładających się półnagich lasek ma w sobie moc relaksującą. Come on panowie, kto pozostanie twardym (nooo… lepiej chyba powiedzieć „miękkim” :)) w obliczu czegoś takiego:
Jako się rzekło — doskonałe ujęcia :)
DOA: Dead or Alive to sympatyczna, bezkrwawa, robiona z przymrużeniem oka i sporą dawką półnagich a zgrabnych panienek wariacja na temat gry. Wyszła imo doskonale, tak jak powinny wychodzić tego typu wariacje. Za to, za ogromną bezpretensjonalność i dużą dawkę pozytywnych (i półnagich a zgrabnych ;)) emocji — dzięki wam, o twórcy!
Ocena w skali 1–10: 7
DOA: Dead or Alive
Obsada:
Jaime Pressly … Tina Armstrong
Holly Valance … Christie Allen
Sarah Carter … Helena Douglas
Devon Aoki … Kasumi
Natassia Malthe … Ayane
Eric Roberts … Donovan (o dziwo Eric jeszcze jakoś ciągnie :))








Bez komentarza (tylko nabijam statystyki) :)
Ok, będzie komentarz.
Za tę dawkę tekstu subtelnie podszytą niezdrowym erotymem powinieneś zmówić 10 zdrowasiek, znowu przez Ciebie nie będę mógł spać…
Oh, yeah! Ujęcia faktycznie są świetne! ;D
Rozglądam się właśnie za jakąś dobrą komedią na Święta, żeby nie musieć tysięczny raz oglądać Kevina samego w domu ;]
ta scena to chyba najlepszy kawalek z calego filmu. bo poza tym to malo co ciekawego tam sie dzieje. ogladajac zdarzalo mi sie przysnac. czesto.
film glupi jak nie wiadomo co. nie wiem czego zadna adaptacja gry komputerowej/konsolowej sie nigdy nie udala.
jak dla mnie trudno sie przy tym relaksowac. a moze jestem zepsuty przez zbyt duzo kina azjatyckiego :]