O, Euro…

No pro­szę, naresz­cie PO wykrztu­siła z sie­bie jakąś ideę, któ­rej warto się trzy­mać i która może robić za pewną wizję roz­woju tego kraju. Oto naresz­cie posta­wiono CEL i okre­ślono kon­kretne warunki jego wypeł­nie­nia. Nie wiem kto wpadł na ten pomysł ale wiel­kie mu za to brawa — dokład­nie o takie dzia­ła­nia cho­dzi: wyzna­cza­nie ambit­nych zadań i szyb­kie zabie­ra­nie się za ich reali­za­cję. Z tego co czy­tam, wyła­nia się obraz zaka­sa­nych ręka­wów i szyb­kie prze­cho­dze­nie z prac kon­cep­cyj­nych na wdra­ża­nie. Brawo, o to wła­śnie cho­dzi! Dajcie nam poczuć jakąś ener­gię, prze­każ­cie to chło­paki niżej, zaraź­cie spo­łe­czeń­stwo bak­cy­lem krzą­ta­nia się wokół wła­snych (i nie tylko wła­snych) inte­re­sów i następne wybory macie w kieszeni.

Tak, roz­cho­dzi mi się o wpro­wa­dze­nie Euro jako naszej waluty. Tak, wiem — zda­nia są podzie­lone a argu­menty zarówno za jak i prze­ciw mocne. Ale naresz­cie ich roz­trzą­sa­nie ma jakiś sens. I to z naj­waż­niej­szego punktu widze­nia — tego codzien­nego i doty­czą­cego każ­dego z nas. Nareszcie poja­wił się cel, obok któ­rego trudno przejść obojętnie.

Jestem za wpro­wa­dze­niem Euro. Stanowczo i mocno się tego doma­gam z choćby patrio­tycz­nych powo­dów. Co to za powody? A choćby zawar­tość mojej kie­szeni. Otóż to wcale nie jest i nie musi być tak, że wpro­wa­dze­nie Euro będzie ozna­czało dro­ży­znę. Drożyznę mamy już obec­nie pła­cąc za różne dobra nie­jed­no­krot­nie wię­cej, niż ludzie ze strefy Euro przy oka­zji zara­bia­jąc tylko część tego, co w kra­jach Eurolandu. Wprowadzenie Euro jeśli spo­wo­duje skok cen, to co naj­wy­żej chwi­lowy a i to nie musi nastą­pić patrząc na doświad­cze­nia Słowacji. Za to wpro­wa­dze­nie Euro bar­dzo wpły­nie na nasze wypłaty. Przedsiębiorcy się ucie­szą z jed­nej strony (eks­port zacznie naresz­cie rzą­dzić się sen­sow­nymi pra­wami a nie tylko mocą zło­tówki) ale i zała­mią z dru­giej (już widzę to jęcze­nie odno­śnie wypłat) a gospo­darka przy­sto­puje ale w końcu ten kraj prze­sta­nie kon­ku­ro­wać tanio­ścią siły robo­czej a będzie zmu­szony do ogrom­nych inwe­sty­cji w roz­wój i tech­no­lo­gie, co w ogól­nym roz­ra­chunku wyj­dzie nam tylko na dobre.

Widzę to u sobie w fir­mie — jak sądzi­cie, jak długo będę pra­co­wał za jedną trze­cią tego, co dostaje Niemiec na porów­ny­wal­nym sta­no­wi­sku o kilka godzin drogi stąd? No wła­śnie. Równanie może odbyć się tylko w górę a wpro­wa­dze­nie Euro będzie potęż­nym bodź­cem do inwe­sty­cji w już nie tylko ilość miejsc pracy ale także w jakość. Nie ma po pro­stu innego wyj­ścia. Francja czy Niemcy jakoś sobie jako gospo­darki radzą (lepiej lub gorzej ale jed­nak sobie radzą). Czas byśmy pora­dzili sobie i my, jeśli nie zamie­rzamy pozo­stać Chinami Europy. Nie chę kon­ku­ro­wać ceną swo­jej pracy pła­cąc przy oka­zji tyle, ile nie­kon­ku­ru­jący a cza­sem i wię­cej. Bardzo bym sobie życzył, by inwe­sty­cje szły nie tylko w poten­cjał nazwijmy go „mecha­niczny” ale także (a może przede wszyst­kim) i inte­lek­tu­alny. Niedawno widzia­łem gdzieś w pra­sie zesta­wie­nie ilo­ści skła­da­nych wnio­sków paten­to­wych w róż­nych kra­jach. Podczas gdy w Eurolandzie ich ilość szła w setki i tysiące, u nas były to dzie­siątki. To chyba naj­jaw­niej­sze i naj­bar­dziej spek­ta­ku­larne uka­za­nie jaką pusty­nią inno­wa­cyj­no­ści jeste­śmy. I to pomimo ogrom­nego poten­cjału nauko­wego. Nie ma współ­pracy biz­nesu z uczel­niami, nie ma inwe­sty­cji w dzia­ła­nia roz­wo­jowe. Tak dalej po pro­stu być nie może jeśli myślimy o przy­szło­ści cho­ciażby naszych dzie­cia­ków. Polska nie może być Chinami, nie tak chcemy kon­ku­ro­wać na rynku międzynarodowym.

