Koszmar z chorobami Majki

Trzeci dzień gorączki. Doropha na skraju zała­ma­nia ner­wo­wego. Ja robię sobie naj­gor­sze z moż­li­wych wyrzuty bo to przez moje wycią­gnię­cie Majka na dwór na małą sesję grze­ba­nia w gle­bie za pomocą łopa­tek i wia­de­rek dzie­ciak prze­cho­dzi teraz męki. Wizyty domowe, kupione jakieś buczące urzą­dze­nie do inha­la­cji, za chwilę wydamy for­tunę na jakieś bez­py­łowe odku­rza­cze i joni­za­tory, byle z zasraną ple­śnią, na którą Majka jest uczu­lona powal­czyć. Ja wiem, że co byśmy nie zro­bili, i tak przegramy.

Medycyna nie jest w sta­nie nam pomóc, widzimy to wyraź­nie. Lekarze są ogra­ni­czeni do swo­ich wyuczo­nych tabel leków a zmie­niają się owe tabele w zależ­no­ści od uczelni i roku, który dany lekarz koń­czył. To jest bez sensu. Te metody są bez sensu. Cała ta nauka jest bez sensu i o kant dupy potłuc. Karnie więc spusz­czam głowę i dam wszyst­kie pie­nią­dze każ­demu nacią­ga­czowi na jakie­kol­wiek elik­siry, jakie pozwolą choć mieć nadzieję, że dzie­cia­kowi może zro­bić się lepiej.

Macie jakieś pomy­sły na ziółka, które można dziecku podać? Do jakiego świę­tego sank­tu­arium mamy dzie­ciaka wieźć? Jakiej magicz­nej wody ma się mała napić? Koszty nie grają roli. Po pro­stu niech ktoś wresz­cie nam sku­tecz­nie pomoże! Prosimy…

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

11 Komentarzy do “Koszmar z chorobami Majki”

  1. mr_zola 27/02/2008 do 06:24 # Odpowiedz

    Przede wszyst­kim pro­po­nuję potrzy­mać Majkę do osta­tecz­nego wyle­cze­nia w domu (ze 2 tygo­dnie po cho­ro­bie), a potem chu­chać i dmu­chać żeby nie zała­pała cze­goś znów. Ja tak zro­bi­łem z synem który w tym roku szkol­nym poszedł do przed­szkola i cho­ro­wał podob­nie (na początku nie potra­fi­łem żony prze­ko­nać że jak syn już czuje się lepiej to warto jesz­cze pocze­kać ze 2 tyg aż zabie­rze się go do ludzi (kicha­ją­cych prychających).

    PS. Już idzie wio­sna więc miej­cie nadzieję że to już ostat­nie cho­roby Majki.

    PPS. Jeszcze sły­sza­łem teo­rię od kilku poważ­nych osób że cho­roby u dzieci są spo­wo­do­wane aler­gią — nie chce mi się wierzyć.

    PPPS. Chyba roboty lepiej sobie radzą z Waszym Captcha ode mnie

  2. Ewakas 27/02/2008 do 06:38 # Odpowiedz

    Polecam TRAN, jak Majka łyka tabletki to w tablet­kach jak nie to jest oczy­wi­ście w wer­sji płyn­nej. Moja córka cho­ro­wała cią­gle, bez przerw na wytchnie­nie rodzi­ców swo­ich bied­nych, od czasu poda­wa­nia tranu miała raz katar, a to i tak prze­szedł jej w rekor­do­wym cza­sie. Pozdrawiam i uca­ło­wa­nia dla Majki i jej dziel­nych acz zgne­bio­nych Rodziców.

    P.S

    To w smaku straszne ochydz­two jest sto­so­wa­łam więc cze­ko­ladę na wtyk do pasz­czy zaraz po poda­niu tranu.

    :)

  3. nicomsw 27/02/2008 do 07:45 # Odpowiedz

    Moja sio­stra ma uczu­le­nie na kurz i rodzice kupili ten śmieszny joni­za­tor powie­trza czy jak to się tam nazywa i to rze­czy­wi­ście działa.

    • gshegosh 27/02/2008 do 07:48 # Odpowiedz

      Jak pra­co­wa­łem w foto­la­bie, też mie­li­śmy joni­za­tory a także nawil­ża­cze — cho­dziło o to, żeby w powie­trzu nie było kurzu, bo on się do odbi­tek przy­kleja. Czyli — joni­za­tory fak­tycz­nie zmniej­szają ilość kurzu w powietrzu.

