Upały — poradnik jak przetrwać

Zacznę może od przed­sta­wie­nia swo­ich refe­ren­cji: z upa­łami znam się dosyć dobrze bo spo­ty­kam je dosyć czę­sto (od kilku ład­nych lat już nie­stety nie tak czę­sto :/) w kraju śród­ziem­no­mor­skim zwa­nym Grecja. Do tego jestem gruby, brzydki i pomarsz­czony, co daje mi dodat­ko­wego bonusa do nie­lu­bie­nia słońca bo wia­domo, sadło tem­pe­ra­turę wzmaga, brzy­dota naka­zuje coś na sie­bie zakła­dać coby ludzi nie stra­szyć a pomarsz­cze­nie zwięk­sza tylko powierzch­nię kon­taktu ciała z gorą­cem. Ergo — kto jeśli nie ja ma coś wie­dzieć na temat upałów? :)

Z wyso­ko­ści swej wie­dzy i doświad­cze­nia pra­gnę podzie­lić się kil­koma prak­tycz­nymi pora­dami odno­śnie prze­trwa­nia upa­łów. Sam na sobie testo­wa­łem nie­jed­no­krot­nie te patenty i jakoś żyję. W dodatku coraz lepiej, więc… No to pro­szę bar­dzo, kom­plet­nie za free JEDZIEMY!

Cały bajer z gorą­cem polega na tym, że nasze ciało roz­grzewa się i regu­luje cie­płotę na różne swoje fizyczne spo­soby. To oczy­wi­ście tru­izm ale jakoś uwa­dze ludziom nie przy­wy­kłym do upa­łów umy­ka­jący. Nasze ciało samo­ist­nie regu­luje swoją cie­płotę na różne spo­soby, z któ­rych poce­nie się to jeden z widocz­nych ale wcale nie jedyny. Nie miesz­kamy w stre­fie zwrot­ni­ko­wej i nasze ciała nie są nawy­kłe do tem­pe­ra­tur rzędu 36 stopni w cie­niu (ponoć tyle wczo­raj w Poznaniu było). Myślenie, że skoro na połu­dniu sobie z tym radzą a to tacy sami ludzie jak my, więc i my sobie pora­dzimy — takie twier­dze­nie jest błędne. Nie jeste­śmy przy­zwy­cza­jeni do takich tem­pe­ra­tur i nie ma się czego wsty­dzić ani grać herosa. Tym bar­dziej, że na połu­dniu ludzie też nie dają sobie rady z wiel­kimi upa­łami ale mają na nie swoje spo­soby, z któ­rymi warto się zapoznać.

Zacznijmy od tego, że nasze upały nieco róż­nią się od upa­łów na połu­dniu kon­ty­nentu. Tydzień przed poznań­skim gorą­cem nad Poznaniem wisiały chmury, z któ­rych dzień w dzień padało. Wszystko ale to wszystko zostało prze­mo­czone i zawil­go­cone. Ano wła­śnie — wil­goć. Nasze 36 stopni w cie­niu dosyć zna­cząco różni się od nawet 40 stopni w takiej na ten przy­kład Grecji. Tam jest po pro­stu sucho. Bardzo sucho. Na tyle sucho, że nawet sie­dząc w nie­kli­ma­ty­zo­wa­nym tro­lej­bu­sie z pootwie­ra­nymi oknami da się wytrzy­mać, wia­te­rek śmi­ga­jący po pojeź­dzie jest owszem gorący ale nie dusi. U nas wej­ście do nawet kli­ma­ty­zo­wa­nego auto­busu (a to rzad­kość) koń­czy się zla­niem potem. Właśnie ze względu na wil­goć wiszącą w powie­trzu. Aby tej wil­goci nie było, słonko musia­łoby u nas ope­ro­wać nie kilka czy kil­ka­na­ście dni ale tygo­dnie całe, być może wręcz mie­siące. Ciężko to sobie wyobra­zić komuś, kto nie zaznał połu­dnio­wych upa­łów, że nawet te 40 stopni da się wytrzy­mać, bo czło­wie­kowi owszem gorąco ale przy­naj­mniej duchota nie zabija. To oczy­wi­stość ale ludziom umyka ten drobny fakt, że zawil­go­ce­nie wszyst­kiego w miesz­ka­niu i zbi­cie tem­pe­ra­tury o dwa stop­nie poskut­kuje co naj­wy­żej tym, że zamiast pieca w domu będzie się miało saunę.

