Menu serwera

Anita Lipnicka i John Porter – Goodbye

Dziś wieczorem recenzja (nie będę recenzował pirata, lecę po oryginała do sklepu – Doropha, nie kupuj przede mną!) a ja już może napiszę krótko tylko tyle: Lipnicka i Porter robią w tym kraju coś, co nie wydaje się być możliwe właśnie w naszym kraju – sprzedają płyty i grają fantastyczne piosenki. Jest chyba nawet jeszcze bardziej niestandardowo: oni z płyty na płytę stają się coraz doskonalsi, coraz lepsi, coraz bardziej doświadczeni a słucha się tej pary coraz bardziej magicznie. Albo to ja się starzeję i liryka mnie dopada… Jak by nie było, dziś wieczorem siadam i piszę peany na cześć tej płyty. Czy są w formie? Kochani! Goodbye to chyba Lipnickiej i Portera póki co najdoskonalsze dokonanie. Ściąganie tego z netu SUROWO ZABRONIONE! Kupowanie oryginału SUROWO NAKAZANE! Co dziś uczynię i wieczorem kawałek po kawałku opiszę i z czystą przyjemnością zrecenzuję.

Anita Lipnicka i John Porter – Goodbye

Ocenę wystawiam już teraz: 9 w skali 1-10. Dlaczego nie 10? Płyta jest za krótka. Zdecydowanie za krótka. O wiele zbyt bardzo zdecydowanie zbyt krótka. Tę dwójkę można słuchać godzinami…

EDIT: No i mamy dziś wieczór. Płyta właśnie wylądowała w moim czytniku, zamieniłem ją już na coś strawnego dla iPoda i przemielę ją pewnie jeszcze nie raz na bardziej i mniej spokojnie. Co można powiedzieć po jednym dniu słuchania o tej płycie? O samej płycie pewnie niewiele. O fenomenie Lipnickiej i Portera już bardzo wiele.

Od pierwszej ich płyty wiedziałem, że mamy do czynienia z czymś na naszym rynku muzycznym nowym i wyjątkowym. Jakoś bowiem trudno w naszym kraju powstają mieszanki rocka i folku granych na nutę głównie akustyczną. Przez pewien czas bardzo mnie to dziwiło, z czasem przestało. Takie granie wymaga pewnej wyobraźni muzycznej, której trudno na naszym rynku szukać. Nasi twórcy po prostu nie zostali przy takiej muzyce w większości wychowani a jeśli nawet zostali, to nie zostali przy niej wychowani ich słuchacze, co oznaczać może tylko jedno: klapę akustycznego rocka na folkową nutę. Ano tak, ręce do góry bowiem, kto czytając „folk” przed oczami miał jakieś czerwone korale. Ano właśnie…

Piosenki Lipnickiej i Portera na płycie Goodbye są już jawnie osadzone w folkowej tradycji rodem z okolic porterowego dorastania. Old Time Radio mogło powstać spokojnie gdzieś na wyspach, tak jak i trzy czawarte materiału, który na płycie słyszymy. Oni grają muzykę w tym kraju absolutnie egzotyczną a przecież jakże znajomą. Znamy to instrumentarium, znamy dźwięki banjo, akordeon to też nie jest instrument nam obcy. Urok tej muzyki polega na tym, że mimo iż powstaje w tym kraju, nie ma absolutnie nic wspólnego z trebuniotutkową tradycją. I bogu niechaj za to będą dzięki po wielokroć a Anicie i Johnowi do grobowej ich deski i jeszcze długo, długo dłużej.

Cały materiał jest o wiele bardziej wyciszony, o wiele bardziej kameralny, niż to, co do tej pory na płytach Anity i Johna słyszeliśmy. Nie to, żeby wcześniejsze krążki strzelały energią a gitarowe riffy wyrywały kłębki sierści z czubka głowy. Niemniej teraz zrobiło się wręcz pościelowo a już na pewno bardzo lirycznie, intymnie i ciepło. Lipnicka z płyty na płytę śpiewa coraz lepiej, Porter zawodzi jak zawsze pewnie zawodził ale robi to na tym albumie ciepło i z ogromnym wyczuciem. Kurczę, piosenki bez udziału tego faceta wydają się być niekompletne – tak potrzebny stał się wokal Portera a wspólne śpiewanie stało się oczywistością i czymś bardzo oczekiwanym. Ten album jest kompletny dlatego, że jest dziełem wspólnie wyśpiewanym. To się czuje, to się wie, to jest oczywiste.

