The Queen (Królowa)

The Queen (Królowa)

O The Queen (Królowa) pisać zbyt wiele nie można bo film należy do gatunku tych, które od samego początku narzu­cają pewną kon­wen­cję i ści­śle się jej trzy­mają. A kon­wen­cja jest znana i spraw­dzona: cie­pła bidula pośród lodu kon­we­nan­sów i tej biduli z owymi kon­we­nan­sami wspólne poży­cie. Tak, jak widać film śred­nio mi się spodo­bał a szcze­rze mówiąc, nie spodo­bał mi się wcale (nooo, to może zbyt wiele powie­dziane — po pro­stu liczy­łem na sporo wię­cej a dosta­łem coś mocno prze­cięt­nego). Od cze­goś obsy­pa­nego nagro­dami ze wszyst­kich moż­li­wych stron wyma­gam jed­nak nieco wię­cej, niż stan­dar­do­wej i sztam­po­wej opo­wiastki. A — nie­stety — z taką wła­śnie opo­wiastką mamy do czynienia.

Film jest apo­te­ozą… nie­ja­kiej Diany, która zgi­nęła w wypadku samo­cho­do­wym jakiś czas temu. Wywołało to świa­tową histe­rię, płacz, zgrzy­ta­nie zębów i sze­roki uśmiech na twa­rzach wszyst­kich wydaw­ców bru­kow­ców (i nie tylko bru­ko­wa­ców) jak świat długi i sze­roki. Nareszcie bowiem było o czym poplot­ko­wać… I z takim też fil­mem mamy do czy­nie­nia — plot­kar­skim w swej isto­cie i bar­dziej sku­pia­ją­cym się na przed­sta­wie­niu Diany jako anioła tego nie­ska­zi­tel­nego i ubi­tego przez żar­łoczne media, niż na tytu­ło­wej kró­lo­wej. Ja rozu­miem, że Diana i jej śmierć sprze­dają się do dziś cał­kiem nie­źle ale na boga, tro­chę taktu… Skoro już chce się robić film o kró­lo­wej angiel­skiej, to ja bym pro­sił sku­pić się na tema­cie. A jeśli chciało się zamo­tać nieco i prze­ko­nać widza, że na miano kró­lo­wej bar­dziej zasłu­gi­wała Diana niż cała reszta miesz­kań­ców pałacu Buckingham, to ja bym pro­sił robić to mniej osten­ta­cyj­nie, bo ze sma­kiem ma to nie­wiele wspólnego.

Film jest dziw­nie imo skon­stru­owany. Niby wszystko jest tu jak należy, poka­zuje się histo­rię i suge­ruje się zaglą­da­nie w tej histo­rii mroczne zaka­marki, ukryte przed apa­ra­tami papa­raz­zich. Konstruuje się dra­mat bar­dzo kame­ralny, roze­grany na kilku dosłow­nie akto­rów i w isto­cie bar­dziej przy­po­mi­na­jący doko­na­nia teatralne, niż kinowe. Tworzy się kon­tem­pla­cyjną atmos­ferę pomocną przy pochy­le­niu się nad losem kró­lo­wej, tar­ga­ją­cymi nią sprzecz­nymi uczu­ciami i obo­wiąz­kiem zacho­wa­nia się zgod­nie z naka­zami pro­to­kołu czy czego tam jesz­cze. To — i sporo wię­cej — można w tym fil­mie zna­leźć. Tu niby nic nie nawala. Niemniej pozo­staje to drobne słówko: „niby”.

Film poległ bra­kiem wia­ry­god­no­ści przed­sta­wio­nych postaci. Rola kró­lo­wej została zagrana przez Helen Mirren wprost fan­ta­stycz­nie a jej aktor­stwo nie pozwala się wprost wyzwo­lić z magne­tycz­nego wpływu roz­sie­wa­nego przez ten obraz. Problem w tym, że cała reszta nie dora­sta aktor­sko pani Mirren do pięt i po pro­stu kła­dzie film. Tony Blair grany przez Michaela Sheena to jakaś pira­mi­dalna pomyłka po pro­stu. Wejścia Rogera Allarna gra­ją­cego nie­ja­kiego Robina Janvrina nie­odmien­nie budziły moją weso­łość i nisz­czyły cudowne chwile wypeł­nione aktor­skim kunsz­tem pani Mirren. Już rozu­mie­cie o co cho­dzi? No wła­śnie, to powi­nien być mono­dram, całe tło dla kre­acji Helen Mirren po pro­stu tę jej kre­ację nisz­czy. Jedna jesz­cze postać spodo­bała mi się bar­dzo — James Cromwell gra­jący księ­cia Filipa. Soczysta gra, soczy­ste wej­ścia, soczy­ste (acz bry­tyj­sko powścią­gliwe) emo­cje. Ta para zagrała cały ten film i cały ten film powi­nien dziać się pomię­dzy ową dwójką. Wtedy kochani, mie­li­by­śmy dzieło, o któ­rym uczono by w szko­łach aktorskich.

