Tajemnica dorophowej diety

Niedawno wspo­mi­na­łem o tym, jak to dzięki wysił­kom i upo­rowi Dorophy wzięło i zaczęło mi kilo­gra­mów uby­wać. Szczerze mówiąc to zaczy­nam być lekko ziry­to­wany spa­da­jącą wagą a to dla­tego, że nie­dawno spodnie sobie kupi­łem i nawet cho­lera nie zdą­ży­łem pono­sić a tu już trzeba zwężać :).

W czym tkwi suk­ces i tajem­nica tego, co robi ze mną Doropha?

Najkrócej rzecz ujmu­jąc: w zba­no­wa­niu wszel­kich wypeł­nia­czy. Jednym zaś z naj­więk­szych jest chleb i różne inne buły oraz im pokrewne mączne prze­twory. Wierzcie lub nie ale pie­czywo jem teraz od święta i dosłow­nie za każ­dym razem czuję, jakim cię­ża­rem dla żołądka jest papka pie­czy­wo­wego cia­sta. Nie mam do chleba sto­sunku naboż­nego i jego zba­no­wa­nie nie jest dla mnie żad­nym pro­ble­mem. Gorzej pew­nie jest kiedy wyniosłaś/wyniosłeś z domy nabożną część dla chleba ale imo nadal to nie pro­blem. W obec­nych cza­sach syto­ści i dostęp­no­ści żar­cia w dużych ilo­ściach ten od wie­ków czczony zapy­chacz można czcić dalej ale nie­ko­niecz­nie trzeba go jeść przy każ­dej okazji.

Doropha wywa­liła zapy­cha­cze z codzien­nej diety ale to nie ozna­cza, że ich nie jem! Generalnie wsu­wam sobie wszystko, prócz uko­cha­nych wie­czor­nych, dofil­mo­wych czip­sów i prze­ką­sek. Mam też lekki limit ilo­ściowy spo­żywa i to w sumie całość moich wyrze­czeń. Nawet nie wie­dzia­łem, że samą racjo­na­li­za­cją żar­cia można tyle wygrać… Zdecydowanie wię­cej osią­gnę jakoś inten­sy­fi­ku­jąc ruch — spo­ra­dyczne bie­ganko, rowe­rek, siłow­nia może od czasu do czasu i to wszystko, zamę­czać się nie mam zamiaru.

Co więc jem? Owoce. Dużo owo­ców. Jabłka, cytrusy wsze­la­kie i banany to teraz moje zapy­cha­cze (bana­nów nie za dużo ale koniecz­nie). Zamieniły mi moje wie­czorne pogry­za­cze i muszę przy­znać, że na pro­ces tra­wie­nia owoce wpły­wają bosko, o czym prze­ko­nuję się co rano w kiblu :). Od czasu do czasu fun­duję sobie paczuszkę czip­sów ale za każ­dym razem jest coraz gorzej — po pro­stu czuję, jaki to jest syf, jak bar­dzo sie­dzi to w orga­ni­zmie i jak ciężko się tego póź­niej pozbyć. Czipsy to zło, serio.

Poza tym Doropha zamie­niła sma­że­nie na goto­wa­nie. I to goto­wa­nie na parze, co ma tę zaletę, że wszel­kie warzywa w ten spo­sób przy­rzą­dzone po pro­stu sma­kują jak trzeba. Marchewka jest zja­dliwa bar­dzo (aler­gicz­nie wręcz nie cier­pia­łem i nie cier­pię goto­wa­nych mar­che­wek ale te z pary rzą­dzą), bro­kułki i papryczki po pro­stu wcią­gają się same. A gdy do tego dorzu­cić kur­czaczka lub rybkę przy­rzą­dzoną przez Dorcię, to już jest sma­kowe roz­pa­sa­nie pełną gębą.

Plus takiego paro­wego żar­cia? Jest lek­kie i to się czuje. Rzeczy sma­żone owszem jadam ale teraz widzę róż­nicę bar­dzo wyraź­nie — po sma­żonce mam uczu­cie ocię­ża­ło­ści, po doro­pho­wej rybie mogę zaś lecieć na tre­ning i tur­lać się po macie — tego typu jest to różnica.

Przyprawy? Koniecznie! Nie ma się co ogra­ni­czać — dobrze przy­rzą­dzony kur­czak z pary jest soczy­sty, dia­blo smaczny i zapew­nia zupeł­nie inne dozna­nia sma­kowe niż te, do któ­rych się przywykło.

