Swego czasu pisałem tutaj o filmie mojego dzieciństwa, czyli o The Goonies. W ramach przeprowadzkowych porządków wziąłem się za wywalanie starych płytek z filmami i w ręce me wpadło filmidło, które bez żenady nazwać mogę filmem mojej młodości: The Blob!
Ci, których film nie kręci, i tak nie zrozumieją mojej fascynacji tym remejkiem klasyka z lat 50-tych. Ci, których film kręci, tylko obliżą się na samo wspomnienie i poszperają w swoich zbiorach, coby przed snem walnąć sobie dawkę zdrowej, bezpardonowej, ponadczasowej rozrywki. BTW — szefowa mojej żony wzięła i była Bloba wciągnęła. /me likes szefowa mojej żony (babeczka kole 50 wiosen na karku ma a ciągle w ciężkich butach typu Martens). Jak widać film łączy pokolenia i choć wyznacznikiem tzw. dobrego kina to na pewno nie jest, niemniej wciągalnością nadrabia wszystkie (a wiele ich, oj wiele) braki.
Zły, kultowy film mojej młodości. Jupikajej! Odpalam MPlayera :)








Stare dobre czasy. Teraz już takich filmów nie robią :(
O tak, blob rządzi! Zresztą jak prawie każdy film kategorii „c” z tamtego okresu :)
taaa… Blob — najeźdźca z kosmosu i moja ulubiona scena z kuchennym zlewem… mmmm :o)
Kurde gdzie moje archiwum z plytkami? Tez se zobacze, a co!