Porażka…

Jedni piszą trój­k­sięgi, inni kręcą trój­filmy, my odsta­wiamy trój­w­pisy. Tym wpi­sem pod­su­mo­wuję i koń­czę histo­rię naszego szpi­tal­nego wypadu w celu usu­nię­cia damaj­ko­wych mig­da­łów połą­czo­nego z zało­że­niem dousz­nych drenów.

Zaczęło się zwy­czaj­nie, czyli wyjaz­dem na umó­wiony Zabieg. Na miej­scu oka­zało się, że dok­tor, do któ­rego byli­śmy umó­wieni, u któ­rego obo­wiąz­kowo wcze­śniej wyda­li­śmy pie­nią­dze na „pry­watną” kon­sul­ta­cję i bada­nie, wziął i sobie na waka­cje poje­chał. Troszkę nas to osłu­piło bo prze­cież do jasnej cho­lery nie po to chyba się ludziom dupę zawraca i z nimi uma­wia na ter­miny, by póź­niej se wyje­chać. Srał go pies, mach­nę­li­śmy na to ręką i zosta­li­śmy mając nadzieję, że jeśli jest duży szpi­tal, to znaj­dzie się ktoś, kto nam dzie­ciaka zoperuje.

No i tym spo­so­bem zosta­li­śmy w szpi­talu. W szpi­talu pano­wał gene­ralny chaos, atmos­fera „ale­oso­cho­dzi, gdzie ja mam teraz i z czym iść?” i gdyby nie feno­me­nalny skład pokoju, w któ­rym sobie Majka zamiesz­kała, byłaby dolina na maksa. Trzeba przy­znać, że pokój był wykrę­cony, dzie­ciaki prze­we­sołe, rodzice po pierw­szym spię­ciu wzięli i się roz­pięli i chi­chra­li­śmy się równo. Wieczorową porą zje­cha­łem do domu zosta­wia­jąc Dorophę na placu boju.

Dziś rano zafun­do­wali Majce i Dorocie wcze­sny start, łyk­nię­cie tablety i pierw­sze miej­sce w kolejce do zabie­gów. Majka tabletę wzięła, na wózek ja wsa­dzono i jazda na salę. Dziesięć minut póź­niej przy­jeż­dża ktoś­tam z córką z orze­cze­niem, że ane­ste­zjo­log nie godzi się na ope­ro­wa­nie mło­dej a to z przy­czyny kaszlu i szme­rów osłuchowych.

Cały nasz ten wysi­łek czło­nek strze­lił. Wszystko poszło się o kant dupy walić, bo jak przy­znała póź­niej pani ane­ste­zjo­log, gdyby miała aktu­alne bada­nia może i mogłaby na ich pod­sta­wie pod­jąć inną decy­zję ale jako że bada­nia były sprzed mie­siąca, nie mogła ryzy­ko­wać zdro­wia dziecka. Problem w tym, że dnia poprzed­niego byli­śmy u innej pani ane­ste­zjo­log, mówi­li­śmy gło­śno i wyraź­nie o tym, że bada­nia mają już mie­siąc i przy­da­łoby się zro­bić nowe ale panienka stwier­dziła, że są jak naj­bar­dziej aktu­alne i nie trzeba nowych robić.

Kolejny ter­min — 30-go marca.

Gdy mi to dziś rano Doropha przez tele­fon powie­działa po pro­stu wpa­dłem w furię. Gdyby mi durny kot w tym momen­cie nawi­nął się pod rękę zgi­nąłby naj­pew­niej. I to straszną śmier­cią. Wjechałem do roboty, wysła­łem kilka maili, wzią­łem wolne i pole­cia­łem zoba­czyć, co się w tym szpi­talu wypra­wia. Po wizy­cie u ordy­na­tora (strasz­nie dobry czło­wiek tak swoją drogą) ochło­ną­łem nieco i okla­płem. Doropha okla­pła już wcze­śniej. Po pro­stu sys­tem nas prze­rósł acz widzimy, że coś się zmie­nia — teraz bur­del orga­ni­za­cyjny przy­kry­wany jest dużą dawką szcze­rego pozy­tyw­nego nasta­wie­nia i chęci nie­sie­nia pomocy.

