Pomoc doraźna — nasza kochana służba zdrowia

EDIT: Drugi wpis Dorophy, który tra­fia tu dla celów histo­rycz­nych ale i trzeba przy­znać, że żonka miała prawo się wner­wić. Ja się po pro­stu i chłop­sku wkur… A o co cho­dzi? Zapraszam do lek­tury tego nieco spóź­nio­nego tek­stu, który wywo­łuje we mnie chęć zabi­ja­nia naszej służby zdro­wia. Powolnego i meto­dycz­nego wbi­ja­nia na pal…

Pokusiłam się żeby pokrótce opi­sać histo­rię dzia­ła­nia pogo­to­wia i tak zwa­nej pomocy doraź­nej sprzed tygo­dnia, kiedy w śle­pym zaufa­niu, że leka­rze jed­nak nie baga­te­li­zują zgło­szeń, zwłasz­cza doty­czą­cych dzieci, zadzwo­ni­łam na pogo­to­wie a potem tak zwaną pomoc doraźną 24h, pod którą pod­lega przy­chod­nia nasza rodzinna…

Majka gorącz­ko­wała, nie miała ani kataru, ani kaszlu — ot widać było, że coś ją bie­rze i to dość wstręt­nego bo nagle dostała wyso­kiej gorączki, skar­żyła się też na drobne poza tym dole­gli­wo­ści czy­sto przeziębieniowo-grypowe. To była sobota po połu­dniu. Ponieważ wszel­kie leki para­ce­ta­mo­lowe na nią nie dzia­łają, działa jesz­cze pyral­gin naj­le­piej w czopku, ale od jakie­goś roku nie mam siły, per­swa­zji i w ogóle nie potra­fię już zaapli­ko­wać małej czopka — w domu mia­łam nuro­fen więc poda­łam nuro­fen (spraw­dzony) i wszystko było OK, zadzia­łał. W nie­dzielę rano zadzwo­ni­łam do naszej pani dok­tor, była nie­stety poza Poznaniem i usta­li­ły­śmy plan dzia­ła­nia oraz to, że widzimy się w ponie­dzia­łek rano, a w razie czego jest dyżur. Kostas poje­chał do jele­niej póź­nym popo­łu­dniem, Majka w mie­dzy­cza­sie zaczęła poka­sły­wać, ale bez tra­ge­dii. Myślę sobie — damy radę, domowe środki anty­prze­zię­bie­niowe, walka z wysoką gorączka, no nic nie pierw­szy i nie ostatni raz, ale…

Około dzie­wią­tej wie­czo­rem tem­pe­ra­tura Majki wzro­sła znowu i to dość wysoko. Podałam nuro­fen i czu­wam. Mała usnęła. Coś mnie tknęło i tuż przed dzie­siątą spraw­dzi­łam — roz­pa­lona mak­sy­mal­nie, „leje się przez ręce”, na chwilę udało mi się wło­żyć ter­mo­metr, nie­stety spała nie­spo­koj­nie popła­ku­jąc i wypadł, ale wystar­czyło. Powyżej 39 stopni, a to była tylko chwilka… Dzwonię na pogo­to­wie, a pan do mnie rze­cze, że mam pomoc doraźną i mają obo­wią­zek w takiej sytu­acji przy­je­chać, tłu­ma­czę, że przy­chod­nia jest na dru­gim końcu mia­sta, on na to, zresztą pew­nie zgod­nie z prawdą, że to nie ma zna­cze­nia, bo pod­le­gam tam w związku z przy­chod­nią leka­rza rodzin­nego. Podał numer tele­fonu, kazał się uspo­koić (pew­nie histe­ry­zo­wa­łam). Dzwonię. Maja pła­cze w tle, zaczyna kasz­leć brzydko, gar­dłowo, jest kom­plet­nie nie­przy­tomna a w słu­chawce znu­dzony głos łączy do pedia­try. Pani pedia­tra wyraź­nie ledwo obu­dzona wypy­tuje co poda­łam, kiedy i zaczyna pouczać:
- że nie wyka­za­łam się roz­trop­no­ścią posia­da­jąc jeden lek,
- jak mogłam zostać sama z cho­rym dziec­kiem — prze­cież mogłam być samotną matką,
- mam uru­cho­mić rodzinę po leki — nie mam rodziny w Poznaniu a leków innych nie podam, bo wiem że na te nie jest uczulona.

