Menu serwera

Słucham… 2007.01.04

Chlip… Targi za pasem… Chlip… To znaczy tylko jedno – podli kapitaliści wyzyskują papę CoSTę fizycznie, psychicznie i szkoda, że nie seksualnie (znaczy ci żeńscy)… Chlip… Budma nadciąga… Chlip… Po dwanaście godzin w robocie, i tak do końca stycznia. A później też pewnie coś wymyślą. No ni, to przynajmniej doskonałe warunki do słuchania muzyki :). Dziś jedno objawienie ale ogólnie tendencje raczej na „nie”. Ot chyba się starzeję :)

Archetribe – Waterworks
Wszystko w górę! Przecudnej urody, świetne, fenomenalne wydawnictwo! Ambient w swojej maksymalnej formie – jeden z najlepszych ambientowych albumów, jakie miałem okazję słuchać a słuchałem tego sporo, oj sporo. Materiał podzielony jest na dwie płyty: pierwsza to pulsujące, etniczne miejscami i bardzo mocno patrzące na wschód rytmy, zaś druga to kompletnie odmienne podejście do ambientu od tego, zaprezentowanego na płycie pierwszej – pełne przestrzeni, długie, żyjące, oddychające i otaczające z każdej strony dźwięki, swobodnie przelewające się po kanałach, pozostające gdzieś u podstawy czaszki, tworzące niezapomniany nastrój. Nie wiem jak opisać to wydawnictwo, po prostu nie mam pojęcia jakich epitetów użyć, by pochwalić te dwie płyty przepełnione dźwiękiem. Bezapelacyjny download tygodnia a może i miesiąca. Rzecz z miejsca poleciała do ulubionych i na długo tam pozostanie, oj na długo. Przepiękna sprawa. Chyba sprowadzę z Amazona bo już dawno nie byłem pod takim wrażeniem muzyki. Rewelacja w czystej postaci. WARTO!
nieco więcej informacji

250KG Kärlek – Det Bästa Med Bävern
Kciuk w dół. Jakieś nordyckie pierdoły robione dla śmiechu zdaje się bo nie sądzę, by kolesie śpiewali tam o rzeczach poważnych. Folk-rock na żenująco niskim poziomie. Aranżacje utworów to jakaś pomyłka ewentualnie zgrywa ale nawet jeśli, nie brzmi to ani przez chwilę zabawnie za to bardzo nieporadnie. Cokolwiek to jest – jest kiepskie. Kick.

Article One – Article One
Kciuk w dół. Jeden z setek jeśli nie tysięcy zespolików grających poprock. Ot akurat taki na koncerty, by laseczki nieco popiszczały i by ogólnie było fajnie. Wtórne do bólu, przewidywalne, niezłe instrumentarium, średni wokal, fajne wstawki lekko folkujące, pełno takich zespolików w radiach grających coś innego niż Kukulską. Szkoda czasu.

Can – Future Days
Kciuk w górę. YYYES! Kolejny dobry dziś album. W sumie nie dziwi mnie to zbytnio – rzecz z lat 70-tych, odrestaurowana w 2005 roku i puszczona w żądny rocka psychodelicznego świat. I jest tak, jak miało być – długie utwory, w których zawartość psychodelii w rocku rośnie i rośnie z minuty na minutę. Aż do finału, czyli 20-tu bez mała minut grania. Kiedyś to kurczę muzykę nagrywali… Rzecz do dziś świeża, dobra, smaczna i kaloryczna. Mniam!

Colin Potter – A Skeleton Cupboard Situation EP
Kciuk w dół. Powiem krótko, bo nie ma się nad czym rozwodzić: gówniana do bólu elektronika, w której zawodzi wszystko, z umiejętnością robienia inteligentnego w miarę hałasu na czele. Colin Potter nie ma żadnych związków z niejakim Harrym i nie ma sobie co robić nadziei, że na tym singlu (długim jak jasna cholera) znajdzie się choć odrobina magii. Żenująca rzecz po prostu.

