I Am Legend (Jestem legendą)

I Am Legend
Jestem legendą

No to sko­czy­li­śmy sobie z Dorotką do kina. Korzystamy z przy­jazdu babci Wuli, która to nadobna nie­wia­sta wzięła i se do nas przy­je­chała, przy oka­zji wypeł­nia­jąc nam lodówkę i robiąc kupę faj­nych pre­zen­tów. Dzięki bab­ciu! Za ten wolny wie­czo­rek zaś szcze­gólne dzięki.

O fil­mie w sumie czy­ta­łem nie­wiele, bar­dziej do wyobraźni prze­mó­wiły mi tra­ilery i kilka new­sów na Zakazanej pla­ne­cie. Spodziewałem się filmu z zom­bia­kami w apo­ka­lip­tycz­nych sce­ne­riach i w sumie to wła­śnie dosta­łem. Czujecie pewną nutę zawodu? No wła­śnie, niby dostaje się to, czego się spo­dziewa ale hame­ry­kańce nie byliby sobą, gdyby gdzieś w tle nie prze­my­cali swo­jego hol­ly­wo­odz­kiego opty­mi­zmu i wiary w Kraj, Ludzi oraz oczy­wi­ście Boga.

Zaczyna się feno­me­nal­nie po pro­stu — uję­cia ulic Nowego Jorku zaro­śnię­tego drze­wami, z buszu­ją­cymi po nim zwie­rzę­tami i ogól­nego upadku, to jest to, co apo­ka­lip­so­ma­niacy polu­bią. W tymże Nowym Jorku mieszka sobie koleś, który jest natu­ral­nie odporny na — jakże by ina­czej — wirusa, który miał pier­wot­nie być zba­wie­niem ludz­ko­ści przed rakiem a zmu­to­wał w nie­wia­do­moco. Wirus wyrżnął wszystko a także dobija zwie­rzeta. Na pla­ne­cie zwa­nej Ziemia pozo­staje już nie­wiele ludziów, wirus zbiera krwawe żniwo a nie­liczni oca­lali żyją jak zaszczute zwie­rzęta. W tym całym zamę­cie Robert Neville pró­buje z racji swo­jej pro­fe­sji (nie dość, że jest woj­sko­wym, to do tego naukow­cem) wal­czyć z wiru­sem na pierw­szej linii ognia, czyli po hame­ry­kań­sku mówiąc — w stre­fie zero, które to poję­cie po 11 wrze­śnia wia­do­mego roku weszło już na stałe do słow­nika prze­cięt­nego hamerykanina.

Czy mu się udaje, czy też nie — to sobie zoba­czy­cie w kinie. Mnie nie­stety film w kilku miej­scach zawiódł. Zabrakło mu bowiem otoczki, przed­sta­wie­nia codzien­nej rutyny bycia ostat­nim czło­wie­kiem na ziemi (nooo, nad­uży­cie ale koleś mógł se tak myśleć) i nie strze­la­nia sobie w łeb za każ­dym razem, gdy się broń wyciąga. Zabrakło bowiem zbu­do­wa­nia postaci z krwi i kości, przed­sta­wie­nia dra­matu faktu bycia ostat­nim jeśli nie na całej ziemi, to cho­ciaż w NY, uwy­pu­kle­nia tegoż, nada­nia mu głębi, zmu­sze­nia widza do poję­cia całej grozy takiej sytu­acji. Niestety poszła para w stronę wizu­alną, zresztą miej­scami nieco nie­do­ro­bioną. Animowanie zwie­rzaki śred­nio były prze­ko­nu­jące a zom­biaki wyani­mo­wano wręcz fatal­nie. Chciano dobrze ale wyszło co naj­wy­żej śred­nio. Anyway — mam nie­od­parte wra­że­nie, że twórcy skrę­cili w złą ścieżkę bo w tej opo­wie­ści aku­rat naj­mniej chyba cho­dziło o same zom­biaki. To był temat na zupeł­nie inne podej­ście ale wybrano typowe, hol­ly­wo­odz­kie. Szkoda.