Druga oczy­wi­sta kwe­stia, o któ­rej zapo­mina się w tym kraju, to jego budow­nic­two. Wyć wczo­raj chcia­łem sły­sząc zale­ce­nia dla star­szych ludzi, by w domach sie­dzieli. OK, jeśli dom był budo­wany z głową i z odpo­wied­nich mate­ria­łów, zapewne jest to porada dobra. Niestety, więk­szość budyn­ków w naszym kraju nie była budo­wana z myślą o ochro­nie przed upa­łami i miesz­kańcy wiel­kiej płyty pew­nie dosko­nale wie­dzą, o czym teraz piszę. Mieszkania potra­fią zamie­niać się w piece. Solidne, ciężko pra­cu­jące piece, w któ­rych tem­pe­ra­tura nie spada nawet w nocy, sku­mu­lo­wana i zacho­wana gdzieś w beto­nie, odda­wana póź­niej nawet pomimo ochło­dze­nia na dwo­rze. Mieszkaliśmy w wiel­kiej pły­cie z Dorotką i upały były tam ogrom­nym pro­ble­mem. Ciężko było to prze­żyć, miesz­ka­li­śmy z otwar­tymi cią­gle drzwiami wej­ścio­wymi na kory­tarz bo prze­cież ktoś tak pięk­nie roz­pla­no­wał wielką płytę, że o wen­ty­la­cji w miesz­ka­niu można było zapo­mnieć. Na połu­dniu buduje się zupeł­nie ina­czej ale to oczy­wi­ste, oni z upa­łami sty­kają się prze­cież co roku.

OK, co więc robić, by sobie pomóc? Przede wszyst­kim — roz­sąd­nie gospo­da­ro­wać ener­gią. Ruch, prze­miesz­cza­nie się, praca fizyczna, jaki­kol­wiek wysi­łek — to powo­duje roz­grze­wa­nie orga­ni­zmu. Hiszpanie, Grecy czy Włosi mają swoje sje­sty? Zaręczam — nie bez powodu. Niestety u nas nie wygląda to tak różowo i zazwy­czaj w porze naj­więk­szego upały sie­dzimy w robo­cie. Później powrót z pracy sauną o nazwie „publiczny śro­dek trans­portu” lub samo­chód bez klimy i mamy dość. Kompletne wycień­cze­nie… No i teraz czas na lekką samopomoc.

NIE jedz­cie! Żar­cie obiadu z dwóch dań w tym gorąca zupa i kotlet tylko dla­tego, że już jest piąta i wypa­da­łoby coś zjeść — to jakieś nie­po­ro­zu­mie­nie. Wyjesz z gorąca? Zmocz prze­ście­ra­dło, połóż na pod­ło­dze (ścią­gnij dywany na boga!) , połóż się na prze­ście­ra­dle i zagryź wycią­gnię­tego z lodówki a poso­lo­nego (uzu­peł­niaj sole przy obfi­tym poce­niu się) pomi­dora, ogórka czy coś innego soczy­stego i zim­nego. Jabłuszko? Proszę bar­dzo, też warto wpierw do lodówki wrzu­cić. Idealny pod tym wzglę­dem jest arbuz. Kupujesz całego dra­nia, wrzu­casz do lodówy, następ­nego dnia jest jak zna­lazł po powro­cie z roboty. Mały tips: arbuz skro­piony cytrynką orzeź­wia idealnie.