  4. gshegosh 27/02/2008 do 07:46 # Odpowiedz

    Mnie od 5. roku życia męczyły aler­gie wsze­laki, nocne napady dusz­no­ści, itp. Mój ojciec do dzi­siaj potrafi mi wypo­mnieć, że cho­ro­wa­łem głów­nie w weekendy ;)

    Jeździłem na inha­la­cje do przy­chodni, mia­łem brzę­czący inha­la­tor, wdy­cha­łem jakiś Mistabron, Zinad i inne badzie­wie, mia­łem sta­wiane bańki i nic nie pomagało.

    W wieku lat 10 zosta­łem na 2 tygo­dnie poło­żony do szpi­tala, gdzie byłem odczu­lany jaki­miś mega­dro­gimi zastrzy­kami i tro­chę się popra­wiło, ale niewiele.

    Pomógł mi… czas. Nadal kicham przy odku­rza­niu, a na wio­snę potrafi mnie przy­du­sić, ale z więk­szo­ści obja­wów alergio-astmowych po pro­stu wyrosłem.

  5. CoSTa 27/02/2008 do 08:09 # Odpowiedz

    [b]mr_zola[/b]: Alergie to ostat­nimi czasy ponoć jeden z głów­nych powo­dów prze­wle­kłych sta­nów cho­ro­bo­wych dróg odde­cho­wych u dzieci. Doropha mogłaby tu zro­bić mały wykład w tym tema­cie bo nasłu­chała się już o tym nie­jedno. Zostawianie w domu dłu­żej? Już to prze­ra­bia­li­śmy niestety :/

    [b]Ewakas[/b]: Tran Majka łyka, a jakże. Bez widocz­nych efek­tów. Za capt­cha prze­pra­szam, muszę kie­dyś się wziąć za tę stronę i popra­co­wać nieco z wtycz­kami by nie były aż tak oporne.

    [b]nicomsw[/b]: Na podobny efekt liczymy i mam nadzieję, że u nas to się też sprawdzi.

    [b]gshegosh[/b]: A także ponoć potra­fią na grzyby nieco zara­dzić. Mniej tego fruwa a że majka na pleśń uczulona…

    Cholera, chcie­li­by­śmy jed­nak jakoś dzie­cia­kowi ulżyć. A tu z tego co piszesz wynika, że raczej nie­wiele możemy :/. A Majce też będę week­endy wypo­mi­nał, a co :)

    • gshegosh 27/02/2008 do 08:19 # Odpowiedz

      No ale jaka pleśń? Wy się nie prze­nie­śli­ście do nowego miesz­ka­nia przypadkiem?

      Generalnie przy aler­gii, jak się ją już ma, naj­lep­szym spo­so­bem jest uni­ka­nie aler­genu — łatwo powie­dzieć, jak się nie jest uczu­lo­nym np. na kurz albo pyłki traw.

      Ale fak­tem jest, że jonizator/nawilżać pomoże na ple­śniowe uczu­le­nie — uczu­lo­nym się jest na te prak­tycz­nie nie­wi­dzialne grzy­bowe far­focle co latają w powie­trzu, a na nie zara­dzi joni­za­cja tak samo jak na kurz.

      Pytanie tylko, czy naprawdę dobrym pomy­słem jest ste­ry­li­za­cja warun­ków w domu — czy nie zrobi się tak, że Majka nie będzie mogła z domu wycho­dzić w ogóle, bo tam kurz, pleśń, itp. Powinniście skon­sul­to­wać takie coś z jakimś spe­cja­li­stą (a naj­le­piej dwoma) — popu­larna jest teo­ria że aler­gie biorą się ze ZBYT ste­ryl­nych warun­ków i ze zbyt dobrej higieny — układ odpor­no­ściowy z braku „tra­dy­cyj­nych” wro­gów szuka sobie nowych — pyłki kurzu, grzybni czy traw :>

      Dla mnie w dzie­ciń­stwie jedyną ulgą był doraźny inha­la­tor roz­kur­cza­jący oskrzela (likwi­do­wał dusz­no­ści) i cią­gle zaży­wane leki prze­ciw­za­palne, dzięki któ­rym rza­dziej z aler­gii robiły się jakieś więk­sze cho­rób­ska. Generalnie nie było źle, chyba że poje­cha­łem na wieś spać pod pie­rzyną — na pie­rze mam taką reak­cję, że chyba mógł­bym umrzeć ;)

  6. ciotka's eleni 27/02/2008 do 08:15 # Odpowiedz

    a moze ja tez zapro­po­nuje cos na uod­por­nie­nie orga­ni­zmu Majki prze­ciwko wiru­som bo zawiera wita­mine C w postaci natu­ral­nej. Codziennie rano przy snia­da­niu szklanke soku ze swiezo wyci­snie­tych poma­ran­czy naj­le­piej grec­kich hehehe!. To bar­dzo zdrowe i smacz­niej­sze od tranu.

    Trzymajcie sie do lata, juz szu­kam dla was miej­sca przy samym morzu aby Majka miala mozli­wosc na codzienne kapiele a nawet dwa razy dziennie.

