Słucham… 2007.04.13

Long time nie kle­pa­łem tu nic w tema­cie muzyki w uję­ciu hur­to­wym :). Jakoś bar­dziej mam nadzieję się do tej kle­pa­niny przy­ło­żyć, ale cho­lera prze­szka­dzają mi w robo­cie cią­gle i jakoś nie ma kiedy opi­sać tego, co w uszy wpada. Dziś czasu się nieco zna­la­zło a i płyty cie­kawe takoż się pobrały. Co dziś menu prze­wi­duje? A szybki opis krążka wręcz GENIALNEGO, który mnie tu poza­mia­tał kom­plet­nie (i nie jest to elek­tro­nika żadna!) i z któ­rego zapo­da­łem ponad 15 minut muzyki do wzię­cia (i to jakiej!). Nowa płyta Tangerine Dream też się zna­la­zła, o krążku pani Patti Smith z cove­rami że nie wspo­mnę. Plus kilka innych krąż­ków pokrótce mi się opi­sało. Zapraszam!

Anders Ilar — Ludwijka: Extended Visit
Kciuk w górę. Elektronika z gatunku tych spo­koj­niej­szych, bar­dziej wyci­szo­nych, wpa­da­ją­cych miej­scami w tona­cje lo-fi, co rów­no­cze­śnie nie prze­szka­dza albu­mowi dry­fo­wać po wodach lek­kiego eks­pe­ry­mentu. Ciekawe wydaw­nic­two, warte uwagi i poświę­co­nego czasu. Strasznie dużo tu szcze­gó­łów „się dzieje” w tle, co budzi uzna­nie i zdzi­wie­nie, że można nad tym wszyst­kim jakoś zapa­no­wać. Fajne!

Flint Glass & Telepherique — Information Gigabyt
Kciuk w górę. Ambient prze­siąk­nięty elek­tro­niką na wskroś, bo o elek­tro­nice prze­cież trak­tu­jący. Choć lepiej byłoby powie­dzieć — o wiel­kiej ilo­ści nagro­ma­dzo­nych i prze­pły­wa­ją­cych danych. Rzecz dia­blo męcząca na dłuż­szą metę ale ide­al­nie odda­jąca istotę swo­jego powsta­nia: natłok i nagro­ma­dze­nie cza­sem zupeł­nie bez­u­ży­tecz­nych danych. Jest to świet­nie oddane w muzyce za pomocą sto­cha­stycz­nych (takie spra­wiają wra­że­nie) dźwię­ków pusz­czo­nych w lewym lub pra­wym kanale, jakichś pip­ków, pisków, dziw­nych dźwię­ków wpa­da­ją­cych w główny nurt prze­kazu. Again — rzecz nie­lekka ale prze­my­ślana jak jasna cho­lera, pre­cy­zyjna w prze­ka­zie i z ogromną ilo­ścią sto­ją­cego za cało­ścią zamy­słu. Respect!

Frank The Baptist — The New Colossus
Kciuk w dół. Skuszony tek­stami rip­pera, że oto jakiś ultra­ważny zespół hame­ry­kań­skiego gotyku będzie mi dane poznać, zassa­łem. Od razu powiedzmy sobie szcze­rze: jeśli tak brzmi ponoć legenda i ponoć ultra­ważny band gotycki z hame­ryki, to ja się zasta­na­wiam jak brzmią kapele nie uwa­żane za „ważne” czy „legen­darne”. Do czy­nie­nia mamy bowiem z pozio­mem mniej wię­cej bar­dzo zaawan­so­wa­nej kapeli z pobli­skiego domu kul­tury. Sorry, nic na to nie pora­dzę — ta „legenda” brzmi mniej wię­cej tak wła­śnie. Być może to legenda, być może kapela ważna ale chło­paki grają co naj­wy­żej śred­nio. Ot hałas jakich wiele, bar­dziej roc­kowy w brzmie­niu, gotyku tam tyle, co kot napła­kał… Mnie zmę­czyło i znu­dziło. Sorry.

