O pierwszej w nocy, przed komputerem, z wyjącym za oknem wiatrem, z solidnym ambientem puszczonym w tle, z przygaszonymi światłami i jarzącym się tylko kineskopem monitora — z tym wszystkim perspektywa patrzenia na świat jest nieco inna. Kontemplacyjna chyba bardziej, skłaniająca do uogólnień, wyciągania wniosków, tworzenia syntez. I coś takie właśnie mnie przed chwilą uderzyło:
Klikowiejemy
Powoli stajemy się końcówkami elektronicznych cudeniek, które stworzyliśmy. Elektroniczne cudeńka już nie obsługują nas — jak to było zamierzone — ale to my obsługujemy owe cudeńka. Karmimy je naszym bezcennym czasem, naszym życiem, najwartościowszą rzeczą, jaką dysponujemy — swoim istnieniem. Siedzę i robię w tej chwili coś, czego zazwyczaj staram się unikać. Oto bowiem zacząłem sobie surfować po necie, skakać ze stronki na stronkę, śledzić linki, brnąć gdzieś głębiej niczego nie szukając ale ciągle coś znajdując. Tu klik, tam klik, tu news, tam obrazek, tam coś wesołego… Na bezsensownej obsłudze swojego komputera w szperaniu po w większości bezsensownej zawartości kilkudziesięciu stron, które odwiedziłem, straciłem jakieś dwie godziny mojego życia. Szast prast i minęło. A mogłem w tym czasie robić rzeczy daleko bardziej twórcze, mogłem jakoś spożytkować sensownie czas, jaki mi został dany.
Najbardziej w tym wszystkim zirytowało mnie klikanie solidnie słyszalne w pustym pokoju. Klik, klik, klik — klikowieję. Staję się końcówką obsługującą przeglądarkę internetową. Mam w zasięgu swoich kliknięć cały świat ale co z tego, skoro nie mogę go dotknąć, posmakować, poczuć, doświadczyć. Mogę widzieć, czasem mogę i posłuchać ale pozostałe zmysły nikną, jak każdy nieużywany organ — zanikają. Natura jest bezlitosna ze swą brzytwą Ockhama…
Już wiem, dlaczego jestem zawsze dwa kroki za peletonem i zazwyczaj dowiaduję się poniewczasie o rzeczach, o których inni zdążyli już zapomnieć. Już wiem, dlaczego nie pociągają mnie te wszystkie wykopy i inne linkownie. Ja po prostu nie lubię łazić po tym całym internecie. Nudzi mnie to i nuży bo niczemu konstruktywnemu nie służy a 90% treści umieszczonych w sieci to bełkot czystej wody i marnowanie cudzego czasu. Jestem autentycznie pod wrażeniem tych dwóch godzin spędzonych na zabijaniu czasu — mojego, cennego, nieodwracalnie traconego.
Apage!








Celna uwaga. I co zamierzasz z tym zrobić?
„things you own end up owning you”
coraz bardziej prawdziwe.
Oj, facet, zdecydowanie nie powinieneś siedzieć do późna :)
Bronię się przed tym książkami. (Ksiażkami nie e-bookami).
Wiele w tym niestety prawdy…Moje pokolenie zdazylo jeszcze zyc bez komputera a nawet troche i bez tv, co uwazam ze niczego nam z prawdziwego zycia nie ujelo, wrecz przeciwnie.
Twoje pokolenie zachlysnelo sie ta zabawka, ktora ma soje dobre ale tez i bardzo zle strony. Obawiam sie ze z nastepnym pokoleniem moze byc jeszcze gorzej, bo zaczyna klikanie w jeszcze mlodszym wieku niz wy, ze nie wspomne z jaka duma pisales o pierwszych probach Majki.
jak zauważyła cioteczka, jesteśmy pokoleniem ZAFASCYNOWANYM. spokojnie. to się wypali, spowszednieje, jak fascynacja telewizją… zresztą musisz pamiętać costa, że to co opisałeś to TWOJA perspektywa. za Twoimi plecami żyją ludzie dla których komputer nie różni się niczym od telewizora :)
Niestety — inaczej to oceniam: to nie jest chwilowa moda, ani tymczasowy trend. To trwała tendencja. Ale tym bardziej warto czasami zwyczajnie w czasie urlopu lub jakiegoś weekendu nie włączać kompa.
To pomaga. Nadaje inną perspektywę. Polecam :)
O 1 w nocy zrobic cos tworczego? ciekawe co? (nastepne potomstwo juz jest ;-) )
Zeszle pokolenia tez slyszaly gderanie jak do 1 w nocy zarywaly sie nad ciekawa ksiazka :-> I tez bylo ‘o ta mlodziez’, za naszych czasow itd.
A ty costa starzejesz sie jak sam na siebie zrzedzisz, albo ta dupiata pogoda za oknem lekko ci na umysl wplynela.
Masz sporo racji, CoSTa. Sam po sobie widzę, jak czasochłonne jest klikanie, jak mało ze sobą przynosi, a jak wiele pożera. Raz na jakiś czas mam Wielki Plan Uratowania Się Przed Klikaniem, ale dość szybko się okazuje, że nie potrafię oprzeć się tym wszystkim RSS-om, newsom, wpisom pt. „Kogo dziś blogosfera wzięła na buty”, „Co na YouTube jest modne” itd. A przecież większość informacji zapominam na drugi dzień, zresztą spora jej część jest zwyczajnie nieistotna (najwyżej odrobinę zabawna).
Jednak moją uwagę szczególnie zwróciło podkreślenie bezsensowności chodzenia od strony do strony. To jest właśnie przekleństwo Internetu — wystarczy jedna strona i brak samokontroli, by zeszła lawina. Był sobie gdzieś jakiś ciekawy artykuł, a za nim poszła masa linków. I tak z lektury kilku akapitów zrobiło się czytania i oglądania na godzinę.
Dlatego Internet uważam za znacznie niebezpieczniejszy od telewizji, o książkach nie wspominając.
Czas znów spróbować z tym całym uzależnieniem zawalczyć, bo mam wrażenie, że ostatnio większość czasu przeznaczonego na surfowanie to było przeglądanie dla samego przeglądania. A jest tyle zaległości na uczelni do nadrobienia…
Ano naszła mnie podob na refleksja i daltego zrobiłem OFF!
a wiecie co w tym wszystkim jest najzabawniejszego? ja autentycznie po raz pierwszy chyba w życiu zacząłem „surfować”, znaczy skakać ze stronki na stronkę bez większego celu, ot „bo tak”.
no i się przekonałem, że doskonale robię na codzień, omijając surfowanie łukiem szerokim.
Pozwolę sobie dodać manualnego tracbacka do mojego wpisu zahaczającego o ten prezentowany tutaj:
Wyczytany
Mam nadzieję, że wolno? :D
Hehehe widzę, ze zjadło likna :) Widać zabezpieczenia antyspamowe — trudno :D