Zamordowali mnie wczoraj…

Zostałem wczo­raj poko­nany, upo­ko­rzony, zabity i zako­pany, wycią­gnięty z grobu, zbez­czesz­czony, jesz­cze nieco pomal­tre­to­wany i znów zako­pany a na świeżo usy­pany kop­czyk ktoś nasikał.

Tak mniej wię­cej czu­łem się widząc swoją mient­kość i sła­bość na wczo­raj­szym tre­ningu Aikido.

Łojezu, ludzie, to jest abso­lut­nie upo­ka­rza­jące widzieć samego sie­bie z per­spek­tywy kole­sia, który prze­cież nie tak jesz­cze dawno (nooo, dekada ponad minęła ale bez prze­gięć, co to jest rap­tem nieco ponad dzie­sięć lat?) strze­lał sześć­dzie­siąt wymy­ków na drążku. Stałem się miękką, pół­płynną masą, którą jeśli puk­nąć po stro­nie pra­wej, weź­mie i tłusz­czem prze­nie­sie ener­gię puk­nię­cia na stronę lewą i tamże sadło się zako­li­bie. Masakra!

Wczoraj sen­sej zro­bił nam typową siłówkę i wytrzy­ma­ło­ściówkę. Porządna roz­grzewka, dobór w trójki i na zmianę wsa­dza­nie tech­nik jedna za drugą. Co chwila pad na matę, wsta­nie, kolejny pad, zmiana, rzu­ce­nie kimś raz i drugi, kolejna zmiana i tak w kółko. Ciekło ze mnie jak z kranu…

Ale to dopiero była przy­grywka do tego, co zafun­do­wał nam sen­sej póź­niej. Brzuszki, mostki, czoł­ga­nie się, jesz­cze nieco brzusz­ków, setki pom­pek na rękach sze­roko, na rękach przy pasie i tak przez pół godziny. Schodząc z maty mia­łem skur­cze w łyd­kach, nie­ja­sne poczu­cie, że chyba w base­nie pły­wa­łem bo majtki można było wyży­mać (spraw­dzi­łem w domu — można było), odwod­niło mnie tak bar­dzo, że spi­łem zaraz po tre­ningu pół litra mine­ral­nej tylko po to, by w domu dobić się kolej­nymi pra­wie dwoma litrami. I ja za tę maskarę kierwa płacę…

A teraz naj­za­baw­niej­sze: KOCHAM TO! Łojezu, jakie to jest fan­ta­styczne uczu­cie takie zwle­ka­nie się z maty led­wie o wła­snych siłach, powrót do domu i wycią­ga­nie kimona, które jest aż cięż­kie od potu. Nooo, o to wła­śnie chodzi!

Dziś czuję się fan­ta­stycz­nie po pro­stu. Ćwi­czę na tyle długo, by nie oba­wiać się już zakwa­sów i innych nie­przy­jem­no­ści i zaczyna być tak, jak bywało tę ponad dekadę temu — zaczy­nam czuć i kon­tro­lo­wać ciel­sko. No nie­stety, mam w genach po star­szym strasz­liwe ten­den­cje do tycia a z samo­kon­trolą die­tową u mnie fatal­nie, nie­mniej pod tymi zwa­łami sadła zaczy­nają się dziać rze­czy bar­dzo fajne. Jeszcze nieco się roz­ru­szam, nieco wzmoc­nię i spraw­no­ści nabiorę i zacznę ćwi­czyć techniki.

Świetna sprawa. Polecam! Ja ćwi­czę sobie w Akademii Aikido i jeśli komuś w Poznaniu bar­dzo chce się wresz­cie tyłek zza kom­pu­tera ruszyć a po mor­dę­dze na jakieś piwo sko­czyć — do dzieła! Voytass, rusz wresz­cie dupę! :)

,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

Jedna odpowiedź do “Zamordowali mnie wczoraj…”

  1. szuman 10/04/2009 do 22:57 # Odpowiedz

    Nie tak dawno odkry­łem, że nie mogę dopiąć gaci, które jesz­cze w zeszłe waka­cje ze mnie leciały. W pasie ponad setka, na wadze za bli­sko setki…

    Co prawda nie mam na tyle czasu i sta­bil­nego roz­kładu jazdy, dla­tego kupi­łem do domu parę gra­tów i z ich pomocą wyle­wam siódme poty. Efekty są, satys­fak­cja z nich też. I samo­po­czu­cie in plus.

    Również nama­wiam do rusze­nia zadów sprzed komputerów :)

Dodaj komentarz