Menu serwera

A takie tam wieczorne pitolenie

Dwudziesta trzecia na osi, Majka wkurza Dorophę, torrent zapuszczony, dzień był diablo męczący…

Czas na wieczorny odpoczynek i chwilkę wytchnienia. Czas na odrobinkę pitolenia, posłuchania przez moment kilku ulubionych piosenek, wprowadzenia się w przyjemny chilloucik przed uruchomieniem konsoli i wymordowaniem setek wrogów w God of War 2. Czas na nicnierobienie jednym słowem…

Tak przy okazji ulubionych piosenek – jakoś niedawno w Wybiórczej poleciał tekst o iPodach czyli o playerkach mp3 noszonych teraz już chyba przez wszystkich (w sensie, że w cholerę ludzi ma coś grającego na uszach, niekoniecznie zaraz musi to być iPod). iPod posłużył tu bardziej jako ikona zjawiska, które w skrócie można by nazwać „walcie się, te dźwięki są moje i tylko moje”, w sensie odgradzania się od świata zewnętrznego murem dźwięku. Rzecz doskonale rozumiem bo sam robię to codziennie podczas jazdy do i z pracy. Wznoszę mur i mam w trąbie ludzi dookoła. Ale ja nie o tym.

W tekście zwrócono uwagę na inne zjawisko, które ukazało się wraz z możliwością kupowania pojedynczych utworów w np. iTunes. Otóż powstała oto możliwość komponowania swoich własnych playlist złożonych tylko z ulubionych utworów, tych najlepszych i najbardziej się podobających. Nie trzeba już kupować całego albumu, na którym znaduje się jedna czy dwie właśnie TE piosenki a reszta to „wypełniacze” jak to w artykule ładnie określono. Dotarło do mnie, że zmieniła się dzięki temu kultura słuchania muzyki w ogólności a to być może pociągnie za sobą zmianę samej muzyki z czasem, kiedy kupowanie przez sieć upowszechni się na tyle, by być silnym motywatorem dla kapel nagrywania nie albumów tylko pojedynczych utworów.

Nie wiem jak Wy, ale ja jestem muzycznym tradycjonalistą. Mogę słuchać najbardziej wykręconej muzy pod słońcem ale nie wyrzeknę się za nic zwracania uwagi na formę, całość, ogół muzycznego dokonania. Po prostu słucham albumów. Całych albumów. Nie jednej – dwóch wybranych piosenek ale całości materiału, jaki został przez artystę przygotowany i podany. W swoich niestety coraz rzadszych „recenzjach” muzycznych zwracam na ten aspekt słuchania muzyki ogromną uwagę. Bo album to pewna całość. To kilkadziesiąt minut, które przeznaczam dla artysty i poznanie jego twórczości.

No i tu zaczyna się tak naprawdę moje recenzowanie. Po przesłuchaniu albumu jestem w stanie stwierdzić, czy artysta starał się w formie (przejścia między utworami, pauzy, ułożenie utworów, rytmika zmian lub braku zmian, konsekwencja lub jej brak w poskładaniu całości materiału i takie tam inne) zawrzeć jakiś dodatkowy przekaz. Czasem jest to na tyle oczywiste, że aż nie warte wzmianki. Ale czasem zdarzają się perełki i artyści świadomi tego, że te kilkadziesiąt minut przykucia do głośników to dobry moment na opowiedzenie swojej historii w sposób mniej lub bardziej rzucający się w uszy. Tego nie da się zrobić jednym krótkim utworem za 0.99$ sztuka. Owszem, nie zawsze trzeba ale muzyka to przecież nie jest robienie kawałków długości podkładu pod flashowe newsy w radio.

Albumy to taka forma, która pozwala operować muzyką jako pewną dłuższą w czasie całością. Single spełniają ważną rolę i oczywiście mogą zupełnie wystarczyć w zapoznaniu się z twórczością danego artysty ale ja – tradycjonalista – zawsze pytam po wysłuchaniu singla: „a co mi pokażesz jeszcze?”. IMO to właśnie jedynie w dłuższej formie możliwe jet przekazanie czegoś więcej, lepsze poznanie się z twórcą. Stąd chyba moja wręcz obsesja posiadania albumów. Nieważne – skradzony czy też oryginalny utwór, który pobudził moją wyobraźnię, domaga się po prostu zapoznania się z ciągiem dalszym. Muszę mieć album z tym utworem, o ile utwór ukazał się na jakimś albumie. W ten sposób poznałem się z Sisters of Mercy. Lata temu w radio wpadł mi w ucho ich Colours i tym sposobem wylądowała na mojej półce większość ich dokonań, z bootlegami włącznie. Na tym chyba słuchanie muzyki polega – eksploracja i poszukiwanie doznań.