Tak czy ina­czej gorąc dopad­nie a takie godziny zaraz po powro­cie z roboty warto po pro­stu… prze­spać. Na połu­dniu to potrzeba, bo po prze­cze­ka­niu naj­go­ręt­szych pór dnia zaczyna się życie, które trwa do póź­nych godzin wie­czor­nych. Wieczór to odpo­wied­nia pora na jedze­nie. Spadła tem­pe­ra­tura, można zjeść coś cie­płego, także wytę­sk­nio­nego kotleta. Można sobie jak naj­bar­dziej strze­lić wie­czorne frappe bo to faj­nie pobu­dza i odga­nia resztki przy­kle­jo­nego popo­łu­dnio­wego snu. Ja oso­bi­ście z jedze­nia pre­fe­ruję wszel­kie moż­liwe zgril­lo­wane mięsa skro­pione obfi­cie cytryną. Niestety śred­nio u nas z pro­duk­tami morza a ryby dro­gie są jak jasna cho­lera ale jeśli jeść, to naj­le­piej rybkę. W for­mie dowol­nej. To naj­lep­sze mięso na upały — wcho­dzi gładko, z solidną zawar­to­ścią soli, pięk­nie uzu­peł­nia mine­ralne braki, jest lek­kie i przy­jemne do tra­wie­nia. Tak jadają na połu­dniu i dosko­nale wie­dzą co robią. Także w kwe­stii grilla — o wiele to lep­sze roz­wią­za­nie niż sma­że­nie. A jeśli już sma­żyć — jak naj­wię­cej oliwy a mniej oleju. Może to i dro­gie ale jakoś mniej na wątro­bie leży, orga­nizm zde­cy­do­wa­nie lepiej radzi sobie z tra­wie­niem i mniej na to wydat­kuje ener­gii, co ład­nie prze­kłada się na bilans cieplny ciała.

Zakupy, jedze­nie i inne takie prze­no­simy na godziny wie­czorne. To abso­lutny wymóg. Nie wyobra­żam sobie bie­ga­nia po skle­pach, nawet kli­ma­ty­zo­wa­nych (pomię­dzy skle­pami też trzeba nieco na powie­trzu pobyć) kiedy z nieba leje się żar a dookoła dzieje się parówa. To nie ma sensu, nie ma po co się tak męczyć. Wszelkie moż­liwe do zała­twie­nia sprawy prze­wa­lić trzeba na wie­czór. To, co nie uda się zała­twić wie­czo­rem trzeba zosta­wić sobie na week­end i zała­twić np. w sobotę rano, kiedy na dwo­rze jest wręcz przy­jem­nie. Nasze urzędy pra­cują w takich a nie innych godzi­nach więc nie pozo­staje nic innego jak się dosto­so­wać. Za to sklepy, szcze­gól­nie w cen­trach han­dlo­wych, śmi­gają prze­cież do póź­nego wie­czora i są naj­czę­ściej kli­ma­ty­zo­wane — korzy­stajmy! Może nie brzmi to zbyt patrio­tycz­nie ale jeśli mam wleźć do jakie­goś osie­dlo­wego skle­piku, w któ­rym tem­pe­ra­tura dobiega czter­dziestki a wil­goć aż dusi — sorry, to moje zdro­wie, cokol­wiek bym o patrio­ty­zmie nie sądził.

Po to spa­li­śmy po powro­cie z roboty, by teraz móc wie­czo­rem doka­zać. Przede wszyst­kim: nie sie­dzieć w miesz­ka­niu! To cho­ler­stwo będzie teraz odda­wało cie­pło nagro­ma­dzone przez cały dzień i nie warto dać się kato­wać gorą­cem tylko dla­tego, że nie chce nam się dupy ruszyć z miesz­ka­nia. Okna sze­roko, zro­bić prze­ciąg i wio na coś zim­nego! Panowie lubią piwo ale ja oso­bi­ście mam dziwny odruch — im cie­plej, tym mniej alko­holu. Nawet w małych ilo­ściach w gorącu alko­hol robi rzeź­nię z krą­że­niem, fatal­nie wpływa na gospo­darkę cieplną orga­ni­zmu, powo­duje poce­nie się w dużych ilo­ściach… No, chyba że kie­li­szek zim­nego winka, ja lubię słod­kie i cięż­kie — zosta­wia na długo miły posmak.

