Załoga CoSTa’s Family Page (aka Redakcja z jednym raptem Redaktorem bo reszta (ze wskazaniem na Żonę redaktora) ma pracę w Redakcji w głębokim poważaniu), skoczyła była wczoraj w dzikie ostępy podpoznańskiej głuszy. Powód po temu był zacny — znajomek Redakcji wziął i był skończył dwudziesty siódmy rok marnego swego żywota (hi Filip!) i w związku ze związkiem zorganizował w domku swojej płochej niewiasty so called grilla połączonego z degustacją trunków i grzaniem dupska na słoneczku oraz z rozrywką sportową, którą papa CoSTa pokochał całym swym grubym i pocącym się obficie ciałem — ping pongiem. Plan zajęć był bardzo napięty i przewidywał:
-
przyjazd (a nieproste to zadanie było, bo miejsce od cywilizacji odległe)
-
przygotowanie jadła (to akurat było proste i jakoś wszyscy gromadnie się do tego rzucili)
-
pożarcie owego i popicie (to wyszło koncertowo)
-
w międzyczasie liczne rozrywki kulturalne i sportowe (puszczanie latawca included)
-
powrót (niestety, wczesny bo transport wcześnie jakoś wracał)
Papa CoSTa nie wykazał się refleksem i zdupczył sprawę nie biorąc aparatu. Dlatego tylko cztery foteczki z tego zacnego miejsca pokażę (po kliknięciu na poniższy link się ukażą). I to kiepskiej jakości. Komórka, taka jej mać :/
BTW — siedzę, piszę, okno szeroko otwarte na taras bo ciepło, a na dworze… KOGUT PIEJE!!! W półmilionowym mieście!!! Ożesz fak, mieszkańcem wsi ostałem :)












Akurat spojrzałem na mięcho, jak jeszcze 2h w kołchozie, a ja już głodny. Grrr.
Jak to sie stalo, ze nie widzialem Cie jak grasz w pingla? To musial byc niezapomniany widok!
Zwlaszcza iz pamietam, ze Costa grajacy w kosza byl dosyc pociesznym widokiem ;))
wszystko się zgadza,ale to żem płocha???
filippo, dawałem ognia, ciała dupy i każdego seta voytassowi. robił ze mną co chciał ale im bardziej robił, tym bardziej mi się podobało :). musi być — najazd jakiś ponowny i solidne trenowanie w pingla…
no co, a nie płocha? :)