  7. zen 27/02/2008 do 08:28 # Odpowiedz

    Kilka pomy­słów:

    1. Moje laski są wege­ta­rian­kami, i nie maja naj­mniej­szego pro­blemu z aler­giami, mimo że i ja i Anka mamy z aler­gią takowe (z tym ze ja poważne, Ania mniej­sze). Nie dawaj­cie Damajkowi mięsa ;)

    2. Terapia szo­kowa. Nigdy nie byli­śmy mania­kal­nymi zwo­len­ni­kami czy­sto­ści, laski mogą żreć pia­sek, lizać pod­łogę itp. Zaczynam wie­rzyć w teo­rię, ze ale­grie wyni­kają z braku kon­taktu z rze­czy­wi­stymi zagro­że­niami (paso­żyty, etc).

    3. Zmieńcie pro­szek do pra­nia, płyn do mycia naczyń, etc. U zna­jo­mych córka była zabi­jana przez zdaje się Domestos. (nie, nie dawali jej tego do picia ;)

  8. zakrzes 27/02/2008 do 13:15 # Odpowiedz

    Moim skrom­nym zda­niem — a mam 4 latkę w przedszkolu,i po żłobku więc wiem co mówię ;-) — infek­cje nie są zwią­zane z aler­gią Majka na cokol­wiek. Świad­czy o tym to, że roz­wa­liło ją po pierw­szym dłuż­szym spa­cerku. Dzieciakowi popro­stu leży sys­tem odpor­no­ściowy, i ja bar­dziej sku­pił­bym się na jego napra­wie. Alerie to chyba odrębna sprawa — chyba, bo szczę­li­wie nie muszę moją Martą na nic total­nie uwa­żać, nie znam tematu, nie wiem.

    Na Twoim miejcu zaczął­bym od poszu­ka­nia porząd­nego leka­rza — ale nie wir­tu­al­nego, z bloga. Rozumiem bez­sil­ność, nie­obce mi uczu­cie winy — bo sam też zała­twi­łem dzie­ciaka wypro­wa­dza­jąc go na huś­tawki w stycz­niu, tuż po cho­ro­bie (za wcze­śnie tro­chę) :-/ — ale pomyśl co robisz ? — szu­kasz magicz­nej tabletki, czy zamie­rzasz podać wszystko co wypi­szą ludzie w komen­ta­rzach liczac że któ­reś pomoże ??

    Widać, że Twój doctore nie daje rady, choćby nie wiem jakie miał­byś o nim zda­nie — popro­stu nie tra­fia z lekami, leczy obja­wowo a nie pro­fi­lak­tycz­nie. Widzę to czy­ta­jąc kolejne wpisy w blogu. Latanie do przy­pad­ko­wego leka­rza — bo aku­rat jest dostępny — to pomyłka.

    Zacząłbym od … laryn­go­loga — dobrego. Sprawdziłbym kon­dy­cję mig­da­łów, w szcze­gól­no­ści trze­ciego oile jesz­cze nie usu­nięty. RTG zatok, i takie tam.

    Potem do dobrego pediatry-alergologa. Miałem szczę­ście tra­fić na praw­dziwą dr. Queen — potrafi wycią­gnąć moją małą z kon­kret­nej infek­cji z szme­rem oskrze­lo­wym. Ku mojemu zdzi­wie­niu duet syro­pek Pyrosal+EhinaceaRatiopharm zdzia­łała cuda. Zero anty­bio­tyku. Od jesieni pri­fi­lak­tycz­nie ssię Ehinaceę i Kidabion (ohyda!).. w tym „sezo­nie cho­ro­bo­wym” w domu spę­dziła 2 X po tygodniu.

    Z porad które udzia­liła nam pani dok­tor — gdy dzie­ciak jest zdrowy — otwie­rać okna, niech biega z gilem do pasa. Na spa­cery, koniec z cie­płym i dusz­nym kur­wi­doł­kiem w cha­łu­pie. W kwietniu/maju na min. 2 tyg. nad morze. Otulić cie­pło, łopatkę w dłoń i niech sie­dzi na plaży całymi dniami. Nad Bałtykiem, a nie w Grecj, choć i tu i tu jod działa cuda. Myślisz że jak się „wygrzała” w Grecji to dla­tego nie cho­ro­wała ?? Jodu się nawdy­chała, uod­por­niła się, dla­tego wszystko było OK — nie koja­rzysz pro­stych fak­tów ?? Po morzu — w góry — naprze­mian. Koniec z McDonaldami,colą, jupi­kami i sie­dze­niem przed PlayStation i baj­kami godzi­nami — bab­cine soczki, owoce, warzywa i na powie­trze. Do lasu — nawet teraz, czło­wieku, zahar­tuj to dziecko. Wydaje ci się że jest dobrze, bo jak okna zamknięte, cie­pło i nie ma innych dzieci to jest zdrowa ?? Tylko mno­żysz kło­poty w ten spo­sób. Wysterylizujesz cha­łupę, a potem dzie­ciak po byle kich­nię­ciu w auto­bu­sie roz­cho­ruje się, i przez resztę życia będzie jadła tony lekarstw. I to jest zapę­tla­jące się koło, wycho­wasz bakteriofoba.