Czy film jest w takim razie zły? Ano nie, nie jest. Jest cał­kiem dobry i w tym chyba leży pro­blem. Gdyby to był banał z zom­bia­kami w roli głów­nej, czło­wiek kupiłby sobie skrzynkę popcornu, wia­dro coli i bawiłby się na sean­sie w naj­lep­sze. Tak jed­nak nie jest. Sam mate­riał skła­nia do nie­po­pcor­no­wego podej­ścia do filmu a i w samym fil­mie prze­my­cono cał­kiem sporo sma­ków dla kogoś nie cze­ka­ją­cego li tylko na zom­biaki. Niestety, zbyt tego prze­my­ca­nia było mało a moim zda­niem o żad­nym prze­my­ca­niu nie mogło być mowy przy takim mate­riale. To od początku powinna być opo­wieść o ostat­nim sur­wi­wa­lowcu, który ma o tyle pod górkę, że nocami dzieją się za murami jego miesz­ka­nia rze­czy straszne. To powinna być opo­wieść o tym, jak radzi sobie czło­wiek posta­wiony przed wyzwa­niem bycia tym ostat­nim. Niestety nie jest. Szkoda.

Ocena w skali 1–10: 6

ofi­cjalna strona filmu
tra­ilery
film w ser­wi­sie imdb.com
film w ser­wi­sie filmweb.pl

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

19 Komentarzy do “I Am Legend (Jestem legendą)”

  1. Hadret 26/01/2008 do 22:50 # Odpowiedz

    Świetna recka, mia­łem bar­dzo podobne odczu­cia po obej­rze­niu tego filmu. Mogło być to coś znacz­nie głęb­szego, a wyszło tak sobie. I efekty rze­czy­wi­ście miej­scami ssały ostry. Podobnie jak ści­ga­nie jelon­ków mustan­giem (i nie moż­ność ich dogo­nie­nia), a póź­niej­sze polo­wa­nie na pie­chotę — jeżeli umiał tak szybko bie­gać, to do czego był mu potrzebny samochód?

    I nie chcę być zbyt dużym scep­ty­kiem, ale naprawdę nie chce mi się wie­rzyć, żeby betonowo-asfaltowe NYC tak szybko zarosło…

    Ach, no i te psy, które nie mogły prze­sko­czyć małego pasemka świa­tła zacho­dzą­cego słońca — c’mon, wiem że miało być napię­cie, ale to było po pro­stu śmieszne [:

  2. microust 26/01/2008 do 23:03 # Odpowiedz

    Heh, sporo takich nie­do­cią­gnięć. Najbardziej mnie „wku­rzały prze­ani­mo­wane zom­biaki. Wizja NY cał­kiem fajna, ale wła­śnie tu pole kuku­ry­dzy, a tam poje­dyń­cze trawki. Ok, roz­rywka i tyle.

    Mam jed­nak nie­od­parte wra­że­nie że ame­ry­ka­nie nie mogli odku­pić praw do „28 dni póź­niej” — więc zro­bili po swo­jemu — więk­sze, lep­sze głośniejsze.

    A pan Boyle to jed­nak dla mnie jest coś.

    Wieczorek przy­jemny mimo wszystko był bo: „Zaczyna się feno­me­nal­nie po pro­stu — uję­cia ulic Nowego Jorku zaro­śnię­tego drze­wami, z buszu­ją­cymi po nim zwie­rzę­tami i ogól­nego upadku, to jest to, co apo­ka­lip­so­ma­niacy polubią”

  3. golem14 26/01/2008 do 23:08 # Odpowiedz

    Widzielim. Dobry film. Racja, że ani­mo­wane posta­cie wyglą­dają jak gumowy Golum, ale… może poszli po kosz­tach — taniej wyszło wyna­jąć fermę ser­we­rów do ren­de­ringu niż sta­ty­stów. Film koja­rzy się nachal­nie z Resident Evil: Extinction z tego samego roku i dużo mię­dzy nimi podo­bieństw. Mam nawet wra­że­nie, że to ta sama histo­ria opo­wia­dana z innego punktu widze­nia. Tyle, że „Legenda” jest lep­szy IMO. Uciął bym go przed tym „Happy Endem(?)” na tej wybu­cho­wej sce­nie… bo to dobre jest, gdy główny boha­ter… to takie odmienne od wszel­kich pro­duk­cji made in USA. BTW. Czy ostat­nia scena to furtka do IL2?

