Kilka ostatnio widzianych filmów…

Ostatnimi czasy nieco fil­mów się naoglą­da­łem. Mądrzejszych też ale prze­waż­nie tych głup­szych, bar­dzo głu­pich i głu­pich bez­den­nie. Ja po prosu wiel­bię filmy idio­tyczne i (z drob­nymi wyjąt­kami) mógł­bym je wcią­gać masowo. Taką masówkę wła­śnie odsta­wię w tym i pew­nie w kilku następ­nych wpi­sach. Będzie bowiem o fil­mach, które widzia­łem — krótko i treściwe.

Dziś opi­suję:

  • Be Kind Rewind

  • Doomsday

  • Charlie Bartlett

  • Street Kings (Królowie ulicy)


Be Kind Rewind

Be Kind Rewind

Zacznę alfa­be­tycz­nie ale też i od filmu, który o dziwo nie ma ze wspo­mnianą głu­potą zbyt wiele wspól­nego. Oto bowiem zabawna ale nie­głu­pia histo­ria dwóch kolesi, któ­rzy w wyniku bar­dzo nie­zwy­kłego splotu oko­licz­no­ści, wśród któ­rych zna­lazł się mię­dzy innymi pio­run i nim pora­że­nie, wpa­dają w kło­poty, z któ­rych sta­rają się wydo­stać na swój prze­uro­czy spo­sób. Otóż bowiem w wyniku owego pio­ru­nem wal­nię­cia wszyst­kie taśmy w wypo­ży­czalni, którą się opie­kują pod nie­obec­ność jej wła­ści­ciela, wzięły i się roz­ma­gne­so­wały. A ludzie przy­łażą i filmy chcą oglą­dać. Cóż w takim przy­padku czy­nić? Oczywiście! Należy owe filmy samemu nakrę­cić, na kasety nagrać i ocze­ku­ją­cym pod nos pod­su­nąć. Tym spo­so­bem powstają ama­tor­skie „covery” kla­syki kina i to zro­bione z takim uro­kiem, że po nie­dłu­gim cza­sie do wypo­ży­czalni walą ludzie drzwiami i oknami. Intryga jest nieco bar­dziej skom­pli­ko­wana ale koń­cówka przewidywalno-optymistyczna jak należy a cały film try­ska humo­rem, cie­płem i pro­muje war­to­ści, o które ostat­nio w kinach jakby trud­niej. Autentyczne prze­miłe zasko­cze­nie, które pole­cam z głębi ser­du­cha. Jeden z tych fil­mów, za które dziewczyna/żona wyna­gro­dzi z chę­cią i obficie :)

