Nowy członek rodziny

Kostas poga­nia i poga­nia, gromko pokrzy­kuje albo czyni zło­śli­wo­ści, że ja niby taka nie­pi­śmienna jestem i nie chcę się niczym podzie­lić na blogu, strzela regu­larne fochy i grozi, że odmówi dostępu i jako ADMIN stronki mnie zablo­kuje wylo­guje i odbie­rze wszel­kie prawa!

No to niech ma, wła­śnie popeł­niam wpis na jego odpowiedzialność.

Kiedyś mie­li­śmy dwa koty i żół­wia, ale do czasu… Franka samo­bój­czyni i za młodu buli­miczka, sko­czyła z pią­tego pie­tra wieki całe temu i ślad po niej zagi­nął. W ubie­głym roku, gdy obie z Majką inte­gro­wa­ły­śmy się waka­cyj­nie z rodzinką bliż­szą i dal­szą, nasz Huncwotek — aler­gik i eks­tra­wer­tyk — po kłótni z Kostasem (a może i bija­tyce, nie wiem Kostas nie chce sie przy­znać) poszedł nocną porą w długą i tyle go wie­dzie­li­śmy. Nawet Mal’ary’ush (naoczny świa­dek kawa­ler­skiego życia Kostasa) — żółw, co z nie­jed­nego stu­denc­kiego pieca chleb jadł, a nawet cebulę i woskowe kredki za cięż­kich cza­sów pana, opu­ścił nas był czas jakiś temu…

Pusto coś, futrza­ków brak, z szafy nic nie wysko­czy, nigdzie sierść nie leży, nikt w środku nocy nie ułoży Ci się znie­nacka na klatce pier­sio­wej i nie wymru­czu koły­sanki do ucha…

Ale teraz…

Przybył nam nowy czło­nek rodziny, choć na salony go nie wpusz­czamy, choćby z jed­nego powodu — na salo­nach gra­suje kapeć Papy Costy, przed któ­rym go któ­re­goś pięk­nego dnia ura­to­wa­łam (nowego członka rodziny, nie Papę Costę). Bo Kostas to taki domowy kil­ler uzbro­jony w mor­de­czy kapeć, z tym że prze­ciw­ni­ków ma dużo słab­szych od sie­bie… Nic nie prze­leci nie­zau­wa­żone, zwłasz­cza w oko­li­cach kom­pu­tera tudzież ekranu tele­wi­zora. Mam wra­że­nie że nawet muchy nauczyły się bzy­czeć szep­tem. Do rzeczy.

Pewnego łyk-endowego poranka Majka pod­nio­sła wielki krzyk (na wszelki wypa­dek): „Robak, mamo, robak!!! Ale jaki ładny…” — koń­cówka bar­dziej sto­no­wana i nie tak donio­sła jak począ­tek wypo­wie­dzi, reflek­syjna nawet lekko. Mój mał­żo­nek sza­nowny zerwał się sprzed kom­pu­tera (krzyk musiał być dono­śny) i ujął kap­cia w dłoń, chęć mordu na twa­rzy ryso­wała mu się okrut­nie, wziął zamach i już już…

Wypełzłam z kuchni, gdzie przy­go­to­wy­wa­łam śnia­da­nie dla dar­mo­zja­dów, bo mnie „ten ładny” w Majki wypo­wie­dzi zain­te­re­so­wał i patrzę, a tu ślicz­no­ściowe zie­lone cuś udaje że go nie ma… Powstrzymałam śmier­telny cios mał­żonka (na co dzień się hamuję, zwłasz­cza w pracy, ale teraz to był tylko moment, szybki cios wytrą­cił kap­cia) i wypro­wa­dzi­łam cuś na taras. Na drugi dzień przy­szedł cuś w odwie­dziny, pozo­wał do zdję­cia, dostał nawet imię i zwie się teraz Zenek, bar­dzo lubi nasze kwiatki i wydaje mi się nawet, że wczo­raj po moim powro­cie z pracy odki­wał mi „dzień dobry”. Zenek wpraw­dzie nie mru­czy i nie zosta­wia sier­ści, ale chyba mu z nami dobrze.