Teraz drogi rzą­dzie czas na kilka dzia­łań edu­ka­cyj­nych i solidne wzię­cie się do roboty przy speł­nia­niu wymo­gów doty­czą­cych wpro­wa­dze­nia Euro. Go for it! Oby ta ida została dobrze ludziom podana, zaan­ga­żo­wa­nie w pracę nad nią widoczne a efekty poja­wią się same. Nawet jeśli Euro nie wpro­wa­dzimy wzię­cie za twarz wydat­ków publicz­nych, zapa­no­wa­nie nad infla­cją i zmniej­sza­nie długu publicz­nego mogą nam tylko zro­bić dobrze. Więc ognia!

Cholera, szkoda że ciotki z Grecji nie nawie­dzają już mojej stronki. Można by im było zadać kilka kon­kret­nych pytań odno­śnie ich doświad­czeń zwią­za­nych z wpro­wa­dze­niem Euro w Grecji. No cóż, może da się któ­raś sku­sić na napi­sa­nie kilku słów o ich oba­wach, nadzie­jach i co tego wyszło.

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

6 Komentarzy do “O, Euro…”

  1. kklimonda 17/09/2008 do 07:25 # Odpowiedz

    „Jak sądzi­cie, jak długo będę pra­co­wał za jedną trze­cią tego, co dostaje Niemiec na porów­ny­wal­nym sta­no­wi­sku o kilka godzin drogi stąd?”

    No to wyjedź — prze­cież wpro­wa­dze­nie Euro nie sprawi, że twój pra­co­dawca będzie miał 3,4x wię­cej pie­nię­dzy niż przed wpro­wa­dze­niem więc też twoja wypłata w Euro będzie dalej 3,4x mniej­sza niż Niemca. No chyba, że po wpro­wa­dze­niu Euro nagle wszystko (płace i ceny) wzro­śnie 3,4 raza.. O, to pew­nie ten cud ;].

  2. btd 17/09/2008 do 07:37 # Odpowiedz

    Czemu Ciotki nie nawiedzają?

    Fajnie pisały w komentarzach.

  3. CoSTa 17/09/2008 do 08:10 # Odpowiedz

    [b]kklimonda[/b]: Gdyby to było takie pro­ste to pew­nie więk­szość kra­jów nie chcia­łaby Euro byle by tylko z tym Niemcem nie kon­ku­ro­wać ceną pracy i ścią­gać ile wle­zie inwe­sty­cji przez tanio­chę swo­ich pra­cow­ni­ków. Jak się oka­zuje — tak się nie da na dłuż­szą metę bo gospo­darka to nie tylko miej­sca przy taśmie ale przede wszyst­kim inno­wa­cje. Innowacji bez kadr i całej infra­struk­tury nie ma i kropka. Nie mam zamiaru na razie nigdzie wyjeż­dżać, mam zamiar mieć w ręku mocny argu­ment uza­sad­nia­jący ewen­tu­alny wyjazd jeśli nie popra­wią się moje warunki pła­cowe. Póki co sporo ponad milion ludzi wzięło i się spa­ko­wało. Brak inwe­sty­cji w gospo­darkę (a nikt przy zdro­wych zmy­słach nie będzie inwe­sto­wał jeśli nie musi mając taniego robola pod bokiem) tylko pogłębi dre­naż pol­skiej siły robo­czej. Przeciw twoim argu­men­tom o niskiej płacy prze­ma­wiają doświad­cze­nia kra­jów, które Euro wpro­wa­dziły. Płace ZAWSZE szły w górę, jedyny pro­blem to że tak powoli. U nas mamy ten kom­fort, że koszty już za bar­dzo w górę iść nie mogą bo za sporo dóbr pła­cimy już jak na Zachodzie więc na tym może nasza kie­szeń tylko zyskać.