Ocena w skali 1–10: 7

film w ser­wi­sie imdb.com
film w ser­wi­sie filmweb.pl


Doomsday

Doomsday

Mistrzostwo świata i nie­kwe­stio­no­wany Oscar w kate­go­rii „naj­bar­dziej spie­przony film ze skar­dzio­nym pomy­słem”. Film to jedna wielka mie­sza­nina klisz i pomy­słów oraz żyw­cem bra­nych zapo­ży­czeń z sze­roko poję­tego kina posta­po­ka­lip­tycz­nego ze szcze­gól­nym wska­za­niem Ucieczki z Nowego JorkuMad Maxa (póź­niej­szych czę­ści). Problem w tym, że „zapo­ży­czać” też trzeba umieć i prze­no­sze­nie żyw­cem sce­ne­rii i gadże­tów z innych kul­to­wych fil­mów nie zapewni auto­ma­tycz­nie kul­to­wo­ści filmu poży­cza­ją­cego. Wręcz prze­ciw­nie — rzecz będzie po pro­stu nie­przy­sia­dalna i odrzu­ca­jąca. Początek obie­cuje cał­kiem fajne kino — jest apo­ka­lipsa (wiru­sik, a jakże), jest kwa­ran­tanna prze­pro­wa­dzana na spo­rej czę­ści kraju (skąd my to znamy, nie?), jest ponowna erup­cja wirusa i wysła­nie oddziału zwar­tych i goto­wych po szcze­pionkę, którą chyba ktoś w pod­le­ga­ją­cych kwa­ran­tan­nie regio­nach wymy­ślił, bo sate­lity poka­zują aktyw­ność ludzką, któ­rej być nie powinno skoro wszyst­kich wirus miał niby roz­wa­lić. I do momentu wjazdu zwar­tych i goto­wych do opusz­czo­nego mia­sta jest jesz­cze wszystko OK. Za to zaraz potem zaczyna się skan­da­liczna wręcz orgia bzdur, kre­ty­ni­zmów, idio­ty­zmów i debi­li­zmów suge­ru­ją­cych kino robione dla jaj z tym małym pro­ble­mem, że nikt do nas ani przez moment poro­zu­mie­waw­czo nie mruga i w kon­se­kwen­cji oglą­damy kino robione chyba na poważ­nie. Gniot, któ­rego twórcy nawet nie posta­rali się dobrze kraść pomy­słów z innych fil­mów. Oglądałem z ojczul­kiem i w pew­nym momen­cie aż wyli­śmy z zaże­no­wa­nia „jako­ścią” tej pro­duk­cji choć brat mój świad­kiem, że mojego sta­ruszka znie­chę­cić do głu­piego filmu jest ciężko. Ten film próg wytrzy­ma­ło­ści mojego star­szego prze­kro­czył znacz­nie. Gdybyż to było kino klasy B… Nie, ktoś tam uparł się krę­cić film bez odpo­wied­niego dystansu i pro­por­cje zde­chły. Efekt jest auten­tycz­nie żenujący.

Ocena w skali 1–10: 3 (punk­cik za panią o nazwie Rhona Mitra — fajna niunia!)

film w ser­wi­sie imdb.com
film w ser­wi­sie filmweb.pl


Charlie Bartlett

Charlie Bartlett

Inteligentna kome­dia o hame­ry­kań­skim chło­paku, któ­rego zżera wręcz potrzeba akcep­ta­cji i który z całej tej potrzeby, swo­jego nie­wąt­pli­wego inte­lektu i rodzin­nego bogac­twa czyni uży­tek i wpada na pomysł, jak wku­pić się w łaski swo­ich zio­mów z high school. Tak, brzmi dur­no­wato ale takie nie jest. Dialogi w fil­mie skrzą, nar­ra­cja pro­wa­dzona jest spraw­nie i pew­nie, losy Charliego wcią­gają, bawią, wzru­szają, zmu­szają do reflek­sji. Bardzo dobrze obsa­dzono w tym fil­mie role dru­go­pla­nowe, w efek­cie dając oglą­da­ją­cemu całą mena­że­rię postaci, z któ­rymi można się zapo­znać i ziden­ty­fi­ko­wać. Ciepły film o nasto­let­nich miło­ściach, szkol­nych potrze­bach, ojcow­skich tro­skach i uczniow­skich wybry­kach. Ogląda się to lekko choć w tle prze­kazu gdzieś brzę­czy coś nieco waż­niej­szego. W tego typu fil­mach naj­waż­niej­sza jest umie­jęt­ność nie poda­wa­nia owego waż­niej­szego cze­goś wprost na tacy. Miło mi poin­for­mo­wać, że Charlie Bartlett nie trak­tuje widza jak idiotę i pozwala owo waż­niej­sze coś samemu z filmu wydobyć.

Ocena w skali 1–10: 7

film w ser­wi­sie imdb.com


Street Kings (Królowie ulicy)

Street Kings
(Królowie ulicy)

