Dusimy się sami

Wpis spon­so­rują literki D jak Duchota i G jak Gorąco.

Jestem — jak to swego czasu bar­dzo malow­ni­czo ujął mój kolega Rogalik — pro­stym, moc­nym chło­pa­kiem z gór. U pod­nóży Karkonoszy się wycho­wa­łem, Karkonosze nieco zła­zi­łem, piwa w schro­ni­skach nieco popi­łem, na szla­kach nie­jedną strunę w gita­rze zerwa­łem. Z tego całego łaże­nia i zry­wa­nia pozo­stało mi jedno: wielka miłość do prze­strzeni otwar­tych a przewiewnych.

No i tu zaczyna się mój pro­blem z dzi­siej­szą cywi­li­za­cją i ludźmi w nią świę­cie wierzącymi.

Nie raz pisa­łem na blogu o mojej wyry­wa­ją­cej się potrze­bie prze­wie­trze­nia ludz­kiego smrodu, jaki lęgnie się w odpo­wied­nich warun­kach. Najodpowiedniejsze warunki dają rzecz jasna środki komu­ni­ka­cji miej­skiej ale jak się oka­zuje zaczyna ta plaga doty­kać i nasze miej­sca pracy…

Duchota i gorąc, jakie dziś zafun­do­wał mi kie­rowca auto­busu linii 67 były wprost obez­wład­nia­jące. Ja wiem, że swoje ważę i pew­nie opona tłusz­czu dodat­kowo mnie grzeje ale gdy po ścią­gnię­ciu wia­trówki zaczą­łem brać się do ścią­ga­nia pola­ro­wej bluzy, coś mnie tknęło i rozej­rza­łem się po pasa­że­rach. A tam masa­kra: sza­liki, czapki, ręka­wiczki i wypieki na twa­rzach. I naj­wy­raź­niej nikomu to nie prze­szka­dza, że jest pod­go­to­wy­wany żyw­cem a wnę­trze auto­busu przy­po­mina solid­nie roz­grzany piec. Najwidoczniej skoro jest marzec, to trzeba grzać na maksa i sie­dzieć w tych wszyst­kich zimo­wych atry­bu­tach i dać się udu­sić żywcem.

W robo­cie mam dokład­nie to samo. Zgłaszałem nie raz pro­blem z potwor­nym grza­niem tło­czo­nym przez kli­ma­ty­za­cję do mojego pokoju czy tego chcę, czy nie. Ponoć nic się nie da z tym zro­bić a efekt jest taki, że sie­dzę w pod­ko­szulku przy otwar­tych na oścież oby­dwu oknach i modlę się o każdy powiew. Za tydzień skoń­czę znów na L4 prze­dmu­chany ostro ale w sumie to nie mój pro­blem więc aku­rat mi to wisi. Anyway, poła­zi­łem po innych biu­rach i dokład­nie wszę­dzie jest taka sama parówa. To, co mnie roz­wala, to sie­dzący w niej ludzie. Owszem, jest im gorąco ale da się prze­cież wytrzymać.

Sądziłbym, że to tylko mój pro­blem ale podob­nie ma Doropha u sie­bie w robo­cie. Właśnie zmie­nili jej gabi­net na jakiś mniej inwa­zyjny i bar­dziej klien­to­od­porny (plus pracy w żeń­skiej zało­dze — od razu wie­dzą, czego babce w ciąży potrzeba :)), w któ­rym pierw­sze co żona zro­biła to solidne otwar­cie okien by prze­wie­trzyć zastały zaduch. Tam było o tyle dziw­niej, że przy­szły do niej kole­żanki z pokoju obok jęcząc, że im wieje…

Nie wiem o co cho­dzi ale chyba z Dorotą jakoś nie pasu­jemy do ciepl­nych wyma­gań cywi­li­za­cyj­nych. W domu tylko i wyłącz­nie dla­tego nie wie­trzę solid­nie, że Majka to jed­nak cho­ro­wi­tek. Choć cza­sem jak mnie przy­dusi to gonię młodą do jej pokoju a po resz­cie miesz­ka­nia pusz­czam ożyw­czy powiew. Widać coś we mnie jed­nak z tego życia u pod­nóża gór zostało…

, ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

8 Komentarzy do “Dusimy się sami”

  1. harnir 17/03/2009 do 09:19 # Odpowiedz

    Bycie admi­nem jed­nak rzą­dzi! :-) W biu­rze mam dość sta­bilną tem­pe­ra­turę, taką w sam raz na pod­ko­szu­lek (przy­naj­mniej dla mnie), a gdyby było za cie­pło, to za ścianą jest ser­we­row­nia w któ­rej panuje przy­jemne 20 st. wiel­kiego C ;-)

  2. Dinven 17/03/2009 do 09:20 # Odpowiedz

    Nie tylko w biu­rach tak jest. Kiedy wej­dzie się do sali przed zaję­ciami mija­jąc poprzed­nią grupę, zaduch jest taki, że sie­kierę można by zawie­sić w powie­trzu. Mam nawyk rzu­ca­nia się do okna prak­tycz­nie od razu. Po chwili wcho­dzi reszta mojej grupy i zaraz się zaczyna „zimno!, zamknąć okno!”. I nie prze­tłu­ma­czysz żad­nemu, że jak mu zimno, to:
    1. nie siada się przy oknie;
    2. zamyka się drzwi za sobą (aby unik­nąć prze­ciągu);
    3. jak się pogina zimą przy –20 w miniów­kach, zwiew­nych blu­zecz­kach czy hawaj­skich koszu­lach — to trzeba się cho­lera puk­nąć w głowę.

    W liceum było identycznie.

  3. waltharius 17/03/2009 do 09:27 # Odpowiedz

    Hmm a ja tego nie mogę potwier­dzić. U mnie mogę w pod­ko­szulku sie­dzieć w robo­cie. Czasami okno się otwo­rzy, ale to czę­sto z innego powodu ;-)

  4. grabek 17/03/2009 do 09:41 # Odpowiedz

    Ja tam lubię jak jest za gorąco. Wszak łatwiej jest pomiesz­cze­nie ochło­dzić niż pod­grzać. TO czego nie tra­wię, to smród. Jak mi ktoś sie­dzi w biu­rze 5 godzin i ani razu nie otwo­rzy okna, to mam ochotę rozstrzelać

  5. zx 17/03/2009 do 10:01 # Odpowiedz

    Ja też, ja też! Prawie całą zimę spa­łem przy otwar­tym oknie na przy­kład. Nie tyle cho­dzi o tem­pe­ra­turę (cho­ciaż gorąca znacz­nie bar­dziej nie lubię niż zimna), ale o ten wła­śnie lekki powiew zza okna.

  6. Wojciech Ignaczewski 17/03/2009 do 11:44 # Odpowiedz

    W pracy zawsze śmi­gam w krót­kim rękawku. Za to w domu. Ehhh, pew­nie chęt­nie byś się zamie­nił. Stara kamie­nica z początku XXw, jeden cen­tralny piec w piw­nicy. Jak się napali to gorąco, ale zawsze można nie grzać i od razu robi się bar­dziej spor­towo. Stare budow­nic­two ma tą zaletę,że w środku waka­cyj­nych upa­łów tem­pe­ra­tura w domu nie prze­kra­cza 21 stopni.

  7. SpeX 17/03/2009 do 17:34 # Odpowiedz

    A co to za auto­bus był?

    • CoSTa 18/03/2009 do 13:57 # Odpowiedz

      Linia nr 67 a auto­bus to któ­ryś z tych jeż­dżą­cych po Poznaniu MANów czy czym nas tam MPK wozi…

Dodaj komentarz