Ta więc porażka na całej linii, potworny zawód i zwis luźny męski. Dolina, dno i metr mułu. Jedyne, co trzyma nas przy życiu to wizja pie­ro­gów, jakie przy­jadą już jutro nad ranem wraz z moją teśció­weczką, która przy­bywa nieść pomoc i pod­no­sić nas na duchu.

, ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

10 Komentarzy do “Porażka…”

  1. brzoza 17/02/2009 do 18:37 # Odpowiedz

    Ręce opa­dają. Ich szczę­ście, że nie było Cię w szpi­talu jak to mówili Dorotce. Bo jak Cię znam, to ter­min „fru­wać wyżej lam­pe­rii” nabrałby zupeł­nie nowego zna­cze­nia…
    Cóż wię­cej napi­sać — CIERPLIWOŚCI i tylko cierpliwości.

  2. waltharius 17/02/2009 do 18:41 # Odpowiedz

    Stary, podzi­wiam Wasz upór. Ja już dawno bym dzie­ciaka na pry­watny zabieg zabrał. No chyba, że pry­wat­nie to to miliony kosztuje…

  3. zakrzes 17/02/2009 do 19:28 # Odpowiedz

    Kostas, ty chyba jakiś sado jesteś — nie widzisz ze to nie pro­wa­dzi do nikąd ? Małej sie nie polepsza,a pogar­sza bo każdy dzień bez dre­nażu uszu to laryn­go­lo­giczna wylę­gar­nia wiru­sów — one tam mają jak u pana Boga za pie­cem. I kwa­ran­tanny nie pomogą, bo to w niej sie­dzi a nie jest leczone. Nasz lekarz w Kajetenach powie­dział ze pomimo lek­kiego kataru i tam będzie ope­ro­wał , bo mała i tak obu­dzi sie zdrow­sza. PrEsledz moje koMen­ta­rze i jedz do pry­wat­nej kli­niki … to nie cho­dzi o dba­łość o zdro­wie dziecka a o szpi­talne pro­ce­dury i pier­dol­nik orga­ni­za­cyjny — lepiej nic nie zro­bić niż nara­zić sie na jakie­kol­wiek krytyki…Mi wyci­nali wore­czek zol­ciowy z teme­ra­tura 37.5 i obu­dzi­łem sie bez teme­ra­tury… To nie zabeg na otwar­tym sercu tylko wycię­cie mig­da­łów .. Mała ma masę energii,skacze biega, więc nie jest na tyle osła­biona żeby zaszko­dziło jej usy­pia­nie — to bzdury — w ten spo­sób nic nie zała­twisz. Pozycz auto i iedz do kli­niki w Kajetanach — tu są dzieci z całej pol­ski. 2 dni i poza­mia­tane — koszt ok. 2500 z noco­wa­niem w klinice.

  4. Piotr / savek 17/02/2009 do 22:18 # Odpowiedz

    A mi ręce od trzy­ma­nia tych kciu­ków odpa­dały ;) ehh.. cóż mogę powie­dzieć, nie pod­da­wać się!

  5. mienta 17/02/2009 do 22:33 # Odpowiedz

    Ehhh ale masz przy­go­dasy :/ Ja ze swo­ich szpi­tal­nych, czę­stych, przy­gód wynio­słam przede wszyst­kim jedną wie­dzę ane­ste­zjo­log, musi mieć wszystko tip top ina­czej dupa, a bada­nia są ważne róż­nie, np. zdję­cie płuc 3 mie­siąca ale już ekg serca jakoś tydzień, inne jesz­cze 2 tygo­dnie itd. Dlatego ja zawsze robię w ostat­nim tygo­dniu przed zabie­giem. Niestety, ale jak wam ktoś tego nie powie­dział to dupa nie lekarz :/ Ale też dziw mnie bie­rze, że was tam trzy­mali tyle czasu. U mnie pamię­tam, nie było dopusz­cze­nia w ogóle na pię­tra szpi­talne, jak nie było akcep­ta­cji do zabiegu a póź­niej już szyb­ciótko na salkę i pod nóż, w końcu kolejka długa.