Pani lekko się obra­ziła, dalej o tym braku roz­trop­no­ści i dodaje, że lek działa po mniej wię­cej godzi­nie. Pytam uprzej­mie czy mogę zadzwo­nić jakby coś się działo (pani zdzi­wiona) trzeba robić zimne okłady… W pół do jede­na­stej gorączka nie spada, okłady jesz­cze nie dzia­łają, Maja pła­cze pół­przy­tomna, skarży się, że się dusi, kaszle wyjąt­kowo paskud­nie, a ja głu­pia dzwo­nię jesz­cze raz do znu­dzo­nej pani, która mocno już obra­żona wyraź­nie suge­ruje, że kaszel sobie wymy­śli­łam, bo wcze­śniej o tym nie było mowy, po czym pyta: „Czego pani ode mnie ocze­kuje, udzie­li­łam infor­ma­cji”, ja na to „pomocy”, no i usły­sza­łam w słu­chawce: „ale mamy tyle zgło­szeń, ja nie wiem kiedy oni do pani przy­jadą, mogę spi­sać pani nazwi­sko i adres”, podaję adres i sły­szę — „a tam to my nie jeździmy”…

Rzuciłam słu­chawką, tyle zmar­no­wa­nego czasu.

Ostro wzię­łam się za schła­dza­nie ciałka (jakieś dwie do trzech godzin); ciałko krzy­czało, mówiło na mnie brzyd­kie rze­czy i w ogóle mia­łam ochotę wyć, to jest naprawdę ciężki silny kawał czte­ro­let­niej babeczki, w końcu nie mia­łam już sił, a Majka zaczęła kon­tak­to­wać bo pła­cząc nego­cjo­wała ilość okła­dów i czas ich trzy­ma­nia, zmie­ni­łam piżamkę i przy­tu­lona usnęła, po pół godzi­nie moje dziecko się ock­nęło… bez gorączki. Powiedziała, że jestem naj­uko­chań­szą maminką i tak usnę­ły­śmy tuż przed drugą. Kostas przy­je­chał koło trze­ciej w nocy wspie­rać nas w kolej­kach do lekarzy.

Skończyło się dobrze, ale prze­cież to rów­nie dobrze mógł to być krztu­siec, jakiś zapa­le­nie krtani albo nie wiem co jesz­cze i co wtedy?

A poza tym dodam jedy­nie, że mamy naprawdę świetną babeczkę która jest leka­rzem rodzin­nym, ale takich nie­stety nie ma zbyt wiele.

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

10 Komentarzy do “Pomoc doraźna — nasza kochana służba zdrowia”

  1. pedro 06/11/2007 do 00:41 # Odpowiedz

    Ech, zgroza bie­rze. Swojego czasu wzy­wa­łem karetkę do kolegi z podej­rze­niem zawału. Przyjechali po 1,5h. Bez sygnału. Nic się nie stało na szczęście.

    Niech ten sys­tem już umrze i odro­dzi się, bo na tym co jest niczego dobrego się nie zbuduje.

  2. Biter 06/11/2007 do 12:07 # Odpowiedz

    Fakt, masa­kra totalna… zabi­jać, dono­sić, lać moczem na taka służbę (!) zdrowia.

    Ja już sie kilka razy prze­ko­na­łem ze jak się leczyć to tylko pry­wat­nie, wtedy unika sie para­dok­sów w rodzaju „jesteś chory? pocze­kaj pół roku na swoją kolejkę, może w tym cza­sie nie umrzesz a nam bra­kuje punk­tów”. Gorzej jak kogoś nie stać na pry­watne lecze­nie, wtedy tylko zostaje liczyć na przy­sięgę hipokratesa .…

    To chyba tak jak z innymi „służ­bami” — więk­szość to zru­ty­no­wani pra­cow­nicy odli­cza­jący godziny do końca pracy, a tych z powo­ła­niem jest ledwo garstka.