W ogród­kach można sie­dzieć do późna a gdy się zgłod­nieje, można do domku wró­cić i przy­go­to­wać sobie obia­do­ko­la­cję co się zowie mając w dupie zale­ce­nia die­te­ty­ków w tema­cie jedze­nia przed snem. Mnie dobra dawka bry­zola koło 22-giej nigdy jesz­cze nie zaszko­dziła a jadło się to o wiele lepiej wie­czo­rem, niż w trzy­dzie­sto­stop­nio­wym upale i w słońcu.

Co do ubioru — ŻADNYCH syn­te­ty­ków. Jeśli zda­rzy nam się bie­gać po słońcu — KONIECZNIE coś na głowę. Miałem raz udar sło­neczny i już nigdy wię­cej. Masakra, któ­rej nie chce­cie prze­żyć. Na gło­wie coś z ron­dem a nie bejs­bo­lówka. To ma słu­żyć ochro­nie a nie tylko zacie­nia­niu twa­rzy. Teraz cie­ka­wostka — w Grecji można spo­tkać stare bab­cie, wdowy, zaku­tane od stóp do głów w czarne a solidne ubiory. One łażą w tym w peł­nym słońcu i szcze­rze mówiąc jesz­cze ani razu nie widzia­łem takiej babci jakoś spo­co­nej. Nie wiem jak bab­cie to robią ale respekt pełen :)

U nas jest o tyle dobrze, że z wodą raczej więk­szych pro­ble­mów nie mamy. W przy­padku solid­nego zgrza­nia orga­ni­zmu jest jeden sku­teczny spo­sób na jego schło­dze­nie: zimny prysz­nic lub lepiej — zimna kąpiel. Wolę prysz­nic, zaraz po popo­łu­dnio­wej drzemce, tak dla roz­ru­sza­nia. Do tego jakieś che­miczne coś z alo­esem czy inną sub­stan­cją robiącą tak przy­jem­nie „zimno” i czło­wiek jest jak nowy. Przynajmniej do następ­nego prysznica :)

OK, jak więc ja sobie z upa­łem radzę? Wygląda to mniej wię­cej tak: Przed wyj­ściem do pracy zacią­gam szczel­nie żalu­zje. Jako że połowę miesz­ka­nia mamy w płyt­kach, czas by przez cały dzień zadbały o schła­dza­nie powie­trza. Efekt jest taki, że po powro­cie z roboty włażę do chłod­nego miesz­ka­nia, co jest bar­dzo miłe, szcze­gól­nie po wyj­ściu z auto­busu, w któ­rym rurki do trzy­ma­nia się aż parzą z gorąca a pot leje się zewsząd (dosłow­nie). Po takiej paró­wie jestem wykoń­czony i jedyne, na co mam chęć, to wal­nąć się w tym chłod­nym miesz­kanku i prze­spać z dwie-trzy godzinki w schło­dzo­nym prze­ście­ra­dle (można do lodówki wrzu­cić, nie ma się czego wsty­dzić — podob­nie z bie­li­zną), wcze­śniej nieco schło­dziw­szy się arbu­zem. Koło 20-tej zaczy­nam żyć. Kawa frappe, wspo­mniany prysz­nic na zimno i aż tęsk­nię za cie­płem, bo gęsia skórka przy trzy­dzie­stu stop­niach na dwo­rze wygląda dziw­nie :). Czas na żarełko — jako że żony nie ma to jadę na chi­no­lach ale odra­dzam pikantne. Po co się pocić, skoro dopiero co się spod prysz­nica wyszło? Do tego zestaw zim­nych bo z lodówki jarzy­nek: pomi­dorki, ogó­reczki (wszystko surowe), sałatka… Nieco chleba, odro­bina cze­goś do popi­cia (gadają, że trzeba dużo pić — ja tam piję bar­dzo mało i jakoś o wiele mi tak lepiej) i sporo nabiału. Solę dużo co może nie jest zdrowe ale mam to kom­plet­nie gdzieś. Wiąże mi to ład­nie wodę w orga­ni­zmie i nie muszę chlać czte­rech litrów wody dzien­nie. Jedzenia nie­zbyt dużo, warto za to zadbać o coś do gry­zie­nia. Przy upa­łach napeł­nia­nie się żar­ciem to pro­sze­nie się o kło­poty więc lepiej jeść zde­cy­do­wa­nie mniej tre­ści­wie za to dokła­dać sobie róż­nych sym­pa­tycz­nych róż­no­ści. Owocek, czip­sik, oli­weczka, ser feta polany oliwą i posy­pany ore­gano… O, tak to się robi. Z miesz­ka­nia nie wyłażę bo nie po to mam taras, bym musiał się szla­jać po ogród­kach. Mogę sobie wyjść na dwór i wycią­gnąć kulasy u sie­bie. Ale jak mnie dziś na ten przy­kład pogna, to sko­czę ze zna­jo­mymi na jakieś miłe wie­czorne piwko. Kosztem co prawda drze­meczki ale co tam…