A wła­śnie — to jest chyba klucz do suk­cesu: trzeba być cie­ka­wym odmien­no­ści sma­ko­wych i mieć chęć zła­mać rutynę jedze­niową. Jeśli nic innego niż scha­bowy z fryt­kami ci nie wcho­dzi — for­get it, z diety nic nie wyj­dzie albo będzie to tak bole­sne, że aż nie do znie­sie­nia a po co sobie samemu robić krzywdę? Doropha przy­rzą­dza­jąc rybę nie szczę­dzi jej ore­gano, cytryny, oliwy… Tak, to jedze­nie na modłę połu­dniową ale to naprawdę naj­lep­sza dieta pod Słońcem jest i jeśli ktoś myśli o zrzu­ce­niu kilku kilo bez jakichś więk­szych wyrze­czeń — that’s the way to do that. Zawsze z roz­rzew­nie­niem wspo­mi­nam spe­cjały mojej babci, która dosyć nie­stan­dar­dowo przy­rzą­dza takie na ten przy­kład surówki. Ot swego czasu poszła na ścier­ni­sko za domem, nazry­wała jakichś chwa­stów, kwiat­ków i czego tam jesz­cze, jakoś to obro­biła, dolała oliwy, skro­piła cytryną, dorzu­ciła fety i voila, surówka była gotowa. Kwiatki inc­lu­ded :). A pyszne, że palce lizać…

Jedynym praw­dzi­wym pro­ble­mem jest picie. Musiałem roz­stać się z colą, na gazo­wane rze­czy raczej nie mam co patrzeć i pozo­staje mi woda. Ale że zwie­rzę­ciem nie jestem, by pić tylko czy­stą wodę, muszę obmy­ślić jakiś spo­sób na chłep­ta­nie cze­goś sma­ko­wi­tego a nie pod­le­ga­ją­cego zaka­zom. Kurczę, gorzej niż w szko­łach kora­nicz­nych i ich alko­ho­lo­wej fobii :/. Tu Doropha jest nie­złomna i wszystko, co ma w sobie CO2 ma auto­ma­tycz­nego bana. Mądrze ale co w takim razie ma czło­wiek brać do ust?

Doropha swój suk­ces ze mną oparła na kilku pod­sta­wo­wych sprawach:

  • Skillowała moje prze­ko­na­nie o wyż­szo­ści czipsa nad marchewką.
  • Usunęła wszel­kie wypeł­nia­cze i dopeł­nia­cze w postaci chleba, ziem­nia­ków itp.
  • Zmieniła mi spo­sób przy­rzą­dza­nia potraw z anga­żu­ją­cego olej na parowy.
  • Nie zre­zy­gno­wała z przy­praw, soli i tego wszyst­kiego, co wydo­bywa i nadaje smak potrawom.
  • W ruch poszła cytryna, oliwa i żar­cie bar­dziej na modłę południową.
  • Ja dorzu­ci­łem nieco ruchu na macie i solenne przy­rze­cze­nie, że się żony słu­chał będę i nie będę po kry­jomu gdzieś podjadał.

Ot i wszystko, to cała tajem­nica. Najgorzej jest się zabrać za sto­so­wa­nie diety. Później, gdy już smak się nieco wyostrzy i nie będzie przy­tłu­miony codzienną dawką zapy­cha­nia oraz gdy orga­nizm przy­wyk­nie do mniej­szych ale tre­ściw­szych w war­to­ści por­cji — wtedy już idzie wszystko cał­kiem nieźle.

Tak naprawdę pod­stawą uda­nej diety jest jedze­nie tylko wtedy, gdy czu­jesz głód a nie przy oka­zji róż­nych innych czyn­no­ści czy pod­le­ga­jąc ter­ro­rowi zegarka. Wracam z tre­ningu i mnie ssie o jede­na­stej w nocy? Znaczy orga­nizm potrze­buje żar­cia i w dupie ma, czy jest rano, wie­czór, połu­dnie czy jaka tam inna pora. Trzeba dać paliwa! Ale już moja w tym głowa, by paliwo było tre­ściwe i miało sens no i by nie zatan­ko­wać zanadto, by nie prze­peł­niać peł­nych już zbior­ni­ków. Liczenie kalo­rii? Ludzie przez takie stresy wrzu­cają sobie do gar­deł wię­cej. Olać kal­ku­la­tor a bar­dziej uru­cho­mić zdrowy roz­są­dek i już jest znacz­nie lepiej.

