Menu serwera

Słucham… 2006.12.19

Dziś obrażam się na rock progresywny i robię klakę ambientom :). Nie no, serio – coś się w muzyce rockowej z gatunku tych ambitniejszych złego dzieje. Dobry rock jest robiony ale znaleźć takie zwierzę ciężko jakoś ostatnimi czasy. W ręce wpadają mi płotki, jakiś drobiazg piłujący swoje gitary bez ładu i składu. Cóż, trzeba czekać na kolejny album pana Phideaux a w międzyczasie męczyć się z tym, co jest. No chyba że ktoś ostatnio słyszał jakieś dobre, rockowe granie – chętnie sugestię przyjmę. A dziś gitary przepadły ale za to zarządziła elektronika!

Frank Carlier – Americana 101
Kciuk w dół. Wziąłem tylko z jednego powodu: przekonać się chciałem, czy moja wrażliwość kompletnie stępiała i czy uodporniłem się na country. Jest dobrze! Wymiękłem na wysokości trzeciego kawałka :). Nie no, serio – country to jeden z tych styli grania, których nigdy nie zrozumiem. Kick z twardego i ban na country na kilka najbliższych lat. Później eksperyment się powtórzy i się zobaczy.

Graham Reynolds – A Scanner Darkly OST
Kciuk w górę. Filmu kompletnie nie kojarzę, więc pewnie nie oglądałem. Upewniam się w tym mniemaniu z każdą kolejną chwilą tego OSTa, który po prostu jest doskonałym i lekko chorym kawałkiem muzy. Co prawda nie sądzę, by w kwestii chorych OSTów ktoś niebawem miał przebić Kronos Quartet z ich ścieżką do „Requiem dla snu” ale Reynolds robi całkiem ciekawe wypady w dosyć schizowe klimaty. Słucha się fajnie, wręcz świetnie, nie mam pojęcia zaś jak się ogląda. Pamiętałbym film z taką ścieżką, więc pewnie nie oglądałem.

Jordan Rudess – Prime Cuts
Kciuk w dół. Strasznie się na ten album napaliłem. Nie to, żebym coś o wykonawcy wcześniej słyszał czy żebym jakieś single wciągał. Nic z tych rzeczy. Po prostu ripper jako genre wklepał pracowicie progressive rock i aż mnie zelektryzowało gdy to zobaczyłem. Jakoś rock progresywny dobrze mi się kojarzy bo jak do tej pory znakomita większość tak określanych dokonań przypadła mi do gustu. Ale nie ta płyta niestety. Pozornie wszystko z nią jest w porządku i miejscami mogłaby wręcz stanowić modelowy przykład rocka progresywnego. Problem w tym, że tylko miejscami. Problem też w tym, że mister Rudess przegiął w swoich kompozycjach miejscami. Płyta czasami po prostu jest siermiężna, instrumenty grające wspólnie są źle dobrane, nie brzmi to harmonicznie, dostajemy dużą dozę hałasu (z tym nie mam problemu) ale hałasu robionego bez sensu (z tym już mam problem). Nie da się tego krążka interpretować. Nie da się jakoś do niego podejść. Już kawałek otwierający jest problemem a dalej bywa gorzej. Nie przekonuje mnie ta płyta, choć pewnie może się podobać. Jest przekombinowana, gatunkowo zbyt wymieszana i niejednorodna, zmian jest sporo ale przekroczono granicę smaku w ich stosowaniu i ilości. Sorry, to nie dla mnie.

Tasavallan Presidentti – Six Complete
Kciuk w dół. I kolejny ponoć progresywny rock. Ktoś tam dziwnie te płytki opisuje. Tu bluesem jedzie równo, choć tą odmianą bluesa, której nie lubię – podchodzącą pod rock właśnie. Płyta strasznie rozpieprzona muzycznie – nawet w swych odejściach w inne gatunki (jazzem też często jedzie) robi to średnio poradnie i dostajemy brzydką plamę o smaku i konsystencji kaszanki na i tak niezbyt ładnym tle. Gdy dorzucić do tego niewyjściowy wokal, który po prostu męczy… Są miejsca fajne, nie przeczę. Ale to tylko wysepki w ogólnej powodzi nieładu i braku konsekwencji, która nawet w takich z pozoru „pojechanych” gatunkach jak rock progresywny, jest po prostu potrzebna.

VA – Ultimate 16 Rock And Roll 80s
Kciuk w dół. To był zły wieczór na ssanie :/. Oto typowa składanka obliczona na kupienie ze względu na trzy dobre, rozpoznawalne, hitowe kawałki. Reszta to licencje najtańsze z możliwych i 40-50 minut zapychania dziur pomiędzy hiciorami. Szkoda czasu, o pieniądzach nie wspominając. Nie cierpię takich wydawnictw.

