Takiej muzyki już dawno nie słyszałem. Obijam się od alternatywy, do alternatywy, od elektroniki lotów wysokich, do elektroniki przaśnej niczym nasza polska rzeczywistość. Zanurzam się często w ambienty i wypływam w brudzie i syfie kompletnie popieprzonej jakiejśtam odmiany noise. Macam się z różną muzyką, kopię się z muzyczna materią, walczę z rzeczami trudnymi i mimo uszu puszczam rzeczy głupie i naiwne, na które życia szkoda. Jednak zawsze, absolutnie zawsze staram się wsłuchać głęboko w rzeczy ambitne lub tworzone z pasją. Niezależnie od ich jakości. Może to być totalna amatorka ale jeśli wyciska łzy, powoduje szybszy ruch krwi lub po prostu nie może ani na chwile odejść — jestem takiej muzyce sprzedany.
Tym razem sprzedałem się grupie Mammatus i ich albumowi pod tytułem takoż Mammatus. Co to jest? A jest to proszę Państwa muzyka, którą trudno chwycić na raz. Trzeba do albumu podchodzić tych razy kilka i za każdym coś innego do skóry przylgnie. Najpierw, w nieco pospiesznym słuchaniu w pracy, zabrzmieli mi jak Sonic Youth w wydaniu nieco bardziej hardcorowym. No, rekomendacja niezła ale nie odpowiada w pełni prawdzie. Sonic gra swoją muzykę a Mammatus swoją i słychać to bardzo wyraźnie, gdy się albumu posłucha po raz drugi i uważniej nieco. Znaleźć można wtedy coś z głębokiego garażu, jakieś takie dudniące dźwięki i surowość pseudoamatorskiego rzępolenia na gitarze. Ale to wszystko to tylko kamuflaż czegoś dziejącego się jeszcze głębiej, jeszcze mocniej i jeszcze dotkliwiej gdzieś tam hen w odmętach muzyki serwowanej przez Mammatus. To coś w środku pulsuje, żyje, krzyczy, rozpacza, woła i chce być zauważone. Na boga! Ta muzyka żyje swoją surowością, brakiem ornamentów i ozdobników, bolesnością wręcz doznań oraz rozrywającym nerwy wokalem.
Rzecz kompletnie niekomercyjna, absolutnie nie przystająca do czasów radiowych trzech i pół minuty trwania utworu z długim fade out na jingiel. To pełnowymiarowa rockowa psychodelia z najgłębszych tradycji najlepszego okresu muzyki rockowej. Tyle, że zagrana współcześnie, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Raptem cztery utwory tworzą cały album a ja podrzucam do przesłuchania jeden tylko i to ten najkrótszy oraz najspokojniejszy. Dzieło wieńczy ponad dwadzieścia minut skoordynowanego akustycznego ataku porażającego intensywnością, głębokością, wieloznacznością, wspomnianą surowością i wycyzelowaniem ostatniego szczegółu.
Bez najmniejszej rozterki przyznaję bodajże trzecią dziesiątkę w „dziejach” moich pseudorecenzji muzycznych. Rzecz od dawna przeze mnie oczekiwana, reinkarnacja najlepszych tradycji rocka na miarę dwudziestego pierwszego wieku, doskonała w każdym calu. Surowo piękna, ujmująca tragizmem brzmienia i liryczna dźwiękiem gitary przesterowanej do absurdu. Nie znajduję słów by opisać, jak wspaniałym nabytkiem jest ten album w mojej kolekcji. Teraz muszę tylko drania kupić bo wart jest swoich pieniędzy w każdej sekundzie trwania.
Ocena w skali 1–10: 10
The Outer Rim (pobierz utwór) — próbka możliwości grupy
strona grupy w myspace.com








Kurka, już nie mogę się doczekać aż utwór skończy się ściągać. A podejrzewam, że jest na co czekać…
Ehm, damy im szansę ;)
Czy mi sie zdaje czy z tego Savefile sie sciaga co najwyzej zalosnie?
Gdzies czytalem o jakims nowym serwisie i to chyba nawet po polsku co oferuje pozadny transfer, wielkosc pliku i bez limitu (przynajmniej na razie) ale teraz go nie moge znalezc…