  4. SpeX 27/01/2008 do 00:10 # Odpowiedz

    To ja się jakoś z wami nie zgo­dzę. Co do filmu.

    Po pierw­sze uwa­żam iż film jest coś wię­cej niż tylko o zombi jak w 21 dni/week póź­niej czy seria RE. Tu raczej spo­tka­nia z zoo­mbi są odsu­nięte na dal­szy plan.

    W fil­mie mamy uka­za­nego ostat­niego czło­wieka na ziemi, który chce ura­to­wać ludz­kość. Co prawda ma do tego na 2 spo­soby, spo­tkać innych oca­la­łych albo zna­leść lekar­stwo i odwró­cić muta­cja (zauważ­cie iż przez więk­szość filmu wiemy iż tylko on przeżył).

    Co do trawy to nie zapo­mnij­cie iż film dzieje się chyba 3 lata po epi­de­mii, więc spo­koj­nie natura mogła ode­brać NY.

    Co do zombi, fak­tycz­nie może lep­szy efekty by wyszedł jak by ucha­rak­te­ry­zo­wali statystów.

    Ale film nie jest wolny od błędów:

    1)pierwsza noc. Nasz boha­ter zamyka wszyst­kie okna i idzie spać w wanny, a budzi go słońce na łóżku.

    2)Laboratorium. Najprawdopodobniej wybu­do­wa­nie przez armie po odcię­ciu wyspy (jak i ufor­ty­fi­ko­wa­nie domu), lab posiada np izo­latkę, ale nie posiada żad­nego mecha­ni­zmy dezyn­fek­cji (UV) czy samo destrukcji.

    Reasumując Im Lenend jest fil­mem o zombi, ale innym od pozo­sta­łych. Który sku­pia się i uka­zuje zacho­wa­nie ostat­niego czło­wieka na ziemi.

    Ciekawostka:

    Książka, na pod­sta­wie któ­rej powstał film nie jest o zombi, a o wam­pi­rach :P

    Polecam rów­nież roz­k­minke o fir­mie tu:

    http://forum.gwrota.com/index.php?showtopic=12914

  5. shqvarny 27/01/2008 do 10:10 # Odpowiedz

    CoSTa, może Ty mi wytłu­ma­czysz — co robiły lwy w NY oraz jak te zom­bie chciały się najeść żyla­stym Willem Smithem i jego psem?

  6. Walker 27/01/2008 do 10:53 # Odpowiedz

    Oglądałem, CoSTa, oglą­da­łem i w sumie mam wra­że­nie mocno podobne do Twojego. Z tym, że ja nie prze­pa­dam za zom­bia­kami i innymi tego typu stwo­rami hor­ro­ro­po­dob­nymi, a od filmu ocze­ki­wał em, tak jak Ty, wznio­słej opo­wie­ści o hero­icz­nym sur­wi­wa­lowcu ratu­ją­cym świat, ergo — to hor­ror, ja pro­si­łem o katastroficzny :).

  7. CoSTa 27/01/2008 do 11:01 # Odpowiedz

    [b]hadret[/b]: Oj, beton o dziwo szybko zara­sta. Dwa sezony i masz na budo­wach krzuny aż miło patrzeć. Kilka lat i drzewa rosną dia­bli wie­dzą skąd i na czym. Dowiedzione nie­jed­no­krot­nie na np. pły­tach lot­nisk po naszych sowiec­kich bra­ciach, któ­rzy wzięli i się byli wyjechali :).

    Ty, ta furka to był mustang? Kurczę, mi to wyglą­dało na jakąś dopa­ko­waną beemę. Anyway, mru­czało ślicz­nie :). No i z tymi psami to fak­tycz­nie bzdura i na siłę robione napięcie.

    [b]microust[/b]: Wiesz, ichni Central Park to nie­jedną naszą dziel­nicę by pomie­ścił więc w pola kuku­ry­dzy jak naj­bar­dziej wie­rzę. Ba! Zdziwiłbym się, gdyby kole­sia poka­zali bez pod­sta­wo­wych odru­chów w stylu wła­śnie zasa­dze­nia se kilku warzy­wek dla uroz­ma­ice­nia diety :).