Kochani, cała tajem­nica prze­trwa­nia upału spro­wa­dza się do — jak widać — LENISTWA. Daleko posu­nię­tego nic­nie­ro­bie­nia a jeśli już robie­nia, to sobie dobrze. Lodzik, leże­nie, zimna kawka pod ręką, arbu­zik z cytrynką, wie­czo­rem wyj­ście… Tak to się robi na połu­dniu a połu­dniow­com może­cie w tym tema­cie ufać — oni upały mają co roku i dosko­nale wie­dzą, jak sobie z nimi radzić.

No dobra, Ameryki nie odkry­łem ale może kogoś to prze­kona do lek­kiej zmiany stylu życia na czas upa­łów, do zadba­nia o swoje naj­głęb­sze potrzeby: leniu­cho­wa­nia, odpo­czy­wa­nia i robie­nia sobie dobrze w porach, w któ­rych zazwy­czaj zapie­przamy jak motorki. Miłego spę­dza­nia upa­łów! Najlepiej nad wodą ale jak się nie ma pod ręką co się lubi, to się trzeba jakoś sobą ina­czej zająć :)

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

23 Komentarzy do “Upały — poradnik jak przetrwać”

  1. Pawouek 17/07/2007 do 09:07 # Odpowiedz

    Zgadzam się z wszyst­kim (w sumie podobne z nas typy — „gruby, brzydki i pomarsz­czony” ;> )

    Tylko do jed­nego mam zastrze­że­nia — ilo­ści soli. Sól oczy­wi­ście wiąże wodę, ale w zbyt dużym stę­że­niu w orga­ni­zmie sty­mu­luje go do pozby­cia się nad­miaru — wła­śnie przez wypo­ce­nie. ERGO — solić, ale nie przesalać.

    Z moich napit­ków upa­ło­wych naj­le­piej działa zie­lona her­bata z trawą cytry­nową (lub cytryną/limonką) z dodat­kiem poma­rań­czy i/lub gra­pe­fru­ita. Najlepiej pod posta­cią ICE-TEA :)

    (No i tu druga uwaga — nie może to być zbyt zimne! Organizm w któ­rym nagle zamrozi się organy wewnętrzne np. litrem lodo­wa­tej her­baty zacznie grzać na max’a aby odzy­skać odpo­wied­nia tem­pe­ra­turę pracy)

  2. byte 17/07/2007 do 09:16 # Odpowiedz

    Jak się nie chce wła­zić pod przy­sznic, to wystar­czy zimna — czy raczej lodo­wata — woda na kark. Daje w pysk i sta­wia na nogi.