VA – Moscow – The Sex The City The Music
Kciuk w poziomie. Powiem tak: czegoś tak nierównego to nie słyszałem już od wieków. Połowy płyty (tej pierwszej) nie da się po prostu słuchać. Niby to lo-fi a zaczyna się beatem solidnym i typową klubówką. Potem mamy kawałek numer dwa, który ogólnie brzmi nieźle ale kładzie go wokal. Nie dlatego, że babeczka śpiewa po rosyjsku (fajnie to brzmi :)) ale dlatego, że melodyjkę, którą ma wyśpiewać, ułożył ktoś chcący koniecznie zmęczyć słuchacza. Później nastaje utworek numer trzy i każdy, kto będzie miał tę płytkę na uszach, zrozumie o czym ja tu piszę. Czegoś tak kompletnie od czapy, tak beznadziejnego, tak niepotrzebnego to ja już dawno nie słyszałem. Za cezurę można przyjąć kawałek numer 6, który jest dobry a później jest już tylko lepiej. Ktoś mi wytłumaczy sens robienia takich składanek? Ni cholery nic z tego nie rozumiem. Kciuk w poziomie bo ta druga część płyty jest autentycznie dobra.

VA – Best of The Best Vol. 1
Kciuk w górę. Kolejna wiązanka :) ale tym razem już zrobiona z rozmachem i profesjonalnie. Składał to ktoś, kto się zna na składaniu takich płytek. To teoretycznie składanka najlepszych kawałków wszechczasów i oczywiście taką nigdy nie będzie :). Ale robi co może i sporo tu jest muzyczek, które znacie, słyszeliście, uznaliście za hiciory. Jako że to Volume 1 to i sięgają twórcy składanki do historii i słyszymy sporo utworków z zamierzchłych czasów. Wybrano te, które przetrwały próbę czasu i podobają się do dziś. I poukładano to doskonale. Składanka ma swój flow i kompletnie nie razi ułożenie Eurythmics zaraz obok Mr. Mister. Niezłe kombo ale na tej płytce doskonale się broni. Fajne, przydatne, dużo hiciorów…

VA – Light Aromas
Kciuk w górę. Przesmaczna składanka wypełniona ambientem po brzegi i to ambientem najwyższych lotów. Bardzo, bardzo smakowity kąsek napakowany smakołykami po gardłodziurki. Płyta bardziej w tonacji chilloutowej ale dająca sporo satysfakcji bo pozwala nie tylko na wyciszenie się ale i na uczestniczenie w muzyce. Bardzo to rzadkie ale bywają takie płyty, przy których chcesz zamknąć oczy a przy okazji coś koniecznie musisz zrobić – popływać w przestrzeni, pofikać koziołki w kosmosie… Brzmi głupio ale czasem łapię się na takim aktywno-luźnym odbiorze muzyki. Chłonie się wtedy każdy takt i czynnie uczestniczy w słuchaniu. Fajowe :). Tutaj jest tego na pęczki. No i kończy całość przepiękna kompozycja Saafi Brothers, która w naturalny sposób stawia przysłowiową kropkę nad i. Bomba! Polecam!

Va – East Volume Ginger – By Ping
Kciuk w górę. Składanki i miksy lo-fi są różne i łatwo tu popaść w banał. Wie to chyba każdy, któremu udało się przesłuchać kilka składanek/miksów lo-fi nie rzucając w końcu nimi lub ich nie kasując :). W całym tym sporcie chodzi o to, by zrobić muzykę/miks, który niekoniecznie ma czemuś służyć a który ma przede wszystkim nie przeszkadzać, przy okazji także ma być tę muzykę/miks słychać. To ciężkie wbrew pozorom zadanie, o czym świadczy ilość skillowanych przeze mnie takich właśnie składanek :). Ta jest pod tym względem niemal perfekcyjna – niemal pozwala poczuć, co to znaczy dobry miks lo-fi. Wielkie, wielkie brawa dla miksera bo dobrał materiał bardzo dobrze a później zrobił z tego małe, taneczno-luzujące cacko. Świetny materiał na mniej intensywne imprezy ale i na tło w robocie. Warto!

2 odpowiedź do Słucham… 2006.12.19

  1. RevPeter Grudzień 19, 2006 o 16:45 #

    [url=http://www.filmweb.pl/Film?id=121935]A scanner darkly[/url] – „Przez ciemne zwierciadło” dobry film. W dalszym ciągu polecam wszelkie kompilacje z GITS, ale najlepiej Be Human, który jest jak na razie jedynym krążkiem, który ostatnio słucham w SEw800i.

  2. mlx Grudzień 19, 2006 o 20:57 #

    a scanner darkly

    gdybyś obejrzał choćby 1/2 minuty film byś pamiętał

    nie za wiele robi się filmów tą techniką :)

    http://www.imdb.com/title/tt0405296/

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Spadamy na święta do Jeleniej

Babcia Wula przybyła a da Majkowi polepszyło się chyba na tyle, że da rady jutro ruszyć w samochodową podróż do...

Zamknij