,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

13 Komentarzy do “Tajemnica dorophowej diety”

  1. btd 10/02/2009 do 10:30 # Odpowiedz

    Dobra a co bie­rzesz do jedze­nia w pracy? Jak wygląda śniadanie?

    • CoSTa 10/02/2009 do 11:51 # Odpowiedz

      Śnia­danko na dziś: kaba­no­sik (mamy takie pyszne, zwą się Wyborowe i rzą­dzą), banan spory i poma­rań­cza jedna ale słusz­nych roz­mia­rów. Z pracy wyla­tuję ok. 16:30, wra­cam do domu, wrzucę tro­chę sera żół­tego by mi nieco wskaź­nik tłusz­czu pod­sko­czył, do tego pew­nie coś jesz­cze, może jakaś kanapka dla zapcha­nia, uszczypnę Majkę w dupę i lecę na tre­ning. Wracając kupię coś do picia (butelka wody czy co tam innego) i po 21-szej wresz­cie coś zjem :). A co? Diabli wie­dzą co tam Doropha dziś wymy­śli. Może szpi­nak albo gro­szek na maśle? O, to bym wchło­nął. Żad­nego pogry­za­nia, tylko popi­ja­nie, do dwu­na­stej pogra­nie na kon­soli (chyba że coś mi brat wymy­śli do roboty) i spanko.

      • btd 10/02/2009 do 11:55 # Odpowiedz

        Myslalem ze to dieta a nie glodzenie :-)

        A po 21 to jak dla mnie w cho­lere za pozno.

        • CoSTa 10/02/2009 do 12:04 #

          No więc wła­śnie — nie gło­dzę się o dziwo :). Wcześniej żar­łem w prze­ko­na­niu, że czło­wiek musi pochło­nąć okre­śloną ilość pokarmu bo tak. Nie musi. Jak ciel­sko nie chce, to po co wpy­chać? Po 21-szej za późno? I co robisz, gdy mimo wszystko cię ssie w żołądku? Idziesz spać i rano nad­ra­biasz jajecz­nicą na boczku? Miałem coś w tym stylu. Już nie mam a spodnie coraz szer­sze w pasie się cho­lera robią :)

  2. Ender 10/02/2009 do 13:12 # Odpowiedz

    Costas, czlo­wiek musi pochlo­nac okre­slona ilosc pokarmu :P

    :))

  3. grabek 10/02/2009 do 13:18 # Odpowiedz

    „zaczy­nam być lekko ziry­to­wany spa­da­jącą wagą„
    cho­lerny niewdzięcznik

    a co do picia. Alkohol przy tej restryk­cyj­nej nie-męczarni można?

  4. CoSTa 10/02/2009 do 14:44 # Odpowiedz

    Żona mi napisała…

    Kosti bie­daczku, wła­śnie sobie uświa­do­mi­łam, że jem trzy razy tyle co ty. Moje śnia­danko:
    – 3 kanapki :) (szczę­ście, że nie na raz)
    – Banan mały
    – Babeczka cze­ko­la­dowa
    – Jogurt – Activia do picia

    Pomarańczki nie zmieszczę :)

    A tam nie zmie­ści. Głodzi mi dzie­ciaka cho­lera jedna…

    ender
    Określoną — tak. Wszelkie nad­datki nie­stety trzeba póź­niej jakoś spalić :)

    gra­bek
    A ja mam tak dziw­nie, że nie piję. Bardzo spo­ra­dycz­nie z chło­pa­kami na piwo wysko­czę i ot wsio. Co mi przy­po­mniało, że muszę do takiego jed­nego Zena napisać…