    [b]golem14[/b]: Z Resim nowym jakoś mi się ten film nie sko­ja­rzył ale to kwe­stia osob­ni­cza :). Niemniej koń­cówkę też bym se poda­ro­wał. O ile cie­kaw­sze by było, gdyby panienka poje­chała se w stronę wscho­dzą­cego słońca rzu­ca­jąc jakąś celną uwagę o głu­po­cie odbez­pie­cza­nia gra­natu w piw­nicy. No ale to Hollywood, tam filmy rzą­dzą się swo­imi prawami…

    [b]spex[/b]: Oj, po dwu­kot­nym ostat­nio wcią­gnię­ciu 28 dni póź­niej muszę stwier­dzić, że tak dogłęb­nego stu­dium ludz­kiego szału (wirus wszak Rage się nazywa) to dawno nie widzia­łem. I tak przej­mu­jąco skrę­co­nego. 28 tygo­dni to już rzeź­nia co się zowie i na swój spo­sób także urze­ka­jąca ale jedy­neczka to jest wła­śnie TO.

    Laboratorium z auto­de­struk­cją? Na boga, mniej gier komputerowych! :)

    No i nie­stety nie poka­zuje ten film wła­śnie tego, co miał poka­zać — owego ostat­niego czło­wieka jakoś sobie radzą­cego na reszt­kach ziemi. Próbuje ale jest to tak powierz­chowne, że aż mi przeszkadzało.

    [b]shqvarny[/b]: NY jakieś zoo chyba ma, nie? No to przyj­mijmy, że dały dyla z zoo wła­śnie. A co do żyla­sto­ści WS — oj, czas wzno­wić dietę i sko­czyć na pakow­nię. Tak mi Dorota rozkazała :)

    [b]walker[/b]: Mnie zom­biaki nie prze­szka­dzają ale wła­śnie owego sur­wi­wa­li­zmu mi zabra­kło bar­dzo. No i sceny odci­na­nia wyspy w ramach kwa­ran­tanny… Tak jak piszesz — kata­stro­fi­zmu zabra­kło! Można z tego było zro­bić cacko…

  8. shqvarny 27/01/2008 do 11:51 # Odpowiedz

    też myśla­łem w pierw­szej chwili o tym. tylko czemu zom­bie poluje na WS, a nie na lwy? niby takie odmóż­dzone, a potra­fią sko­pio­wać wymyślną pułapkę WS.

    ten film powi­nien mieć drugi tytuł -> „nie pytaj dlaczego?”

  9. tockar 27/01/2008 do 12:53 # Odpowiedz

    Film ma przede wszyst­kim bez­na­dziejną koń­cówkę. Cały film jest o bied­nym, samot­nym czło­wieku, sam pośrodku NY, gada­ją­cym do mane­ki­nów, a koń­czy się najaz­dem hordy zom­bie na dom. I jesz­cze te cele­bro­wa­nie uży­cia gra­natu… bleh.

  10. SpeX 27/01/2008 do 21:21 # Odpowiedz

    @shqvarny, zauważ iż zomki kon­su­mo­wały np sarnę jak pies za nią wle­ciał do jakie­goś budynku. Więc naj­praw­do­po­dob­niej po pro­stu zombi nie tra­fiły na lwy za nocy.

    @CoSTa, czy wybu­cha­jące lab to wina gier kom­pu­te­ro­wych? Czy ogó­łem kul­tury USA? Zauważ iż w nie jed­nym fil­mie lab na sys­tem samo destruk­cji, jako ostatni śro­dek zapo­bie­gaw­czy roz­nie­sie­niu się zarazy

    • CoSTa 29/01/2008 do 14:38 # Odpowiedz

      Wiesz, czyja to wina — czy gier, czy fil­mów — to już dzie­le­nie włosa na czworo. Posłużmy się nieco zanie­dba­nym zdro­wym roz­sąd­kiem i pokom­bi­nujmy: na jaki czło­nek ostat­niemu kole­siowi na gle­bie sys­tem auto­de­struk­cji w labo­ra­to­rium? Ja nie mam pojęcia.