    No i piwo. Zimne, bar­dzo zimne. Woda też jest świetna, o ile jest niegazowana.

    • Pawouek 17/07/2007 do 09:40 # Odpowiedz

      Piwo — nie za bar­dzo na upały…

      Wypijasz piwo i twoje naczy­nia krwio­no­śne roz­sze­rzają się (tak, nawet przy tak nie­wiel­kiej ilo­ści alko­holu), wię­cej krwi prze­pływa pod skórą, a więc wymiana cie­pła jest lep­sza. Niestety jest to krót­ko­trwały stan. Organizm chce się pozbyć alko­holu z orga­ni­zmu i tu nie­spo­dzianka — potrze­buje do tego WODY, więc zamiast uga­sić pra­gnie­nie — wzmaga je.

      Podobnie ma się rzecz z Colą — zawiera w sobie duże ilo­ści fos­fo­ra­nów, któ­rych roz­ło­że­nie wymaga wody.

      • byte 17/07/2007 do 10:57 # Odpowiedz

        Widocznie moje naczy­nia krwio­no­śne są jakieś nie­świa­do­mione w kwe­stii roz­sze­rza­nia, bo nie chce mi się pić i nie pocę się bar­dziej. Cud, panie.

  3. futomaki 17/07/2007 do 09:35 # Odpowiedz

    Wydajna kli­ma­ty­za­cja w pracy spra­wiła, że z nie­chę­cią myślę o week­en­dzie, kiedy to będę od tej klimy odcięty ;)

  4. harnir 17/07/2007 do 11:19 # Odpowiedz

    U nas w fir­mie mamy o tyle dobrze, że mie­ścimy się w piw­nicy wol­no­sto­ją­cego domu — przez cały dzień przy­jemny chłód. :-) Byleby nie otwie­rać okien.

    Za to o wiele gorzej mam w miesz­ka­niu — na 4, naj­wyż­szym pię­trze bloku; nie dość że wysta­wione na słońce z boków i z góry, to jesz­cze cie­pło idzie z dołu. Nie da się tego ochło­dzić żad­nymi sposobami…

  5. aprii 17/07/2007 do 12:37 # Odpowiedz

    jak tak to czy­tam i sobie myślę o tych, któ­rzy żyją na połu­dniu to aż mi się chce tam jechać i tam spę­dzać lato

    tekst moty­wuje do zmian stylu życia, zwłasz­cza, gdy ktoś mieszka na ostat­nim pię­trze bloku z płyty

  6. zx 17/07/2007 do 12:52 # Odpowiedz

    Ja tam w sytu­acjach eks­tre­mal­nych, prze­cho­dzę do kuchni i otwie­ram lodówkę. Klimatyzatora się jesz­cze nie doro­bi­łem (bo IMO to jedyne roz­sądne wyj­ście na upały), więc trzeba sobie jakoś radzić…

  7. Byru 17/07/2007 do 17:35 # Odpowiedz

    W pracy jest przy­jemny chłód :), wra­ca­jąc trzeba się tylko prze­bić przez Wrocław nasta­wia­jąc się na lekki pie­cyk w komu­ni­ka­cji miej­skiej — ale za to po powro­cie wyj­mu­jesz takiego arbuza z lodówy i wci­nasz :). Jak zabrak­nie — jest cienko (to fakt) :D. Lepiej od razu kupić dużo i ład­nie schło­dzić przez parę dni.

    Jakoś trzeba sobie radzić :P.

    Co do bro­warka to nie prze­pa­dam za piciem go w takim upale, czło­wiek od razu czuje się 2 x gorzej.