Didjitalis – Australian Trance Dance
Kciuk w górę. No nie mogłem się powstrzymać :). Gdy zobaczyłem „Australian” – oko błysło. Gdy doczytałem „Trance Dance” – brew drgnęła w górę w geście uprzejmego zainteresowania. A więc umca inspirowana Australią? No tego nie mogłem po prostu pominąć. Klik, torrent, downloaded i właśnie słucham nie wierząc własnym uszom. Owszem, to umca na maksa ale kurczę jaka fajowa! Eeeech, te moje dresiarskie ciągoty :). Dla dresów, tatusiów z brzuszkiem marzących o szybkich furach, na które leciały by półnagie blachary – rzecz obowiązkowa! Umca na tyle egzotyczna, że śmiało można w furę pakować i dać po basach :)

Eluvium – Copia
Kciuk w poziomie. Kompletna zmiana klimatu. Tom razom new age przybyło i się rozgościło w pracowych moich głośnikach. Trochę się tego albumu obawiałem, a to dlatego, że niezbyt korzystnie mi się to całe new age kojarzy. Zazwyczaj są to jakieś mniej lub bardziej „natchnione” pienia próbujące udawać coś więcej niż to, czym są – głupawą muzysią. Zazwyczaj. Ale są od tej reguły wyjątki i z takim właśnie wyjątkiem mamy tu do czynienia. To bardzo dobry album, ze świetnie zrealizowanym pomysłem na całość, z doskonale prowadzonymi sekcjami smyczków (ech ta elektronika, brzmi to wszystko jak prawdziwe! co za postęp…), z wizją jakąś przyświecającą całości. I byłby jak nic kciuk w górze, gdyby nie to, że… smętne to wszystko strasznie. Końcówka albumu aż łzy wyciska. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że ma się uczucie wyciskania na siłę. A to bardzo ale to bardzo popsuło mój odbiór całości. Stąd kciuk tylko w poziomie.

Elvis Presley – The Essential Elvis Presley
Kciuk w górę. Łomatko jak mnie dziś nastroje jeżdżą po skali… Król wydany raz jeszcze w dwupłytowej kompilacji, która ściąga papcie z nóg i każe nogom skakać. Rock and roll to je ono! A przy okazji bardzo ładnie pokazano jak cały ten r’n’r siedzi na bluesie i jak bardzo z tej muzyki czerpie. Ogólnie zaś: świetna kompilacja, sporo hiciorów a Elvis na pewno żyje! :)

Jeff Pearce – Lingering Light
Kciuk w dół. Rippera, który to opisał jako ambient, powinno się przypiec żelazkiem. Może to by mu nieco poczucie humoru przytemperowało. To nie żaden ambient tylko jakieś takie gitarowe pitolenia w stylu new age czy podobnym. Nudne, smętne, zbędne, głupie i o mamo jak ja takiej muzyki nie lubię. Po trzech kawałkach dałem sobie spokój. Takiego śmiecia w koszach w Tesco znaleźć można w bród. Za 5 złociszy sztuka. Poszło won w cholerę!

Priscilla Hernandez – Ancient Shadows
Kciuk w poziomie. Kurczę, po raz pierwszy od dawna zassałem coś gotyckiego i natknąłem się na album pełen sprzeczności. Nie rozumiem tej płyty i nie wiem jak powstawała oraz kto to przed wypuszczeniem w takiej postaci zaakceptował. Z gotyku mamy tu świetny wokal panny i ogólnie takież właśnie kompozycje w zamyśle. Niestety wszystko rozwala się o muzykę. Zupełnie i kompletnie od czapy, niszcząca naprawdę fajne dokonania wokalne Priscilli, grana niby w konwencji gotyku ale jakoś tak nie gotycko i kładąca tym samym cały misterny plan. O, już wiem w czym leży problem – gitarki to jakieś lata osiemdziesiąte a’la Alice Cooper i te jego „mroczne” przeboje. Ludzie! Mamy rok 2007! Od czasów Coopera sporo w temacie mrocznego grania na gitarze wymyślono! Halo! No nic, najwidoczniej jakiś oldschoolowiec… Natomiast kawałki wolniejsze, pozbawione gitarki, brzmią nieźle choć tu miejscami Priscilla przegina i zaczyna kombinować z głosikiem, tworzy jakieś skomplikowane i zupełnie zbędne pasaże, przejścia, dysharmonie i w ogóle chce bardzo udowodnić, że ma organ w gardle niezły. No ma ale nie tak powinna to udowadniać. Ogólnie – można się nad płytką pochylić ale jakoś nie cieszy jej słuchanie.

2 odpowiedź do Słucham… 2007.01.04

  1. xeo Styczeń 31, 2007 o 19:22 #

    Nichama nie moge znalezc tego Archetribe.

    Nie mam pojecia skad Costa bierze ten stuff.

  2. xeo Styczeń 31, 2007 o 19:34 #

    Nichama nie moge znalezc tego Archetribe.

    Nie mam pojecia skad Costa bierze ten stuff

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Media Markt – opowieści ciąg dalszy

I znów zawitałem w Media Markt. Taaak, dziś zachciało mi się oddać w cholerę to, co kupiłem ostatnio i co...

Zamknij