  6. doropha 17/02/2009 do 23:57 # Odpowiedz

    Kajetany bie­rzemy pod uwagę na pewno… dajemy sobie i szpi­ta­lom w Poznaniu jesz­cze jedną szansę, może będzie wtedy nasz pro­fe­sor… Co do badań to histo­ria była o tyle cie­kawa, że mie­siąc temu jak nas już w poradni prze­su­nięto w kolejce pani dok­tor powie­działa, że nie ma co dzie­ciaka kłuć tyle razy i tak będzie miała zakła­da­nego „motyla” więc krew się pobie­rze i na miej­scu zrobi bada­nia…
    To że bada­nia były sprzed mie­siąca zgło­si­łam w poradni, w szpi­talu i u ane­ste­zjo­loga nr 1 — nie było pro­blemu, a na bloku ope­ra­cyj­nym była inna ane­ste­zjo­log i powie­działa, że jed­nak pro­blem jest. Poza tym zadano mi pyta­nie dla­czego nie poda­wa­łam przez dwa dni dziecku leków które bie­rze na stałe, bo być może przy sil­nej aler­gii napad kaszlu na bloku ope­ra­cyj­nym był spo­wo­do­wany prze­rwą w poda­wa­niu leków, (ale na to napro­wa­dzi­łam leka­rza ja) i nie­stety po tym ostat­nim „dla­czego” ciśnie­nie mi się pod­nio­sło, bo Majka już wylą­do­wała w szpi­talu parę razy i jak dotąd lecze­nie szpi­talne wyklu­czało tzw. leki wła­sne, skoro bywa ina­czej faj­nie jakby ktoś nam o tym powie­dział…
    A Majka w wózku wie­ziona na blok uśmie­chała się sze­roko i nawet nie kich­nęła, a przy­wie­ziona po 15 minu­tach cała była zafleg­miona, ot zagadka, po dwóch godzi­nach nie było śladu po kaszlu, w wypi­sie mam wpi­sana „infek­cję”. Może mieli za dużo zabie­gów, albo lekarz uży­wał sil­nie aler­gi­zu­ją­cych per­fum, może maja tam kli­ma­ty­za­cje, albo dziecko mi źle reaguje na „głu­piego jasia” — nie wiem, chciało mi się ryczeć, ale po co…
    damy radę, jesz­cze jedna szansa… Majka smacz­nie śpi, szczę­śliwa że na chwilę się wyrwała z domu i nawet nie chrap­nie:)
    i bar­dzo dzię­ku­jemy za wszyst­kie słowa wsparcia

  7. ciotka's eleni 18/02/2009 do 09:33 # Odpowiedz

    Horror!A moze „koperta” bylaby bar­dziej skuteczna?

  8. waltharius 18/02/2009 do 10:58 # Odpowiedz

    Kurde, naprawdę współ­czu­cia, bo to jest po pro­stu idio­tyczne. Jedna wielka „kome­dia” pomy­łek, tylko nikomu nie jest do śmiechu :/

  9. CoSTa 18/02/2009 do 15:21 # Odpowiedz

    ciotka’s eleni
    Ale tu nawet nie otar­li­śmy się o sytu­ację koper­cianą. Poza tym jak jakiś lekarz, któ­rego na oczy nie widzia­łem, mówi, że ciąć nie będzie bo coś sły­szy, to ja mu wie­rzę. Szkoda tylko, że nie było pew­no­ści w tym stwier­dze­niu i że brak badań, o które pro­si­li­śmy, być może przy­czy­nił się do tego, że całą zabawę roz­po­czy­namy od nowa.

    Życie, widać taka karma.

    walth
    Ano, mniej wię­cej tak to wyglą­dało z rana: sta­li­śmy i krę­ci­li­śmy gło­wami z nie­do­wie­rza­nia. Jako się rze­kło, widać taka karma.

  10. mienta 18/02/2009 do 15:23 # Odpowiedz

    Normalnie jeste­ście super cier­pliwi. Ja bym tam chyba zaczę­łam noc­nika rzu­cać po oddziale :) Dziecko czło­wiek dener­wuje, sam mało jaja nie znie­sie, w pracy urlopy, w domu przy­go­to­wa­nia od tygo­dnii a tu takie buty …

Dodaj komentarz