  8. Robert Pankowecki 17/07/2007 do 19:40 # Odpowiedz

    Papa Costa chyba pierw­szy raz wpadł na wykop :-)

  9. CoSTa 17/07/2007 do 21:00 # Odpowiedz

    o fak­tycz­nie, dosta­łem kopa :)

    [b]pawouek[/b]: cię cho­roba, znasz się na mecha­ni­zmach dzia­ła­nia tej naszej maszy­ne­rii jak widzę… ja tam z solą jako tako sobie radzę ale wolę nasy­pać wię­cej, niż mniej. zna­czy, że jak zwy­kle przeginam :)

    [b]byte[/b]: oj, to tu się roz­jeż­dżamy. ty jako mój star­szy jak widzę — zimny bro­war w dłoń i ognia. ja nie mogę. mała dawka alko­holu w gorąc mnie roz­wala. po trzech łykach bro­waru, jaki by on smaczny nie był w takich warun­kach, zaraz jestem pijany i natych­miast zasy­piam. ludzie widać na to reagują przedziwnie :)

    [b]futomaki[/b]: dosko­nale cię rozu­miem choć z dru­giej strony zaczy­nam doce­niać miesz­kanko, które kupi­li­śmy — tu jest chłodno! przy­jemne zaskoczenie :)

    [b]harnir[/b]: współ­czuję z głębi ser­du­cha. jak wspo­mi­na­łem — miesz­ka­li­śmy z dorotką w wiel­kiej pły­cie w dwóch poko­jach z oknami na jedną stronę bloku i ze słoń­cem przez cały dzień. w skró­cie — totalna masa­kra i kom­pletne zmę­cze­nie nie­za­leż­nie od pory dnia :/

    [b]april[/b]: dwa tygo­dnie gdzieś w nie­tu­ry­stycz­nym miej­scu by zoba­czyć jak funk­cjo­nuje to senne połu­dnie i jesteś sprze­dany :). ten styl życia pasuje mi BARDZO!

    [b]zx[/b]: no tak — lodówka… jak mogłem zapo­mnieć? może dla­tego, że nie muszę ucie­kać się aż do takich roz­wią­zań. ale patent brzmi dobrze choć nie wiem co na to rachu­nek za prąd :)

    [b]byru[/b]: z tym bro­war­kiem to mam dokład­nie tak samo — napiję się i po trzech łykach żałuję, że zaczy­na­łem. głu­pio tak tro­chę ale z fizjo­lo­gią wła­snego orga­ni­zmu wal­czyć nie zamierzam.

    [b]robert[/b]: drugi bodajże. raz po zna­jo­mo­ści mnie byte wsa­dził za jakąś głu­potę :). czyli w sumie nic się nie zmie­nia od dłuż­szego czasu na blogu — jak głu­poty były, tak są :)

  10. Robert Pankowecki 18/07/2007 do 05:11 # Odpowiedz

    BTW dla­czego mówisz „gorąc” to nie po poznań­sku przecież…

  11. xeo 18/07/2007 do 08:14 # Odpowiedz

    Oy cos mi sie wydaje, ze to juz drugi raz na wykopie.

  12. Hal 18/07/2007 do 09:48 # Odpowiedz

    A ja muszę sie rato­wać zim­nymi napojami…

  13. CoSTa 18/07/2007 do 20:36 # Odpowiedz

    [b]robert[/b]: ta? a jak jest po poznań­sku? nie jestem z pozna­nia i nie mam poję­cia jak pozna­niacy na „gorąc” mówią :)

    [b]xeo[/b]: ta. zdaje się, że wła­śnie drugi. trzeba wziąć się za dobre pisa­nie to kto wie, może se nabiję wejść i jakiś dziany a głupi por­tal mnie kupi i resztę życia spę­dzę na bahamach… ;)

    [b]hal[/b]: jak wszy­scy, jak wszyscy…

  14. Lesiuu 19/07/2007 do 09:58 # Odpowiedz

    Gratulacje za fajny wpis.

    Dawno nie czy­ta­łem na blogu tak zabaw­nego postu. Pozdrawiam i życzę nie­ustę­pu­ją­cego poczu­cia humoru.