Z czasów siedzenia w radio i prowadzenia czasem nieco luźniejszych audycji, najsympatyczniejsze chyba były momenty zapowiedzenia jakiegoś kilkunastominutowego utworu, po którym dzwonił telefon i padało pytanko „stary, zassało mnie do głośnika, co to jest?”. Strasznie mnie cieszyły takie odkrycia, których mogłem być poniekąd fundatorem :). Jeszcze bardziej zaś cieszyły mnie odkrycia, jakie fundowali mi starsi koledzy, puszczając czasem płyty z prywatnych płytotek. Nie wiem, czy bez nich kiedykolwiek wpadłbym na takiego na ten przykład Camela czy fenomenalne i wspominane tu kiedyś RSC. Albumy tych zespołów to święto. To kilkadziesiąt minut zamkniętych oczu i doznań, których wciąż gdzieś pędząca młódź układające swoje „de best of” o prostu nie dozna. A takiej muzyki nie można słuchać wyrywkowo. Po prostu nie można. Kaleczy się ją z całego jej głęboko przemyślanego piękna.

Jestem tradycjonalistą, nie da się ukryć. No i czas iść pozabijać nieco brzydali w God of War 2. Zbyt długo już tak sobie pitolę wieczorną porą :)

7 odpowiedzi do A takie tam wieczorne pitolenie

  1. Dawid_MacDada Czerwiec 6, 2007 o 21:24 #

    A moja blond-siostrolela (lat 8) ścieła dzisiaj włosy do ramion :( A była taka ładna dziewuszka…

    I nadal jest najpiękniejsza na świecie! :D

  2. gekon Czerwiec 7, 2007 o 00:03 #

    Panie CoSTa mogę tylko powiedzieć: Amen.

  3. Sandman Czerwiec 7, 2007 o 05:40 #

    Zgadzam się z tobą w pełni, nie wyobrażam sobie słuchania tylko pojedynczych utworów z np takiego nightfall in the middle earth Blind guardian gdzie każdy kawałek jest fabularnie spójny z poprzednim.

    ps. dlaczego te kody które muszę wpisywać aby wysłać komentarz robią się coraz dłuższe;]?

  4. btd Czerwiec 7, 2007 o 07:30 #

    Ja tez slucham albumow. No ale ja slucham muzyki za ktora stoi jakas koncepcja a nie stworzonej przez marketingowcow pop-gownianej chaly jak 90% spoleczenstwa.

  5. sandman Czerwiec 7, 2007 o 08:11 #

    Poza tym coś mi sie wydaje ze takie rozwiązanie przejdzie tylko wśród fanów popu i wśród masy która słucha tylko tego co w radiu leci, ponieważ każdy inny człowiek najpierw musi wyszukać te swoje ulubione kawałki ,a te jak wiadomo znajduje sie na albumach.

  6. yoshi314 Czerwiec 7, 2007 o 10:43 #

    autorom artykulu chodzilo pewnie o tych artystow pop ktorzy wyplywaja na rynek na remake’u jakiego odgrzewanego kotleta z lat 60-80tych i moga pochwalic sie jednym czy dwoma dobrymi utworami.

    no a wracajac do prawdziwych artystow – jak artysta jest dobry to i wiekszosc plyty jest mocna. zawsze sa slabsze utwory, ale to kwestia gustu.

  7. CoSTa Czerwiec 7, 2007 o 20:27 #

    [b]dawid[/b]: o kurczę, szeroka jazda :)

    macie panowie rację – to sprawdza się pewnie całkiem dobrze przy popie czy innych radiowych hitach. ot i wychodzi, że człowiek radia nie słucha i jakoś nie żyje w kulcie jednego, hitowego kawałka jakiejś siksy wprost z konsolety producentów dźwięku. w innych przypadkach – album to MOC.

    a tak mnie naszło wczora z wieczora :)

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Majka baletnica

Kurczę, miałem to wczoraj wieczorem wrzucić ale zamiast blogowi, oddałem się bezbożnie innym zajęciom, w tym wciąganiu ostatniego Indiany Jonesa....

Zamknij