    Problemem pra­co­dawcy jest zain­te­re­so­wa­nie mnie swoją ofertą pracy. Będzie musiał zain­we­sto­wać w dzia­ła­nia zwięk­sza­jące wydaj­ność pracy, tań­sze w eks­plo­ata­cji tech­no­lo­gie, zain­we­sto­wać w moją osobę. Na tym polega mię­dzy innymi roz­wój gospo­dar­czy. Nie na cią­głym ofe­ro­wa­niu taniej siły robo­czej. Jakoś pra­co­daw­com w Niemczech czy Belgii to się udaje. Proszę bar­dzo, niech nasi pokon­ku­rują z ich­nimi czymś wię­cej, niż tylko wiel­ko­ścią wypłaty swo­ich pracowników.

    Myślisz kate­go­riami Chin pod­czas gdy chyba już czas zacząć myśleć kate­go­riami Europy.

    I jesz­cze jedno — nikt nie mówi, że zrów­na­nie płac odbę­dzie się z dnia na dzień. To typowe życze­niowe myśle­nie, które jakimś cudem trzeba z tego narodu naresz­cie wyplenić.

    Przy oka­zji [url=http://www.imf.org/External/CEE/2007/062207p.pdf]polecam[/url] (doku­ment PDF)

    [b]btd[/b]: Nie wiem cho­lera. Z leni­stwa pewnie :/

  4. sprae 17/09/2008 do 09:34 # Odpowiedz

    „Jak sądzi­cie, jak długo będę pra­co­wał za jedną trze­cią tego, co dostaje Niemiec na porów­ny­wal­nym sta­no­wi­sku o kilka godzin drogi stąd?”

    Śmiem twier­dzić, że bar­dzo długo. Tak jak czło­wiek z małej mie­ściny może pra­co­wać u sie­bie za 2, 3 razy mniej, niż jego kolega z Warszawy. Waluta jest ta sama, odle­głość około 170km.

    Mimo, że jestem euro­scep­ty­kiem, to do plu­sów bym zali­czył hipo­te­tyczną moż­li­wość wymu­sze­nia poprawy siły nabyw­czej. Tylko, że jak znam realia, to rząd wymusi utrzy­ma­nie cen, co może spo­wo­do­wać zała­ma­niem rynku, albo ludzie zaczną żądać wię­cej bo im się należy i będzie to co dziś — inflacja.

    Mimo wszystko wolę kon­ku­ren­cyj­ność walu­tową i to, że inwe­stor z zaro­bio­nymi zło­tów­kami coś musi zro­bić, zamiast je wywieźć do siebie.

  5. krzychu 17/09/2008 do 14:00 # Odpowiedz

    CoSta — oba­wiam się, że mylisz zmianę waluty z realną [b]siłą nabywczą[/b] two­ich pensji.

    Nie ma związku jed­nego z dru­gim. Choć w sumie szkoda, że nie ma ;P

  6. CoSTa 19/09/2008 do 06:33 # Odpowiedz

    [b]sprae[/b]: No cóż, koszt życia w małej mie­ści­nie i koszt życia w Warszawie to dwie różne rze­czy. Znam takich, co ucie­kli z Warszawy wła­śnie ze względu na koszty i zara­bia­jąc nomi­nal­nie mniej, lepiej na tym wycho­dzą. Przekładając to na koszt życia w Polsce — ten wciąż jesz­cze jest niż­szy niż na zacho­dzie, nie­mniej nie aż tak niski, by uspra­wie­dli­wić ogromne róż­nice pła­cowe. Przykład z mia­stem wiel­kim i mniej­szym nie ma imo tu zbyt­nio zasto­so­wa­nia — życie w naszej małej pol­skiej mie­ści­nie nie­stety zaczyna kosz­to­wać porów­ny­wal­nie do życia w Warszawie. To nie jest jesz­cze to samo ale już cał­kiem bli­sko. Co do infla­cji i żądań pła­co­wych nad­mier­nych w zbyt krót­kim cza­sie — też się tego oba­wiam ale nie sądzę, by był to pro­blem, nad któ­rym nie da się zapa­no­wać. Da się, trzeba to jed­nak zro­bić z głową. Jeśli zaś sądzisz, że inwe­sto­rzy zosta­wiają walutę w kraju tylko i wyłącz­nie dla­tego, że jest w zło­tych a nie w Euro to tro­chę nie doce­niasz inwestorów :)

    [b]krzychu[/b]: Nie sądzę. Raczej wiem (przy­naj­mniej w ogól­nych zary­sach) o czym piszę :)

Dodaj komentarz