Mam pro­blem z tym fil­mem. Niby wszystko tu jest na miej­scu i w odpo­wied­nich daw­kach podane. Niby wszyst­kie przy­prawy skła­da­jące się na danie o nazwie „poli­cyjny thril­ler” dorzu­cono w odpo­wied­nich ilo­ściach i mie­sza­jąc jak trzeba. Niby powi­nie­nem sie­dzieć przy fil­mie i mla­skać z zado­wo­le­niem. Nie mla­ska­łem. I dali­bóg nie potra­fię wska­zać jakie­goś kon­kret­nego powodu dla­czego. To może być pro­blem gry Keanu, to może być prze­wi­dy­walny sce­na­riusz, to może być kwe­stia cią­głego porów­ny­wa­nia tego filmu do takich tytu­łów jak Serpico… Najpewniej cho­dzi o to wszystko jed­no­cze­śnie. Film nie­stety jest bar­dzo prze­wi­dy­walny a zwroty akcji można pla­no­wać co do minuty. Keanu łazi po pla­nie z gra­cją bla­sza­nego drwala i w niczym nie przy­po­mina tego gib­kiego chło­paka ze Speed. Całość zarzu­tów jed­nak bled­nie przy tym naj­waż­niej­szym: to już było. I to zde­cy­do­wa­nie lepiej zro­bione, zagrane, poka­zane. Street Kings są więc two­rem rze­mieśl­ni­czym i nie­stety niczym wię­cej. To porządna cie­sielka ale bez nutki natchnie­nia. Szkoda.

Ocena w skali 1–10: 6 (punkt za kre­ację Whitakera — jest niezły!)

film w ser­wi­sie imdb.com
film w ser­wi­sie filmweb.pl

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

8 Komentarzy do “Kilka ostatnio widzianych filmów…”

  1. Riddle 12/08/2008 do 08:51 # Odpowiedz

    Łeeee, Costo kochany, Street Kings wg mnie zasłu­guje na mocną ósemkę! Szablonowo dobry film poli­cyjny z twi­stem, nie było pra­wie żad­nego kiep­skiego momentu, oglą­da­łem dwa razy i nadal mi się podoba. :)

    Be Kind Rewind był ok, ale gdy­bym mógł wyko­rzy­stać jesz­cze raz ten czas, to bym poczy­tał książkę.

  2. PeterCub 12/08/2008 do 12:26 # Odpowiedz

    Oj Dommsday wymę­czy­łem nie­mi­ło­sier­nie. Oglądałem w kawał­kach, bo film jest nudny jak flaki z olejem.Co do Be Kind Rewind to już feno­men. „Zeszwedowane” filmy są nie­sa­mo­wite. Charliego oglą­da­łem w kiep­skiej jako­ści, ale miło wspo­mi­nam. Czekam na recen­zje naj­now­szych hicio­rów, Costa.

  3. grabek 12/08/2008 do 12:37 # Odpowiedz

    Doomsday to jeden z lep­szych swego typu. ja daję WIELKĄ 9.

    Street Kings, nato­miast, bar­dzo mocno prze­wi­dy­walny. za to wła­śnie pusz­czę z oceną 4.

    te dwa pozo­stałe jesz­cze ocze­kują moich wol­nych chwil…

  4. CoSTa 12/08/2008 do 14:52 # Odpowiedz

    [b]riddle[/b]: No wła­śnie owo „sza­blo­nowo” mnie mocno zniechęciło.

    [b]petercub[/b]: Oj, naj­now­sze hiciory muszą pocze­kać (kur­czę, nie mam poję­cia kiedy się na Batmana wybiorę, cią­gle coś prze­szka­dza :/), naj­pierw odro­bię zale­gło­ści. Dzięki za wychwy­ce­nie błę­dziora i za linka!

    [b]rabek[/b]: Kaman, jeden z LEPSZYCH? Łomatko, gusta fak­tycz­nie bywają różne :)

    • PeterCub 13/08/2008 do 09:28 # Odpowiedz

      No nieee, Costa. Batmana sobie łyk­ną­łem przy oka­zji przed­pre­miery na początku mie­siąca. Sala pełna po „przy­sło­wiowe brzegi”. Film wymiata, jako­woż i Joker — Heath. Niezapomniane wrażenia.

    • grabek 13/08/2008 do 10:43 # Odpowiedz

      zabra­kło g przy „rabek” :)

      tak, jeden z lep­szych w danej „dzie­dzi­nie”, poni­waż uwiel­biam kli­maty tego wła­śnie typu.

      Vexile, dooms­day, 28 dni póź­niej, ultra­vio­let, south­land sto­ries, czy nawet nasze polsko-japońskie avalon.…

      dooms­day doprawdy kładę przy samym szczycie.

Dodaj komentarz