A Majka ma nowe zaję­cie — pie­czo­ło­wi­cie chowa kap­cie Taty zwłasz­cza gdy Zenek sie­dzi z nami na ławce w słonku :)

Zenek

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

15 Komentarzy do “Nowy członek rodziny”

  1. btd 24/06/2008 do 19:04 # Odpowiedz

    Costa jest jak Garfield — tylko że nie poma­rań­czowy i ma kap­cia a nie gazetę. Reszta się zga­dza :->

    No i gra­tu­luję twór­czo­ści :D

  2. Livio 24/06/2008 do 19:53 # Odpowiedz

    U mnie kie­dyś poja­wił się taki, ale czarny. Zginął śmier­cią tra­giczną od chlapki na muchy i kapcia.

    Doropha, nawet wiki­pe­dia ani naj­starsi górale nie wiedzą.

  3. Łukasz Horodecki 24/06/2008 do 20:40 # Odpowiedz

    O! Tettigonia cantans!

    • doropha 25/06/2008 do 05:56 # Odpowiedz

      Nawet nie wie­dzia­łam że on się tak ład­nie nazywa:) a can­tans to rze­czy­wi­ście potrafi, i kon­certy pasi­ko­ni­kowe daje regu­lar­nie — myśla­łam że głów­nie świersz­cze, a tu pro­szę… Zenek jest jed­nak gość.

  4. zx 24/06/2008 do 21:10 # Odpowiedz

    W pew­nych krę­gach nazywa się je COSiami. Atakują masowo i są na tyle głu­pie, żeby wpaść do domu a potem nie wie­dzieć jak z nich wyjść jak im się jeść zechce. O!

  5. Dinven 24/06/2008 do 21:28 # Odpowiedz

    Mnie ostat­nio prze­śla­duje myśl o kocie.

    A roba­czek prze­słodki i kap­ciem w żad­nym razie nie można go potraktować.

    A Garfield to chyba pająki tłukł — stwo­rze­nia nawet w poło­wie nie tak sym­pa­tyczne jak ten zielonek(;

  6. Riddle 25/06/2008 do 12:11 # Odpowiedz

    Ciekawe, że nie ucieka tylko lgnie. Może coś mu się zepsuło?

    PS: Ekstra wpis, super się czytało. :-)

  7. zen 25/06/2008 do 21:22 # Odpowiedz

    Zenek, dobre sobie.

    • doropha 26/06/2008 do 06:20 # Odpowiedz

      nasz Zenek to taki mały Zenon i myślę, że nie­wiele wie o bud­dy­zmie i jego nur­tach, pew­nie też nie medy­tuje, chociaż…:)

      • CoSTa 26/06/2008 do 06:30 # Odpowiedz

        Dorcia, patrzaj komu odpisujesz :)

        • doropha 26/06/2008 do 10:44 #

          toteż wła­śnie spe­cjal­nie to uczy­ni­łam, aby nie pomy­slał, że do niego „piję”, chyba że jest „Zenem” od Zenona a nie od filo­zo­fii zen

  8. Biter 29/06/2008 do 18:37 # Odpowiedz

    Nieźle sie uba­wi­łem :D Doropha pisz czę­ściej, talent do tego masz i jesteś zabaw­niej­sza niż Costa ;P

    • doropha 01/07/2008 do 06:30 # Odpowiedz

      Po Twoim komen­ta­rzu Kostas z zazdro­ści obgryza paznok­cie. Chcesz byc moim naj­lep­szym kolegą? :)

  9. Biter 01/07/2008 do 09:45 # Odpowiedz

    Pewnie :D co mam jesz­cze napisać? ;)

  10. Dev 03/07/2008 do 22:26 # Odpowiedz

    Zenon z Kition przybył ;)

Dodaj komentarz