    Wybacz ostry ton — noof­fence, popro­stu uzna­łem że trzeba cię lekko „telep­nąć”. Od 2 lat, kiedy ktoś mnie wła­śnie tak telep­nął, dostrze­głem że wsze­la­kie pro­blemy z dzie­cia­kami — wycho­waw­cze i zdro­wotne — są poraż­kami rodzi­ców, i jeśli to nie jest sprawa gene­tyczna, to my (tatu­sio­wie i mamu­sie) za to odpowiadamy…

    Czas na lecze­nie dzieci jest wtedy gdy są zdrowe..

    Opisałem naszą drogę do zdro­wia dzieciaka,zaczęło się od anty­bio­ty­ków już w żłobku i było tylko coraz gorzej. Potem przy­pad­kiem tra­fi­li­śmy na nasza obecną panią dok­tor, wywa­liła nam z szafki 3/4 lekarstw, tra­fiła pre­cy­zyj­nie jed­nym lekiem i skoń­czyło cho­ro­wa­nie — a roz­po­cze­li­śmy har­to­wa­nie małej… Codzienne spa­cery, a nie wypad raz od wiel­kiego dzwonu, i to takie wyda­rze­nie, że aż trzeba foto­re­la­cje z tego robić (Malta) — pomyśl.

    U nas prak­tycz­nie nic się nie dzieje — więc poskut­ko­wało, ale nie musisz pole­gać na moich radach — pole­gaj na wła­snej mózgownicy,

    Szacuneczek i powo­dze­nia, napewno będzie dobrze :-))))

    Zakrzes

  9. CoSTa 29/02/2008 do 12:35 # Odpowiedz

    Szacunek za rady dla wszyst­kich a nagroda spe­cjalna leci do Zakrzesa za piękną tyradę :). Na naszą obronę mam tylko to, że mamy dobrego leka­rza, któ­remu ufamy, poro­bione wszel­kie bada­nia, które nie­ba­wem zak­tu­ali­zu­jemy i ogól­nie sporo pracy przy Majce już zostało wyko­nane. Kiedy piszę o zmia­nie metod to wła­śnie dokład­nie mam to na myśli: medy­cyna nie radzi sobie choć pró­bo­wała od dłuż­szego czasu. Trzeba to w takim razie zro­bić ina­czej i taki też mamy plan.

    Tyle że dzie­ciaka szkoda…

    Przy oka­zji — naprawdę dbamy o nasze dziecko acz sta­ramy się nie być nado­pie­kuń­czy. Staramy się czy­tać i dowia­dy­wać moż­liwe naj­wię­cej, leka­rza wybra­li­śmy mocno stro­nią­cego od leków. Jednak kiedy ów lekarz roz­kłada ręce i prze­pi­suje anty­bio­tyk, to naprawdę nie mamy zamiaru się z nim kłó­cić. Ufamy, że wie dobrze, co robi. I także w poro­zu­mie­niu z leka­rzem się­gamy do nieco innych metod. Co z tego wyj­dzie — zobaczymy.

    Tak czy ina­czej — ogromne dzięki za zaan­ga­żo­wane komen­ta­rze i liczne porady. Sporo z tego mate­riału wzię­li­śmy sobie do serca a kilka porad już wdra­żamy w życie. Inna kwe­stia, że chcia­łem przez moment mor­do­wać za suge­stię, że spa­ce­ru­jemy sobie z Majką od święta :). O ile tylko to moż­liwe sta­ramy się aktyw­nie z dzie­cia­kiem spe­dzać czas. Ten tydzień Majka ma prze­srany wła­śnie przez zbyt rado­sne moje jej wypro­wa­dza­nie na dwór i gonie­nie do zabawy na świe­żym powie­trzu. Pospieszyłem się i dzie­ciak od kilku dni ma gorączkę więk­szą i cza­sem mniej­szą. To się już nie powtó­rzy. Najpierw dzie­ciaka wypro­wa­dzamy na pro­stą i jedziemy z pracą nad jej ukła­dem immu­no­lo­gicz­nym. Ciekawe, jak to się skończy.

    Jedno wszak jest pewne: widok cho­ru­ją­cego dzie­ciaka zabija rodziców :/

Dodaj komentarz