    Jedyna metoda to bić ich po kie­sze­niach za takie zacho­wa­nia (lub po ryjach) :)

  3. byte 06/11/2007 do 12:39 # Odpowiedz

    Jednym z plu­sów miesz­ka­nia w mniej­szym od Poznania mie­ście jest moż­li­wość spo­tka­nia „pani dochtór” pod­czas nie­dziel­nego spa­ceru i nawrzu­ca­nia jej do woli — tu wszy­scy wszyst­kich znają.

    Rada na przy­szłość: nagry­wać roz­mowy. Dała nam przy­kład wła­dza, że to się przy­daje w razie czego.

  4. mst 06/11/2007 do 13:15 # Odpowiedz

    A moja rada — pro­sić o nazwi­sko i imię. Mają zaki­chany obo­wią­zek je podać. W więk­szo­ści przy­pad­ków działa (takie zapy­ta­nie) ostrze­gaw­czo na roz­mówcę i zaraz się budzą z noc­nej kawki i pączka.

    A co do pogo­to­wia. Ja jesz­cze pocie­chy się nie doro­bi­łem (wszystko przede mną), ale to chyba dobry pomysł, aby prze­nieść się do pry­wat­nej służby zdro­wia (tym bar­dziej jeśli mamy na pokła­dzie „małe” dzie­ciątko). Ja tak zro­bię. Nie jest to dro­gie (zależy gdzie; w Warszawie naj­droż­sze na pewno) za to mamy opiekę 24h, lekarz do domu, refun­da­cja leków itd. Ja przy­naj­mniej tak zro­bię, bo sły­sza­łem, że to może i tak po ame­ry­kan­sku, ale bezpieczniej…

    Pzdr

    A.

  5. Brzoza 06/11/2007 do 16:23 # Odpowiedz

    Nasza histo­ria z Alinką była bar­dzo podobna:( Mała zaczęła się słabo czuć tak na wyso­ko­ści sobot­niego poranka — a była to jej pierw­sza cho­roba. Gorączka zaata­ko­wała w nie­dzielę — Ania trzy­mała rękę na pul­sie i nie dała wzro­snąć ponad 38 stopni. Czopki zadzia­łały. Ania zadzwo­niła na numer tej doraź­nej pomocy pedia­trycz­nej (w Warszawie też jest takowa)i usły­szała, że jeśli mała będzie miała gorączkę ponad dobę bez wystę­po­wa­nia dodat­ko­wych obja­wów (kaszlu, kataru, wymio­tów etc.) to KONIECZNIE trzeba iść z dziec­kiem do leka­rza. Warunek speł­nia­li­śmy — mała ponad dobę gorącz­ko­wała bez żad­nych dodat­ko­wych obja­wów, więc Ania popro­siła ową pomoc doraźną o przy­jazd pediatry.

    I tu uwaga: miła Pani poin­for­mo­wała, że owszem mogą przy­je­chać, ale aktu­al­nie mają JEDNEGO pedia­trę na dyżu­rze, więc musie­li­by­śmy się zapi­sać do kolejki setki innych zgłoszeń.

    Skoczyłem do naszej przy­chodni, która pro­wa­dzi dyżur nie­dzielny, ale było tam dobrze ponad 20 dzieci, więc musie­li­by­śmy stać w kolejce z cho­rym dziec­kiem lekko licząc ze trzy godziny. Inaczej mówiąc mie­li­śmy leczyć dżumę cholerą…

    A więc wcho­dzę na inter­net i szu­kam wizyt domo­wych. Płatnych było bez liku, więc wybra­łem na chy­bił tra­fił no i przy­je­chała do nas Pani dok­tor. Z samej wizyty i jej pro­fe­sjo­na­li­zmu jeste­śmy bar­dzo zado­wo­leni. Super zado­wo­leni. Ale z faktu wywa­le­nia 170 zł za jedną wizytę — już nie­ko­niecz­nie. Zaczynam się poważ­nie zasta­na­wiać nad zaku­pie­niem oferty jakie­goś LuxMedu…

  6. Brzoza 06/11/2007 do 16:26 # Odpowiedz

    I jesz­cze dodam dla wszyst­kich bez­dziet­nych, co to myślą, że histe­ry­zu­jemy — gorącz­ku­jące dziecko, lejące się przez ręce to po pro­stu prze­ra­ża­jący widok i uczu­cie kom­plet­nej bez­sil­no­ści. Ja twardo robi­łem dobrą minę, aby uspo­koić tro­chę Anię (jak każda matka kwe­stie histe­rii ma wpi­sane w genach), ale to nie było miłe prze­ży­cie. Jak się dowia­duję, że na Warszawę jest jeden pedia­tra do wizyt u nie­mow­la­ków, to szlag mnie trafia.