Gary Moore — Close As You Get
Kciuk w górę. Bezkompromisowy blues od pierw­szych tak­tów po ostat­nie brzmie­nie gitary. Period. Po pro­stu świetny blu­esowy album i tyle. Kto blu­esa czuje a gra­nie Moore’a mu nie prze­szka­dza (dosyć spe­cy­ficzną ma manierę, o gło­sie nie wspo­mi­na­jąc) — brać i się nie zastanawiać.

Litmus — Planetfall
AAAaaaaAAAA!!! WSZYSTKO W GÓRĘ!!! Kochani, co za SZOK! Siedzę sobie w robo­cie, wła­śnie skoń­czył mi się grać Gary Moore, rzu­cam okiem na play­li­stę i widzę jakąś kom­plet­nie nie­znaną mi nazwę kom­plet­nie nie­zna­nej mi grupy, w dodatku mate­riał pro­mo­cyjny, zero jakie­goś opisu od rip­pera… I zali­czam kom­pletny (tak, wiem, powta­rzam się :)) odjazd! Świetna, feno­me­nalna, pory­wa­jąca, odje­chana, mor­du­jaca, zabi­ja­jąca, świeża, ener­ge­tyczna płyta z naj­wyż­szej jako­ści roc­kiem pro­gre­syw­nym, jaki mi dane było słu­chać od lat całych! Materiał po pro­stu mor­duje jako­ścią, zwala z nóg i prze­czy wszyst­kim tezom o upadku muzyki w tych gów­nia­nych latach kró­lo­wa­nia gów­nia­nego murzyń­stwa z gów­nia­nym hip-hopem. Oto bowiem przy­szedł czas na łyk odświe­ża­ją­cej dawki muzyki w sta­nie czy­stym i dosko­na­łym, z naj­głęb­szych mine­ral­nych muzycz­nych złóż oli­go­ceń­skich. To kry­nica bal­samu na sko­ła­tane dusze miło­śni­ków JAKOŚCI w muzyce. Drodzy kone­se­rzy (nie to, żebym nim był ale pre­ten­sje mieć mogę, nie? :)), oto nad­jeż­dża mate­riał, który pozo­stawi w waszych uszach ślad trwały, mocny, zde­cy­do­wany, pełen wigoru, koloru, smaku, prze­strzeni i gita­ro­wego czadu z naj­wyż­szej półki. Dwie suity, które sko­pały mi odwłok, formy krót­sze, które inten­syw­no­ścią doznań wzbu­dzają ciarki na ple­cach a wło­som na gło­wie każą sta­wać na bacz­ność, kom­po­zy­cje chwy­ta­jące za gar­dło i ści­ska­jące je z całej siły w jakimś takim unie­sie­niu… DO-SKO-NA-ŁE! Posmakujcie zresztą sami. Pobierzta sobie jedną z suitek, 15 minut feno­me­nal­nej muzy i pomy­ślta, że tego dziś wchło­ną­łem o wiele, wiele wię­cej a suitka to czu­bek góry lodo­wej tylko. Kto zazdro­ści? :)
pobierz utwór

Patti Smith — Twelve
Kciuk w górę. Dzis to był auten­tycz­nie dobry dzień na muzykę. Zaraz po powyż­szym szoku dopa­dła mnie pani Patti Smith, by ująć mnie bez reszty swoim gło­sem i manierą śpie­wa­nia. I to śpie­wa­nia czego! Gimme Shelter w jej wyko­na­niu po pro­stu rzą­dzi, o takim Pastime Paradise już nawet nie wspo­mi­na­jąc. Wszystko jed­nak bije cover Smells Like Teen Spirit Nirvany, który zaśpie­wała twardo, solid­nie, z emfazą i sporą dawką emo­cji. Ten cove­rowy krą­żek to jeden wielki sma­czek nie tylko dla miło­śni­ków Smith ale też sko­we­ro­wa­nych arty­stów. Warto!

