Long Range — Madness and Me

No i poczę­sto­wa­łem się dziś muzyczką, jaką posłu­chać chcia­łem już od bar­dzo dawna. Zjadłem dziś solidny kawa­łek elek­tro­niki w czy­stej swej, bar­dziej roz­ryw­ko­wej postaci. Wszamałem torta z wisienką na czubku i dużą ilo­ścią kremu oraz mnó­stwem słod­ko­ści dookoła.

Orbital koja­rzy­cie? Oczywiście że tak, któż nie sły­szał ich muzyki? No więc spie­szę donieść, że połowa Orbitali, w postaci pana Phila Hartnolla i jego side pro­jektu Long Range, wzięła i popeł­niła album, który na długo zago­ści w moich play­li­stach. Oto bowiem nadej­szło to, co w inte­li­gent­nym beacie cenię naj­bar­dziej — połą­cze­nie rytmu, beatu i wysma­ko­wa­nych dźwię­ków. Ale ten album to nie tylko beat, to kilka innych odmian elek­tro­niki pod jed­nym dachem. I to skom­po­no­wa­nych, pomik­so­wa­nych, obmy­śla­nych i wyko­na­nych w naj­wyż­szej, orbi­ta­lo­wej jako­ści. Tu prze­plata się wokal z kawał­kami instru­men­tal­nymi. Tu jeź­dzi się ryt­mem od down­tempo po eks­ta­tyczny wręcz bicik wymu­sza­jący rzu­ca­nie czu­pryną i unie­moż­li­wia­jący spo­kojne dokoń­cze­nie zaczę­tej roboty. Są tu zaka­marki mroczne ale są też i roz­le­głe a zie­lone łąki wypeł­nione liryką. Pełna gama doznań.

A teraz czas na roz­wią­za­nie małej zagadki, lecą­cej mniej wię­cej tak: „jak to się dzieje, że jed­nym albumy nie wycho­dzą a innym wycho­dzą aż za dobrze?”. Odpowiedź, jaka nasuwa się natych­miast brzmi: talent! Jedni ów mają, inni nie. No więc nie do końca tak chyba jest. Talent to oczy­wi­ście sprawa zasad­ni­cza ale prócz talentu potrzebny jest swo­isty nos do brzmień i umie­jęt­ność odna­le­zie­nia się w kon­wen­cji. Tym spo­so­bem nie­jaki pan Jean Michel Jarre ma na ten przy­kład w cho­lerę talentu ale z pozo­sta­łymi skład­ni­kami nie­zbęd­nymi do robie­nia dobrych płyt coś jakby ostat­nimi czasy kiep­skawo. Orbitale za to mają we krwi chyba wszyst­kie nie­zbędna skład­niki i dosko­nale wie­dzą, co chcą osią­gnąć, jakimi środ­kami i w jakim cza­sie. W Madness and Me sły­chać to dosko­nale. Każdy kawa­łek to świetna, prze­my­ślana kom­po­zy­cja, uło­żona z pie­ty­zmem, dba­ło­ścią o har­mo­nię dźwię­ków, zgra­nie ogólne z ryt­mem i pro­wa­dzoną melo­dią. Brzmi to wszystko bar­dzo lekko, roz­ryw­kowo, bez­stre­sowo miej­scami ale gdzieś tam w tle wyczuwa się cho­ler­nie bene­dyk­tyń­ską robotę a z minuty na minutę podziw dla albumu rośnie. Tu nie ma dźwię­ków przy­pad­ko­wych. Być może album miej­scami nadaje się wprost na par­kiet ale na pewno nie jest to byle młóca ani kolejne pseu­do­do­ko­na­nie jakie­goś mik­sera od sied­miu boleści.

Na dowód pro­szę zapo­znać się z jed­nym utwo­rem z albumu — Which Way Now. Bicik co się zowie. Jest tanecz­nie, jest skocz­nie… Jest ponad sie­dem minut sys­te­ma­tycz­nego wbi­ja­nia w głę­boką hip­nozę. Wystarczy tylko wbić się słu­chem nieco głę­biej i potrak­to­wać beat jako otoczkę tego, co dzieje się wewnątrz. Mnie kawa­łek dosłow­nie zahip­no­ty­zo­wał. Po pro­stu sie­dzę przy gło­śni­kach i słu­cham, choć powi­nie­nem chyba raczej tań­co­wać, w końcu to taki ładny bicik… Ano wła­śnie, to nie jest takie pro­ste. Ten album nie jest taki oczy­wi­sty. Perełka.

Ocena w skali 1–10: 8

pobierz utwór (w ramach pro­jektu smaczne utwory)
Long Range na Myspace.com
Long Range w Last.fm

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

Jedna odpowiedź do “Long Range — Madness and Me”

  1. rash 09/05/2007 do 16:08 # Odpowiedz

    Dzięki za info!

Dodaj komentarz