  7. doropha 07/11/2007 do 04:53 # Odpowiedz

    pedro: sys­tem jest do bani i kom­plet­nie sie nie spraw­dza w chwi­lach gdy rze­czy­wi­ście coś się dzieje, nama­wiam Kostasa na pry­watne ubez­pie­cze­nie, przy­naj­mniej dla majki

    biter: nóż w kie­szeni sam sie otwiera, a nasza lekar­kra odzinna z tak zupeł­nie innym podej­ściem do pacjenta jest jak okaz, smutne

    byte: oj z chę­cia wrzu­ci­ła­bym pani „parę cie­płych słów”, a roz­mowa zgod­nie z tym co usły­sza­łam przed połą­cze­niem była nagrywana…

    mst: o posta­wie­niu pani do pionu nawet nie pomy­śla­łam, za bar­dzo byłam zde­ner­wo­wana, zała­mana i prze­ra­żona reakcją

    brzoza: my też zasta­na­wiamy sie nad ubez­pie­cze­niem przy­naj­mniej majki; a naj­gor­sze jest to, ze tak naprawdę miesz­kamy tyle lat w poza­niu i nawet nie zna­łam (już teraz pozbier­łam roche wska­zó­wek i nazwisk) żad­nego leka­rza, który przy­je­chałby z wizytą do domu, ja za taka wizytę spo­koj­nie zapłacę tylko żeby trze­pot ser­du­cha uspo­koić i wie­dzieć co się dzieje oraz co robić; a Maja mi jesz­cze przed powro­tem Kostasa sprze­dała jedna noc „duchów” nie zwią­zaną z oskrze­lami, ale rówież z pła­czem i bólem nie­stety; wszystko wska­zuje na to nasza baba jaga cierpi na tak zwane „bóle wzro­stowe”, nie jest to wcale fajne i wiąże sie czę­sto z nie­prze­spaną nocą do kon­sul­ta­cji jeszcze…

    • pedro 23/11/2007 do 13:42 # Odpowiedz

      doro­pha: Luxmed to badzie­wie, w dodatku kosz­towne. Mam ubez­pie­cze­nie z pracy, więc wiem co nieco. Kolega miał zła­ma­nie nogi, chcieli go zapi­sać za 3 dni na wizytę, bo aku­rat wszystko zajęte… Nie wie­dział śmiać się czy pła­kać. Postraszył ich sądem, to czas się znalazł.

  8. mst 26/11/2007 do 11:38 # Odpowiedz

    Lux-Med nie­ko­niecz­nie, ale z tego co się orien­tuję, warto wyku­pić sobie „polisę” np. w Inter Polska (www.interpolska.pl) albo SIGNAL IDUNA (www.zdrowotne.pl). Dzięki temu zysku­jesz dostęp do więk­szej liczby pla­có­wek i nie jesteś ska­zana na jedną, macierzystą.

    Dla przy­kładu. Wykupujesz kartę pacjenta w Inter i masz dostęp (w Poznaniu) do: Certus, Cordis, Lux-Med, LIM, Candeo, PROMEDIS, Medic, a nawet „Gabinet Internistyczny

    Prof. dr hab. n. med. Piotr Psuja”.

    Składki w zależ­no­ści od wieku, acz­kol­wiek nie są zapo­rowe. A jak wia­domo, na zdro­wiu nie warto oszczę­dzać. Tym bar­dziej gdy maleń­stwo jest w domu..

    Pzdr.

    • CoSTa 27/11/2007 do 22:40 # Odpowiedz

      O, widzisz, muszę Dorophę pogo­nić nieco, bo moja żonka obla­tana w tym wszyst­kim dosko­nale (w Signal Iduna robiła nawet przez jakiś czas) a jakoś efek­tów nie widać.

      Dostanie żona moty­wu­ją­cego kopa :)

Dodaj komentarz