  11. shqvarny 27/01/2008 do 21:33 # Odpowiedz

    no dobra, nie tra­fiły na lwy. jed­nak czemu tak zawzię­cie na tego czar­nu­cha i jego kun­dla polowali?

    swoją drogą, to mam wra­że­nie, że myślimy o tej fabule wię­cej niż twórcy filmu.

  12. SpeX 27/01/2008 do 23:22 # Odpowiedz

    Najprawdopodobniej zombi żyją sta­dami, kie­ro­wa­nie jedy­nie pod­sta­wo­wymi pra­wami prze­trwa­nia. Na Gwrota.com doszli do wnio­sku iż ta kobieta-zombi na któ­rej testo­wał lek, była kobietą tego głów­nego zombi. Więc naj­praw­do­po­dob­niej chciał ją odzyskać.

    Zauważ iż wcze­śniej nie miał kło­potu z zombi, nawet jak jadły sarnę to się na niego nie rzu­ciły (w końcu to wię­cej żarcia)

  13. dev 28/01/2008 do 18:14 # Odpowiedz

    Filmu nie obej­rza­lem, ale nad­ro­bie na pewno. Poki co pole­cam „1408” — oczy­wi­scie jesli nie ogla­da­les. Zombiakow moze nie ma, apo­ka­lipsy tez sla­dowe ilo­sci, ale imo to swietny thril­ler — polecam. :)

    • CoSTa 29/01/2008 do 14:41 # Odpowiedz

      Oj, nie spodo­bał mi się 1408 wcale a wcale. Oglądałem siłą roz­pędu ale mniej wię­cej w poło­wie mia­łem odruch się­gnię­cia po pilota i wyłą­cze­nia filmu. Dlaczego? Bo to taka tro­chę bzdurka z początku była, która z cza­sem roz­ro­sła się w wielką bzdurę i mar­no­wa­nie mojego czasu. Spoko, rozu­miem, że film mógł się podo­bać ale mnie nie wszedł on nic a nic. Nuda, sche­mat, zmar­no­wany budżet.

      Tobie się podo­bał? Świet­nie! Ale jak dla mnie to jedno wiel­kie roz­cza­ro­wa­nie nie­stety. Żałuję, bo spo­dzie­wa­łem się cze­goś auten­tycz­nie fajnego.

  14. shqvarny 28/01/2008 do 20:54 # Odpowiedz

    1408 to wg. mnie nie­udany film z zadat­kami na thril­lera. pogu­bili się zupeł­nie — dobre chwile skoń­czyły się gdy boha­ter wszedł do pokoju 1408.

    oglą­dasz i zasta­na­wiasz się — co oni mogą jesz­cze tam wsa­dzić — mi zabra­kło Mojżesza, albo cze­goś z biblii, paso­wa­łoby ide­al­nie do reszty, która była doda­wana bez jakie­go­kol­wiek sche­matu i, nie­stety, pomyślunku.

  15. SpeX 28/01/2008 do 23:08 # Odpowiedz

    To ja pro­po­nuję posie­dzieć przed „TV” i oglądnąć:

    Jericho — 2 sezon nie źle się zapowiada

    Journeyman — taka tro­chę inna wer­sja „zda­rzyło się jutro”

    Moonlight — inne pode­ście do sprawy wam­pi­rów (faj­nie opi­sali histo­rię wam­pi­rów w ostat­nim odc)

  16. dev 29/01/2008 do 18:44 # Odpowiedz

    CoSTa, shqvarny, nie zna­cie sie na fil­mach ;>

    Nie no :) oczy­wi­ście każdy swoje zda­nie powi­nien posia­dać i rozu­miem, że Wam 1408 moglo do gustu nie przypaść.

  17. Jasin 24/03/2008 do 21:26 # Odpowiedz

    Oglądnijcie Last Man on Earth, pier­wo­wzór I am Legend. Film powstał w 1960 roku a jest nie­po­rów­ny­wal­nie lep­szy od tego z W.Smithem. I am Legend jest nudny jak flaki z ole­jem, a o głębi filmu mówić nie można bo jej nie ma. O tym, że miała być dowia­du­jemy się z wywia­dów z twór­cami. Starali się, al im nie wyszło.

    No i naj­waż­niej­sze — w sta­rym fil­mie wyja­śnione jest dla­czego główny boha­ter to legenda.

Dodaj komentarz