Tak jak wspomniałem – całość utrzymana jest w mocno folkowej nucie z nieco nostalgicznym wydźwiękiem. Nie brakuje szybszych wstawek, jak choćby utrzymane w iberyjskich klimatach You’re Not The Only One ale nawet te „eksplozje” ekspresji są szybko tonowane, jak chociażby tęsknym dźwiękiem harmonijki w następującym po You’re Not The Only One How You Doin’ Today?. I – jasna cholera – zrobione jest to perfekcyjnie! Album ma swoje tempo, swoją tonację, tworzy swoją przestrzeń z pozoru bardzo podobnych brzmień ale oferujących to, za co kocha się muzykę Lipnickiej i Portera – nieco ponad czterdzieści minut odjazdu w miejsca ciepłe, liryczne, pełne Muzyki. Przez duże M.

Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do albumu, to jego długość. Jest za krótki. Te dwadzieścia minut więcej można było nam zaofiarować, dać nam chociaż kwadrans więcej przyjemności płynącej ze słuchania. To muzyka prosta, grana na kilka akordów i nieskomplikowana tak, jak to tylko możliwe. Ale jakże piękna tą swoją prostotą, jakże odświeżająca po masakrujących nas dzień i noc chałasach płynących z głośników radioodbiorników czy telewizorów. To, co oferują Anita Lipnicka i John Porter ma smak świetnie wypieczonego razowego chleba po krewetkach z kawiorem. Uspokaja, przywraca porządek rzeczy, tonuje, uspokaja…

Polecam, nakazuję, zalecam i proszę: kupcie oryginał, nie ściągajcie z sieci, to niecałe 40 złotych świetnej muzyki, która warta jest tych pieniędzy. Niechaj ten album się sprzeda. Niechaj oni nagrywają dalej…

strona Anity i Johna
Anita i John w serwisie YouTube

8 odpowiedzi do Anita Lipnicka i John Porter – Goodbye

  1. PeterCub Luty 25, 2008 o 13:22 #

    No nie wiem, Anita zawsze kojarzyła mi się z „cienkim” głosem z piosenki „Wszystko się może zdarzyć…”. Ale może się nie znam…

    • CoSTa Luty 25, 2008 o 13:27 #

      No to najwidoczniej nie słyszałeś ani jednej płyty z dorobku tych dwojga. Peter, nadrabiaj zaległości bo warto je nadrobić. Lipnicka to w tym momencie jedna z chyba najlepszych piosenkarek w tym kraju a w duecie z Porterem po prostu zabija.

    • btd Luty 25, 2008 o 14:00 #

      Lipnicka i Porter to coś zupełnie innego. I zupełnie nie do puszczania w debilarniach typu rmf czy z.

  2. mamaWula Luty 25, 2008 o 15:36 #

    Kochani ! Anita i John tworzą muzykę dla smakoszy.Myślę że to głównie zasługa Portera ,zaś Anita miała to szczęście że znalazła się u jego boku prywatnie i zawodowo.John tworzy kawałki ,które pozwoliły jej pokazać się jako piosenkarce w pełni możliwości.Siłą iuch muzyki jest nastrój a nie popisy wokalne. Porter jest indywidualistą. Mieszka w Polsce prawie 30 lat i osoby starsze mogą pamiętać Portera z lat 70-tych,gdz tworzył w Polsce muzykę wtedz tu nieznaną i niespotykaną. Parę lat temu mieli w Jeleniej GOrze /muszla koncertowa/ w Cieplicach koncert na żywo,byłam tam, ale organizator /miasto/ dało ciała przez fatalne nagłośnienie. John to kąśliwie skomentował i wyrażnie był zły. Reasumując, jeżeli masz ochotę na muzykę prawdziwie nostalgiczną na dobrym poziomie należy tej muzyki słuchać.Na pewno muzyka tej dwójki nie pozostawia obojętnymi osoby oczękujace na to że muzyka poruszy w nich nieco głębsze pokłady ,choćby emocje.

  3. danadam Luty 25, 2008 o 21:14 #

    Zamierzałem kupić tą płytę. Teraz kupię ją szybciej :-)

  4. AndrzejL Luty 26, 2008 o 08:07 #

    Z przyjemnością słucham poprzedniej płyty, która jest świetna, ale widzę że szybko muszę lecieć do jakiegoś empiku aby kupić goodbye – zwłaszcza po takiej recenzji :) Dzięki za podpowiedź, bo ostatnio już chorowałem na coś nowego do słuchania.

  5. dRaiser Luty 27, 2008 o 20:45 #

    Chyba mnie namówiłeś. :)

  6. gagat232 Marzec 28, 2008 o 20:42 #

    dlaczego goodbye:( szczególnir podoba mi sie old time radio. usłyszłam ją w „trojce” (najlepsze radio swiata :D)i od razu sie zakochałam :) piekna.

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Cicho, głucho, straszno…

Szybki raport rodzinny na dzień dzisiejszy. Szybki, bo obłożenie robotą zabija a przysiąść do komputera i strony nie ma cholera...

Zamknij