    Michał — Warszawa

  15. i0 19/07/2007 do 14:14 # Odpowiedz

    A może cho­ciaż dwa, trzy główne punkty? Jest za gorąco, żeby zmu­sić się do czy­ta­nia takiej ilo­ści maczku… ;)

  16. ish 19/07/2007 do 18:32 # Odpowiedz

    jesz­cze jeden pozy­tywny patent, tak BTW, obcza­jony wla­snie w Grecji — spa­nie w zmo­czo­nej zimna woda koszulce– BARDZO ula­twia zycie :)

    A te kobi­ciny tak cho­dza opa­tu­lone praw­do­po­dob­nie z teego samego powodu co gene­ral­nie ludzie na bli­skim wscho­dzie– nie chca dostac opa­rzen skory. A luzne ubra­nia gwa­ran­tuja lep­szy wentylacje

  17. CoSTa 19/07/2007 do 21:30 # Odpowiedz

    [b]lesiuuu[/b]: a dzię­kuję i pozdra­wiam również :)

    [b]i0[/b]: OK, OK, te dwa punkty to: 1) leń się ile wle­zie, 2) rób sobie dobrze ile wle­zie. no i to w sumie byłoby na tyle. kom­pre­sja to fan­ta­styczna sprawa :)

    [b]ish[/b]: spać w mokrej koszulce? to jest to, co zawsze doro­cie pró­buję wytłu­ma­czyć (zazwy­czaj się udaje): po jasną cho­lerę w ogóle spać w jakiejś koszulce? ściągać! :)

  18. Łukasz 19/07/2007 do 21:35 # Odpowiedz

    odno­śnie tych babć — podob­nie robi legia cudzo­ziem­ska : nosze­nie luź­nej odzieży zakry­wa­ją­cej całe ciało bar­dzo zmniej­sza poce­nie się

  19. PeterCub 20/07/2007 do 21:30 # Odpowiedz

    No dobra też Cię wyko­pa­łem, poczy­taj tam kone­ta­rze, ten lodzik też mi się z czymś koja­rzył, czymś mokrym i gorącym :)

  20. krzychu 26/07/2007 do 09:12 # Odpowiedz

    W sumie dobry to porad­nik jest :) choć jego zasto­so­wa­nie w naszych prze­cięt­nych warun­kach jest raczej mizerne: np. nie­wielu ma miesz­ka­nie w płyt­kach cera­micz­nych — co jest świetną metodą, powszech­nie zresztą sto­so­waną metodą w Grecji. Oni mogą sobie dodat­kowo takie miesz­ka­nie np. nawilżyć/pokropić wodą.

    Co do jedze­nia — też w sumie masz rację z jed­nym wyjąt­kiem: jedze­nie przed snem to porażka :) co sam odnotowujesz.

    W zupeł­no­ści prawdę piszesz o cha­rak­te­rze upa­łów u nas i w Grecji.

    Ale z jed­nym to się cał­kiem nie zgo­dzę: LENISTWO nie jest uni­wer­sal­nym lekar­stwem. Jako była tania siła robo­cza w Grecji (plan­ta­cje brzo­skwi­niowe oraz — rza­dziej — pomi­do­rowe) :) wiem, że fizyczna PRACA świet­nie pozwala prze­trwać upał: pra­cu­jąc pod­no­sisz tem­pe­ra­turę ciała i niwe­lu­jesz róż­nicę mię­dzy orga­ni­zmem, a oto­cze­niem. Żadna tajem­nica w sumie ;)

    Dla jasno­ści: słowo [i]lenistwo[/i] nie obej­muje [b]sjesty[/b], która w cza­sie mor­der­czych upa­łów jest konieczna.

  21. Ender 26/07/2007 do 17:23 # Odpowiedz

    Zmrozony kufel (z gru­bego szkla) i cos w tym kuflu — piwo, cider — rewe­la­cja. I przez kilka godzin upalu — 3–4 takie kufelki. Wazne: nalezy sie­dziec wygod­nie i sie nie ruszac i tylko pozwa­lac sobie na dono­sze­nie kolej­nych por­cji. Sprawdzone. Dziala :)

Dodaj komentarz