  5. Mama Wula 10/02/2009 do 16:54 # Odpowiedz

    Kostas ! Stwierdzam w die­cie zni­komą ilość białka i pro­po­nuję codzien­nie jogur­cik lub kefi­rek lub maślankę.Są takie gotowe zapa­ko­wane jogurty z płat­kami itp. Moje pro­po­zy­cje — żółty ser precz a za to dużo bia­łego twarogu/nabiał,białko/, dużo wody mineralnej,niegazowanej, mięso precz a za to na okrą­gło ryby/na parze, w piekarniku,gotowane/, zupa z soczewicy,fasolowa,grochowa/full żelaza/,kasza gry­czana inne kasze np,pęczak,który lubi­łeś jak byłeś mały/dochodzi pod kołdrą/ itd. Kurczę zła­pa­łam sie na tym że nie­żle Ci radzę a sama z dietą w lesie.Myślę ‚że Ci w tej die­cie poto­wa­rzy­szę skoro mam taką wiedzę.Ach ta praktyka.Słuchajcie reszta czy­ta­czy tej strony ! Może jakiś klu­bik odchu­dza­ją­cych się i wza­jem­nie wspie­ra­ją­cych z nagrodami,zjazdami,naukowym pod­par­ciem, wymianą informacji,dietami itd, OczywiScie w gra­ni­cach roz­sądku, Ja doro­słam do decy­zji i muszę stra­cić 6 kilo.Kupiłąm na dobry począ­tek książkę o jodze gdzie są super spo­kojne ćwi­cze­nia. Lecę do domu poćwi­czyć. Mama Wula

  6. Paweł 10/02/2009 do 22:02 # Odpowiedz

    Też prze­sta­wi­łem się na goto­wa­nie na parze. Rybki i warzywka wycho­dzą super. Ale kur­czak i inne indyki zawsze robią się suche. Co tro­chę prze­czy zdro­wemu roz­sąd­kowi skoro to wszystko w mokrej parze się grzeje.

    Może jakie­goś hinta od Szanownej Małżonki, zacnej autorki powyż­szej diety dałoby się uzy­skać w tej kwestii?

  7. SpeX 11/02/2009 do 01:06 # Odpowiedz

    Może zamiast CO2 to jakieś soki jak ci woda nie sma­kuje? Cena 1l soku mniej wię­cej taka sama jak 1l CocaColi czy Pepsi. A na pewno lepsze.

  8. CoSTa 11/02/2009 do 08:31 # Odpowiedz

    mam­cia wula
    Mamcia, ty się niczym nie stre­suj i zamiast patrzeć Dorocie na ręce, do swo­jego garnka zaj­rzyj ;). Spoko, mam nabiały, jogurty, kefiry, maślanki… Przeca piszę, że Dorcia mi niczego nie żałuje a że tylko ina­czej to wszystko podaje.

    A co do zry­wów, klu­bów i czego tam jesz­cze — pobie­gaj po necie, są strony i fora całe ludzi na die­cie. Ot pierw­sza z brzegu, oczy­wi­sta stronka: http://www.dieta.pl/

    Powodzenia!

    Paweł
    Requesta trza wypeł­nić i wysłać mojej sza­cow­nej mał­żonce na adres doro­pha (małpa) tlen.pl — naj­le­piej ostem­plo­wa­nego i z foto­gra­fią :). Nie no, serio, moja mał­żonka to leniwy i anty­spo­łeczny typ, który nie udziela się na rodzin­nym blogu pra­wie że wcale. Trzeba ją mole­sto­wać osobiście.

    SpeX
    Problem z sokami jest dokład­nie ten sam, co z colą — nie gaszą pra­gnie­nia. No i ni cho­lery mi te soki naturą nawet nie pod­śmier­dują. Z dwojga złego, wolę więc colę :)

  9. Paweł (dRaiser) 11/02/2009 do 16:02 # Odpowiedz

    Całe szczę­ście, że ja to w zasa­dzie powi­nie­nem przy­tyć, a tylko meta­bo­lizm mój nie pozwala. Bo ani nie lubię eks­pe­ry­men­tów z nowymi jarzy­nami, ani nie potra­fił­bym zre­zy­gno­wać z wielu rze­czy, jakie poże­ram czę­sto i namięt­nie (nie cho­dzi tu nawet o shit-,tj fast-food). :>

  10. Pawouek 11/02/2009 do 20:11 # Odpowiedz


    na gazo­wane rze­czy raczej nie mam co patrzeć i pozo­staje mi woda. Ale że zwie­rzę­ciem nie jestem, by pić tylko czy­stą wodę, muszę obmy­ślić jakiś spo­sób na chłep­ta­nie cze­goś sma­ko­wi­tego a nie pod­le­ga­ją­cego zaka­zom.

    Żeby woda miała jakiś smak wrzuć do niej pla­ste­rek lub dwa cytryny czy poma­rań­czy.
    Od razu lepiej wcho­dzi — patent spraw­dzony wpraw­dzie tury­stycz­nie, a nie die­towo, ale może zadziała ;)

Dodaj komentarz