Słucham… 2007.02.14

Znalazło się dziś nieco czasu na opi­sa­nie tych kilku albu­mi­ków, które mi się przez uszy prze­wi­nęły. A było czego słu­chać i po praw­dzie gotowe do pobra­nia przy­kła­dowe utwory to tylko drobna część tego, co z chę­cią do pobra­nia bym zapo­dał. Ale nie o ware­zo­wa­nie w tej mojej kle­pa­ni­nie cho­dzi, a o muzykę.

Big Bang — Essential Selection
Kciuk w dół. Diabli wie­dzą jaki to gatu­nek muzyki. Ponoć lo-fi ale pod to pod­cią­gnąć można wszystko, co jest nieco wol­niej­sze i nie wia­domo, gdzie to wła­ści­wie wsa­dzić. Pokolenie o oczko wyżej od mojego pew­nie bawi­łoby się przy tym nie­źle ale dla mnie to po pro­stu nuda i mar­no­wa­nie czasu słu­cha­ją­cego. Sorry ale ckliwe kawałki „Oh girl I love you” i tym podobne podane w sosie jak wspo­mniany, po pro­stu mnie odrzu­cają. Spadówa z twar­dziela w tem­pie szybkim.

Blackfield — Blackfield 2
Kciuk w górę. Krążek może nie piękny, może nie pory­wa­jący, może nie robiący z głową bóg raczy wie­dzieć czego ale zde­cy­do­wa­nie wyróż­nia­jący się na tle codzien­nie słu­cha­nego gra­nia. Kawałek nie­złej muzyki w kli­ma­tach melo­dycz­nego rocka, z nie­złym woka­lem, dobrymi pomy­słami kom­po­zy­cyj­nymi no i przede wszyst­kim — nie­tu­zin­ko­wymi melo­diami. Ktoś tam ma ucho do dobrych melo­dii… Kurczę, słu­cha­jąc tego cho­dzi mi po gło­wie Porcupine Tree nie wie­dzieć czemu. Okej, nie znam się na muzyce i wyko­naw­cach, nie mam w gło­wie kata­logu gra­ją­cych i pew­nie się mylę ale jakoś bli­sko chyba strze­lam. Anyway, pole­cam album gorąco. Nie znie­woli, nie spo­wo­duje porzu­ce­nia Archive na rzecz Blackfield ale dostar­czy solid­nych, muzycz­nych wra­żeń. A na zachętę ostatni utwór z krążka:
pobierz plik (prawda, że ładne granie?)

Che Arthur — Iron
Kciuk w pozio­mie. Ambitne i miej­scami ostre gra­nie. Problem tego gra­nia polega na tym, że jest cza­sem zbyt ambitne i zbyt ostre. Krążek dry­fuje od kli­matu (mroczne, aku­styczne The Dark War), do kli­matu (dyna­miczne, gita­rowo i brzmie­niowo cięż­kie Revisionism nieco wcze­śniej) i jakoś tak odbiór cało­ści w tym dry­fo­wa­niu się gubi. Pojedynczo utwory są jak naj­bar­dziej w porządku ale prze­cież każdy album to pewna całość, pewna myśl wyra­żona nawet cho­ciażby kolej­no­ścią utwo­rów. Tego albumu słu­cha się ciężko z powodu zmie­nia­ją­cych się co chwilę kli­ma­tów. O ile pozo­sta­jemy cią­gle w krę­gach raczej mrocz­niej­szych, o tyle mrok ma różne odcie­nie a zesta­wia­nie ich obok sie­bie nie zawsze daje dobry efekt. I tu wła­śnie mamy taką sytu­ację. Niby nie­złe ale coś jest zde­cy­do­wa­nie nie tak z całością.

Chico Mann — Manifest Tome Vol 1
Kciuk w górę. Groovy! Fajowe lo-fi, z gruntu spo­kojne ale z faj­nym wła­śnie takim lekko fun­ko­wym zacię­ciem i przede wszyst­kim prze­sy­ca­ją­cym wszystko laty­no­skim smacz­kiem. Nie to, żeby zaraz jakiś świetny album. Nie, nic z tych rze­czy. To po pro­stu świetna muza to lece­nia w tle i robie­nia dobrego kli­matu. Bardzo fajne, luźne, miłe i przyjemne.

Crazy Ducks — Duck Season
Kciuk w dół. Niefajne. Nie dla­tego, że tytuł poli­tycz­nie jak naj­bar­dziej w naszym kraju nie­po­prawny :) ale raczej dla­tego, że to po pro­stu gów­niane psy­trance jest. Jakieś dziwne dźwięczki, pip­ka­jąca orna­men­tyka nie­zno­śna dla ucha, o guście że już nie wspo­mnę… Żenu­jący album. Kick i ban na przy­szłość. Być może z cza­sem się toto jakoś roz­wija ale na wyso­ko­ści czwar­tego kawałka nie zdzier­ży­łem i doko­na­łem F8.