Co takiego porywa w grze pani Mirren? Nie wiem, nie potra­fię na to pyta­nie odpo­wie­dzieć. Zapewne było wiele akto­rek gra­ją­cych kró­lowe lepiej, zapewne wiele takich jesz­cze będzie, ale to przy Mirren wła­śnie coś nie­praw­do­po­dob­nego przy­ciąga do ekranu. Prócz aktor­stwa to zapewne sama uroda (bar­dzo cie­kawa twarz!), gra­cja ruchów (tej… brak — popa­trz­cie jak ta kobieta cho­dzi gra­jąc kró­lową, coś cudow­nego!), układ ramion i cały ten poza­wer­balny prze­kaz lecący z ekranu. Magnetyzm!

Konkluzja: film jako całość co naj­wy­żej taki sobie ale dla samej Helen Mirren warto to obej­rzeć. Dobry boże, gdy­byż to był monodramat…

Ocena w skali 1–10: 6

The Queen (Królowa)

Obsada:
Helen Mirren … Królowa Elżbieta II
Michael Sheen … Tony Blair
James Cromwell … Książę Filip

ofi­cjalna strona filmu
film w ser­wi­sie imdb.com
film w Wikipedii
film w ser­wi­sie FilmWeb.pl

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

6 Komentarzy do “The Queen (Królowa)”

  1. da kłin 22/03/2007 do 00:46 # Odpowiedz

    z g a d z a m s i ę całkowicie.

    hel­len „odkry­łem” chyba dość późno bo w fil­mie sha­dow­bo­xer, który był imho marny a jed­nak ona miała tam cie­kawą rolę, którą zwró­ciła moją uwagę i jeśli cho­dzi o Queen to strasz­nie sie napa­li­łem na tą kre­ację i sie nie zawio­dłem. Film jako całość fak­tycz­nie jakiś miałki. Niby chcą poka­zać kró­lową od pry­wat­nej strony[„zaplecza”] a cią­gle namol­nie i sztucz­nie wspo­mi­nają wątek Diany. W sce­na­rio mogło być to ina­czej pomy­ślane. Osią wyda­rzeń powinny być inne fakty. Diana i jej smierć za prze­pro­sze­niem stały sie przy pomocy „mediów” tanią okle­paną sen­sa­cją, a w rodzi­nie kró­lew­skiej na pewno dzieją sie inne, mniej popu­larne dra­maty na któ­rych można by oprzeć tę histo­rię. Film jakoś pod­skór­nie suge­ruje od początku ze da queen sie prze­ła­mie i sta­nie po jasnej stro­nie mocy. Tak sie dzieje i ja jako widz mogę czuć tylko nie­do­syt. Z dru­giej strony zasad­ni­czo nie ma czego zazdro­ścić tym kró­lo­wym, ksią­żę­tom itp. Życie na świecz­niku nie pozwala na spon­tanę zbyt­nio, ale to już zależy w sumie co kto lubi. Ja jestem tylko pro­sty chło­pak z NH:]

    btw. to mój pierw­szy com­ment u Ciebie. Obserwuje od mie­sięcy chyba dwóch i cie­kawe tutaj to wszystko jakoś, choć o dupie maryni prze­cież. zna­czy o życiu;]

  2. ciotka's eleni 22/03/2007 do 11:38 # Odpowiedz

    Podobal sie za to two­jej babci. Tak, to jest film na bab­cine gusty.…

  3. waltharius 22/03/2007 do 22:33 # Odpowiedz

    No a mi się podo­bał o czym można prze­czy­tać u mnie na blogu. Właśnie moim zda­niem mało było tej Diany w tym fil­mie, bałem się, że będzie wię­cej. A że była? No skoro film opo­wia­dał o zda­rze­niach mają­cych miej­sce bez­po­śred­nio po jej śmierci i wywo­ła­nych ową śmier­cią, to trudno, żeby jej tam nie było :)

    Wydaje mi się, że tu poka­zali Dianę w ludz­kim świe­tle, całą rodzinę poka­zali dość „ludzko”. Ale jak to mówią de gusti­bus… itd ;-)

    Fakt, że Mirren zagrała Oskarowo :D I fakt, że przy niej cała reszta tro­chę blado wyszła. Nie wiem też czy oglą­da­łeś ten film w kinie, czy na kom­pie? Ja widzia­łem go w kinie i sądzę, że ogląda się to zupeł­nie ina­czej niż na małym ekra­nie. Ale jak zwy­kle de gusti­bus… :D

    • CoSTa 23/03/2007 do 07:36 # Odpowiedz

      na kom­pie oglą­da­łem i bar­dzo to sobie chwalę. trzesz­czący popcorn dobry jest na filmy słu­żące li tylko roz­rywce. tu mogłem się sku­pić solid­nie na wyda­rze­niach dzie­ją­cych się na ekranie.

  4. waltharius 23/03/2007 do 16:57 # Odpowiedz

    Jaki trzesz­czący popcorn? Cisza w kinie była jak makiem zasiał :D

  5. CoSTa's Family Page 15/05/2007 do 21:50 # Odpowiedz

    Cholera, nie mam kiedy przy­siąść i solid­nie poopi­sy­wać fil­mów, które się mnie ostat­nio na ekran/monitor rzu­ciły. Niezbyt tego co prawda wiele ale zawsze jakieś się znajdą. W tym dobre, nie­złe, głu­pie i odje­chane. Dziś pozwa­lam sobie na wrzu­ce­nie czterech

Dodaj komentarz