Tangerine Dream — Springtime in Nagasaki
Kciuk w górę. Nowa płyta TD miała być hicio­rem dzi­siej­szego dnia w robo­cie. Miała prze­le­cieć kilka razy i spro­wo­ko­wać długi a soczy­sty wpis. Z pla­nów nic się nie ostało bo pisać za bar­dzo nie było kiedy, a hicio­rem nie­spo­dzie­wa­nie stał się krą­żek chło­pa­ków z Litmusa. Co tu jed­nak dużo pisać — kla­syczna kapela gra muzykę, która już w momen­cie pre­miery stała się pew­nie kla­syką. Album może nie porywa, nie znie­wala jakoś strasz­li­wie ale ma w sobie to coś, co nie pozwala dra­nia wyłą­czyć i każe słu­chać cało­ści. Nie wiem jak to działa ale działa wła­śnie tak: chcia­łem prze­słu­chać frag­mentu utworu i jak już mi się włą­czyło, tak zostało. Zadziwiający efekt TD :). Kawał dobrej, soczy­stej elek­tro­niki inspi­ro­wany Japonią (choć sły­chać tej inspi­ra­cji sto­sun­kowo nie­wiele). Fani i tak kupią/ukradną i wcią­gną więc nie ma się co rozpisywać :)

Youssou N’dour — Alsaama Day
Kciuk w pozio­mie. Kojarzycie kole­sia? Nie? Nieco starsi pew­nie pamię­tają świetny kawa­łek 7 Seconds, w któ­rym Youssou zaśpie­wał razem z Neneh Cherry. Swego czasu był to hit jakich mało… Widząc nazwi­sko faceta wzią­łem i zassa­łem. Właśnie słu­cham i coraz bar­dziej się prze­ko­nuję, że to jed­nak nie dla mnie. Ot takie sobie łagodne pie­nia faceta o rze­czy­wi­ście nie­złym gło­sie. Zupełnie nie mój kli­mat. Kciuka wysta­wiam jed­nak w pozio­mie bo facet robi fajny, lekko etniczny kli­mat a całość jest luźna i sym­pa­tyczna w odbio­rze. No ale muzyka nie ma być sym­pa­tyczna, muza ma być dobra. A imo ten album dobry po pro­stu nie jest, nie­za­leż­nie od moich muzycz­nych gustów.

wię­cej muzyczki w ramach pro­jektu smaczne utwory

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

2 Komentarzy do “Słucham… 2007.04.13”

  1. xeo 16/04/2007 do 15:21 # Odpowiedz

    Wow. 400GB dl i 700GB ul na jak gdzies czy­ta­lem sla­bym w ul laczu. Wychodzi ok 500mb ssania/dzien. Nie wiem jak ludzie to robia, ze maja porzadne ratio; ze w ogole moga wysy­lac. W koncu na wia­do­mym ser­wi­sie zanim sie cos scia­gnie do wysy­la­nia to juz wszy­scy to maja.

    Niestety musze przy­znac, ze od dluz­szego czasu to przez Coste ratio mi leci w dol, a to dla­tego, ze sysam z owej stronki glow­nie pod wply­wem letury tema­tow pt. „Slucham…” ;)

    Nie zebym sie pod­li­zy­wal ale moim zda­niem te mini­recki maja w sobie cos co spra­wia, ze np nie lubiac rocka jako takiego spraw­dzam dany album wla­snie pod wply­wem kto­rejs recki.

    • CoSTa 16/04/2007 do 18:21 # Odpowiedz

      wiesz, mie­siąc uptime’u to nie tak bez kozery. trzeba trzy­mać i seedo­wać przy naszych łączach :/. i to ile wle­zie. innego wyj­ścia nie ma nie­stety. cie­szy mnie, że do cze­goś komuś się to przy­daje. szkoda cho­lera, że w pracy zro­biło mi się po pro­stu strasz­nie i zamiast pisać, sie­dzę i kli­kam jakieś idiotyzmy :/

Dodaj komentarz