Dj Day — The Day Before
Kciuk w górę. Ripper, który przy­po­rząd­ko­wał ten album do beatu, był mocno skok­so­wa­nym rip­pe­rem :). Bardzo fajne, bar­dzo sym­pa­tyczne, old­scho­olowe (w sen­sie trzy­ma­nia stan­dar­dów i feelingu a’la lata 70-te) lo-fi z brzmie­niem funky i latino (wręcz samby) miej­scami. Doskonale się tego słu­cha, choć to prze­cież nie jest i być nie może jakieś wiel­kie muzyczne doko­na­nie. Nie szko­dzi — rewe­la­cyj­nie wypeł­nia ciszę, robi świetny kli­mat, nie jest pozba­wione pew­nych ambi­cji muzycz­nych (ot choćby utwór Lucien) i robi z samo­po­czu­ciem cuda. Niegłupia muzyka, cie­ka­wie i przy­stęp­nie podana… Pierdoła? Owszem. Ale jaka fajna pierdoła!

Grunert — Construction Kit
Kciuk w dół. Ta sama histo­ria, co wyżej — rip­per opi­sał toto jako beat, a to jest wszyst­kim, tylko nie beatem. To lo-fi kolejne ale tym razem w skrę­ca­jące w kie­runku jazzu. I to bar­dzo wyraź­nie skrę­ca­jące. W sumie krą­żek ma aspi­ra­cje na bycie czymś ambit­nym, nie można mu tego odmó­wić, ale kur­czę podane jest to w sosie nie przed­sta­wia­ją­cym nam tych aspi­ra­cji w pełni. Album chce być czymś wię­cej niż po pro­stu brzdą­ka­niem i w dużej mie­rze się to udaje. Niestety, zawo­dzi (po raz kolejny dziś) ogląd cało­ści. Gdybym puścił Wam kilka kawał­ków z tej płyty, naj­praw­do­po­dob­niej powie­dzie­li­by­ście „o, jaki fajny smo­oth jaz­zik”. Później puścił­bym kilka innych i powie­dzie­li­by­ście „o, cie­kawy jazz”. Różnica drobna ale bar­dzo istotna, bo wpły­wa­jąca na odbiór cało­ści. I tak album ma pro­blem, w którą stronę się prze­chy­lić — bar­dziej jaz­zową, czy też może bar­dziej luźną. Efekt tej wypad­ko­wej jest co naj­wy­żej taki sobie, choć poszcze­gólne czę­ści są auten­tycz­nie nie­złe. Tu źle funk­cjo­nuje całość ale ele­menty na nią się skła­da­jące są miej­scami doprawdy smakowite.

Khaled Aljaramani-Serge Teyssot Gay — Interzone Deuxičme jou
Kciuk w górę!!! Łomatko, ależ prze­miłe zasko­cze­nie! Kawał kopią­cej odwłok muzyki etnicz­nej gra­nej via fuzzy i inne znie­kształ­ca­cze dźwięku (ale użyte z umia­rem i wyczu­ciem) oraz gitarą prze­ste­ro­waną jak trzeba. Ciężko to opi­sać i do cze­goś porów­nać bo pierw­szy raz w życiu sły­szę takie zabawy instru­men­tami. Efekt jest miej­scami wręcz powa­la­jący! Do tego dorzuć­cie jesz­cze wyso­kiej jako­ści wokale coś tam zawo­dzące, ogólne kli­maty bli­skiego wschodu i macie przed sobą poten­cjal­nie jeden z naj­lep­szych albu­mów etnicz­nych i fol­ko­wych mojej kolek­cji (a sporo w niej się takiego dobra znaj­duje :)). Świetne, pory­wa­jące, dla fanów muzyki etnicz­nej po pro­stu obo­wiąz­kowe. Posmakujcie kli­matu sami, warto!
pobierz plik

Magnolia — Magnolia
Kciuk w górę. Ot i fajna muzyka. Zdaje się, że fiń­ska lub gdzieś z nor­dyc­kich oko­lic pocho­dząca kapela. Zdaje się, że kapeli było tam na pół­nocy nieco chłodno. Zdaje się, że kapela spró­bo­wała cokol­wiek się roz­grzać i zagrała rocka z blu­eso­wym wyko­pem (a może na odwrót?). I to solid­nym! Tytułowe nagra­nie to esen­cja roc­ko­wego wigoru i blu­eso­wej sty­li­za­cji cało­ści a wszystko to razem brzmi może nieco gara­żowo ale za to z nie­zwy­kłym auten­ty­zmem. Poza tytu­łową Magnolią utwory nie wzbi­jają się może na wyżyny ale i tak dają solid­nego kopa ener­ge­tycz­nego i to kopa w dobrym stylu. Ta muzyka jest jak pajda świe­żego chleba — prza­śne żar­cie ale jak czło­wiek zatopi zębi­ska, to za nic puścić nie chce :)

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

Jeszcze nikt nie skomentował. Możesz być pierwszy!

Dodaj komentarz